Tapas jogiczny – esencja Indii

20160820_082258

Indie to wymagająca miłość, ale nie trudna. Owszem, brud, hałas, upał, tłumy Hindusów, którzy nie szczędzą natrętnych spojrzeń czy próśb o wspólne zdjęcia (mnóstwo zdjęć), czyli pozorny chaos wszystkiego. Tout court, warto mieć minimum cztery głowy (jak bóg Brahma), cztery ręce (jak Śiwa czy Wisznu), nie zaszkodzi też tysiąc oczu. W gruncie rzeczy chodzi jednak o oswojenie się czy też odrobinę czasu, zresztą jak w każdej relacji. Indie jednak nie proszą o przysłowiową beczkę soli (do wypicia) – dość szybko ukazują swoje piękno i otwartość, choć nadal oczywiście wymagają czujności. Jest to jednak bardzo szczególna czujność (apramada – jogicznie cenna uważność i skupienie umysłu, które najpierw wymaga wyćwiczenia, a następnie przychodzi automatycznie). Pokazuje ona bowiem, że Indie wbrew pierwszym pozorom są logiczne (czego dowodem jest filozoficzna szkoła njaji oraz np przeklasyczne próby anwiksziki). Pozorny chaos w ruchu ulicznym, wielość wszystkiego, natarczywość, trudność w ustaleniu czegokolwiek kryje w sobie logos, indyjski oczywiście! Zresztą pozór to maja, iluzja, awidja, dostrzeganie w sznurze węża – to błąd percepcji, błąd rozpoznania, sama podstawa ludzkiej egzystencji… Ów indyjski logos, rzecz jasna odrębny od greckiego, wymaga zatem jedynie zmiany sposobu myślenia, postrzegania i doświadczania świata… I to jest całe clou! A esencję stanowi tutaj tapas, czyli żar jogiczny czy też wysoka temperatura ciała, która pojawia się w trakcie codziennej wielogodzinnej praktyki (abhjasy) jogi. A w końcu – tapas to synonim jogi, czyli połączenia z ogólną energią (jak od kilku dni powtarza mi swami Niranjan Dev). Coś w tym jest…

20160820_160422-1

Krija joga, którą swami od kilku dni stara się mi ukazać (głównie przez pranajamę: 2 razy dziennie po 2 godziny), jest bardzo szczególną jogiczną ścieżką. Jogasutry nadmieniają jedynie jej 3 części składowe, a przewspaniały Paramahansa Jogananda (którego autobiografię można kupić w języku polskim) i jego mistrz swami Śri Jukteśwar Giri nie bardzo kwapili się, by uchylić rąbka praktyki. Zresztą teoria również trzymana jest raczej w sekrecie. Te 3 części składowe to (ich objaśnienie podaję za swamim Niranjanem):

1. Tapas: praktyka, bezustanna, codzienna, wbrew jakimkolwiek podszeptom umysłu (manasu), nawet w trakcie medytacji (które dobrze jest, jeśli trwa minimum godzinę, dzień w dzień, a najlepiej 2 razy dziennie, choć swami oczywiście wie, że w zachodnich warunkach jest to trudne),

2. Swadhjaja: studia na świętymi tekstami w świętym miejscu, czyli rozmyślanie, refleksja, analiza tej świętej księgi, którą jest ludzie wnętrze w świętym miejscu, czyli z czasie medytacji – lustrowanie siebie (ciała, umysłu, oddechu itp.) i próba odczytu przekazu; oczywiście lektura tekstów filozoficznych jest również wskazana, ale to nie ona stanowi esencję,

3. Iśwara-pranidhana, samo serce (krija) jogi: całkowite oddanie Bogu, wewnętrznemu Guru, który nie ma formy, nie polega czasowi, jest obecny w całości natury i spoczywa w sercu… Devotion.

Krija oznacza czyn, aktywność, czynność, podobnie jak karman, i nie ogranicza się jedynie do momentu praktyki medytacji. Jest stylem życia, całym życiem, bezustanną jogą!

A co jeśli ktoś nie może wysiedzieć długo w medytacji, co jeśli nie umie wprowadzić regularności, co jeśli asany są nieładne, pranajama słaba? Swami ciągle powtarza:

Practice, practice, practice! Every day! And slowly, slowly, slowly your concentration will grow.

Praktykuj, praktykuj, praktykuj! Codziennie! A powoli, bardzo powoli, twoja koncentracja wzrośnie.

Niby proste i oczywiste…

20160819_055139-1

Podobnie odpowiedziałami swamini Aditjananda Saraswati – joga jest prosta: to miłość (prema), proszę nie mylić z kamą, czyli pragnieniem fizycznym, to całkowite oddanie, to codzienna praktyka. Tyle wystarczy. Technikę można dobrać: asany, pranajamy, styl, lecz te trzy pozostają niezmienne.

20160820_055417

I na zakończenie… Indie to wolność. To nauka szybkiego wybaczenia, nietrzymania urazy – tak świetna nauczycielka jogi Tanja Gangar mi powiedziała – Hindusi uczą ją wielu rzeczy, ale przede wszystkim jednej – szybko wybaczają. I to też jest kluczem.

 

Pewna opowieść o Gandze… i jej mądrości

20160817_110541

Tybetańska, a może ogólna, himalajska, mądrość mówi, że nie ma potrzeby w życiu się przejmować: jeśli można coś zrobić, to zwyczajnie tę czynność trzeba wykonać, a jeśli nic nie można zrobić, to nie ma sensu się martwić. I takiej lekcji udzielała nam kilkakrotnie podczas ostatnich trzech dni Matka Ganga (Sri Ganga Maà). Podróż do Gangotri, mitycznego źródła Gangesu, zaczęła się w Sonprayag, by poprzez Srinagar, New Tehri i Uttarkashi dotrzeć na miejsce. Ostatni odcinek trasy przebiegał przez piękne, malownicze tereny:

Na około 20 kilometrach przed Gangotri w Harsil, wojskowej bazie, nurt rzeki Bhagirathi, wpadającej do Gangi, wystąpił ze swoich brzegów i jeden z bardziej okazałych wodospadów zablokował przejazd na kilka godzin.

Jak się okazało, było to godzin kilkanaście, i nawet dość opieszałe namysły armii indyjskiej nic nie pomogły. Trzeba było zatem zanocować w najbliżej wiosce, tyle że nie w Harsil, tam obcokrajowcy nocować nie mogą… Cała taksówka, idąc nam na rękę, pojechała do oddalonej o 6 km Jhali. Wioska tak wielka, jak na zdjęciach widać, a w niej: 4 hotele, sklep i świątynia Śiwy, pusta, tylko święty ogień bezustannie się pali.

Następnego dnia ruszyliśmy ponownie do Harsil, ale przejazd został całkowicie zablokowany… do odwołania, które nikt nie wie, kiedy nastąpi. Deszcz padał, chmury bardzo nisko, niekiedy wręcz jechaliśmy w chmurach, więc NIESTETY trzeba było wrócić. Niestety! To jednak także nie było łatwe. Noc bowiem obfitowała w silne ulewy, co spowodowało obsunięcie się w kilku miejscach warstw ziemi zmieszanych z drzewami, błotem, gliną i kamieniami. Najpierw wielki głaz spadł na drogę, blokując przejazd. Trzeba było najpierw oczywiście przemyśleć, co dalej, ręcznie próbować usunąć kamień mocą kilkunastu dłoni (przeważnie wojskowych), by ostatecznie po około 2 godzinach dojść do wniosku, że lepiej jest wykorzystać moc ciężarówki wojskowej, która w liczbie dwóch stała przy głazie. Po dalszym kilometrze obsunięcie góry było na tyle poważne i rozległe oraz nadal aktywne, że o żadnym przejeździe nie było mowy. Plecaki na plecy, tobołki w ręce i idziemy przez błota, które niekiedy całego buta wciągały aż po kolana. A potem piechotą 4 km do najbliższej wioski Gangnani, przez miejscowych zwanej Garampani, czyli Gorące Wody.

20160817_110522

Po drodze pojawiło się jednak kolejne obsunięcie ziemi, ale miejscowi (tym razem bez niezwykle użytecznej pomocy armii) zabrali się do roboty.

Wioska Gangnani posiada mniej więcej takie gabaryty jak Jhala, ale za to kompleks świątynny jest bardziej rozbudowany, a w jego skład wchodzi także basen z naturalnie gorącą wodą, stąd miejscowa nazwa wioski Gorące Wody (Garampani).

Potem nastąpiła druga przeprawa przez błota (kolejne warstwy ziemi zjechały w nocy na drogę),

20160817_131759

by po drugiej stronie złapać taxi. A dokładniej – z niezwykłym sprytem, siłą i szybkością wskoczyć w jeepa, bo chętnych poza nami było jeszcze 16. Wszystkim się udało – 13 osób plus kierowca w środku, a 4 osoby plus nasze bagaże na dachu. Właściwie po oględzinach wnętrza taxi i znalezieniu kilku wolnych przestrzeni, głównie na jeszcze-niewykorzystanych kolanach niektórych pasażerów, 2 osoby minimum mogłyby jeszcze j a k o ś wejść do środka…

I to by było na tyle. Zmiana planów, z żywiołem się nie dyskutuje. 

20160804_143813.jpg

 

 

Śladami jogina w pielgrzymce do Kedarnath

20160813_134716

Droga do Kedarnath, być może najbardziej czczonej świątyni Śiwy, jest 22 kilometrowym trekkingiem, który punkt wyjścia znajduje w dość nieśmiałej i maleńkiej mieścinie Sonprayag, składającej się z jakichś 4 hosteli, 2 razy większej liczby restauracji (w cudzysłowie rzecz jasna), punktu wynajmowania koni i chatki sadhu, do której oczywiście nie omieszkałam wejść. I to mniej więcej tyle. Jeśli ktoś pragnie większej wygody, to może cofnąć się kilometr i w Sitapur spotka go więcej atrakcji. By przejść te 22 kilometry do Kedarnath, najlepiej wyjść około 7 nad ranem. Można także wynająć konia, a dokładniej kucyka (1900 rupii), lub helikopter (3500 rupii), jednak wprawny jogin woli pielgrzymkę. Początkujący także, bo trasa do Pana (natha) Kedar przyjmuje formę inicjacji. I tak oto 21 kilometrów czystej górskiej wędrówki się rozpoczyna:

20160814_161851

Na szlaku można spotkać oczywiście konie, psy, krowy, sadhu (na pomarańczowo to śiwaici, w białych koszulkach to wisznuici, przeważnie tak jest, choć reguły bywają zmienne, niemniej jednak sadhu doskonale rozpoznają swoje powinowactwo), lokalnych mieszkańców, którzy żyją w pobliskich wioskach oraz oczywiście H/hindusów, jeden z nich nawet szedł z flagą indyjską, być może dlatego, że dziś jest Święto Niepodległości w Indiach. Szedł także jeden jogin.

FB_IMG_1471264669599

 

 

 

 

 

Trasa obfituje w różne wodospady, pozostałości po niedawnych obsunięciach skał, błota, kamieni itp. Spowodowane jest to bardzo obfitymi ulewami, które zdarzają się kilka razy dziennie. Wodospady także niekiedy znacznie wychodzą poza swoje pierwotne granice. Ale nic to jednak…

20160813_143440

Trasa bezustannie i ciągle, bez przerwy wije się w bezlitosną górę, 22 kilometry walki z własną słabością, a bój trwa około 12 godzin. Dla niektórych jest to ból fizyczny, coraz mniej tlenu boli coraz bardziej, dla innych ból mięśni, dla jeszcze innych walka z własnym umysłem, który mówi, że trasa jest za ciężka. Niemniej jednak w sukurs przychodzą dość gęsto umieszczone mini restauracje z chajem, samosami, snacksami itp.

20160813_144205

Zatem napiwszy się czaju, ruszamy przed siebie, za nami dopiero ok 5 kilometrów.

20160813_082506

Postój po kolejnych kilku kilometrach potrzebny, i po dość trudnym wodospadzie, którego barierki nie do końca były w stanie pełnić swoją rolę.

20160813_091140

Idziemy…

20160813_084115

Lecz teren zaczyna niemiłosiernie podchodzić w górę, w górę i jeszcze w górę, było dopiero początek.

Czas na postój, nawet dla psów:

20160813_151900

20160813_134416

Choć sadhu mają swoją domostwa skonstruowane na trasie, ale są one ściśle przypisane do danej grupy inicjowanych.

20160814_122259

Nadal idziemy:

20160812_151306

I jest! Po niemal 12 godzinach ciągłego podchodzenia pod górę siedziba dla Śiwy (w której figurki Kriszny, pięciu braci Pandu – Kriszna-Narajana oczywiście en face Ardżuny-Nary [więcej w poprzednim wpisie o Badrinath], ich żony Draupadi i matki Kunti także są umieszczone, kiedyś napiszę więcej).

20160813_172042

Manas (umysł) wygrał walkę z samym sobą i swoim pojazdem, czyli ciałem! Poranna pudża i można iść dalej. Bhagawadgita ma rację – największym wrogiem człowieka jest on sam, a także największym przyjacielem człowieka jest on sam – jego umysł, serce, ja, myśli, przekonania, temperament, tout court atman. I wracamy w dzień następny. A w trakcie postój na przesmaczne nudle, ale tak ostre. Makaron smażony na czerwonym chilli, doprawiony zielonym chilli i vinegret (tyle o nim wiem, nie widziałam składu). Pali jak największy asura! Dziewczynka jednak z taką lubością przygotowała, że nie wypada marudzić. Po tej inicjacji w serce Mistrza jogi nic już nie jest straszne… ani pikantne!

 

Z Badrinath (miejsca medytacji Wisznu) ku Kedarnath (ascezie Śiwy)

20160810_111644

Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu, wszystko z powodu tego, że święte miejsce ascezy Wisznu pod postacią Narajany, czyli Badrinath, jest niestety (albo właśnie stety) całkowicie odcięte od internetu. Nie ma co się dziwić, to przecież ponad 3000 m n.p.m. Dobrze, że cywilizacja tam w ogóle działa, a działa całkiem sprawnie: miasteczko dość skromnych rozmiarów, ale są aśramy, guest housy, hotele (!), restauracje (szczególnie smaczna Sardeshwar), apteki z mini szpitalem, mnóstwo krów i sadhu (powoli oswajam się z tą instytucją, na stałe wrośniętą w indyjską społeczność/kulturę, a nawet cywilizację).

20160806_101617-1

I ludzie… to zupełnie inne Indie niż te w Delhi, Bombaju czy Udaipurze, bardziej życzliwi, uśmiechnięci, nie tak pędzący, w końcu to góry i czasemtrochę brak tlenu (czego ja nie odczułam ani razu, ale chyba tylko ja…).

20160810_163443

Badrinath to bardzo ważne miejsce dla hinduskiej religii (dharmy), jogi, pielgrzymki i mitologii, to wręcz fundamentalne miejsce dla Mahabharaty (indyjskiego eposu, znacznie większego od dzieł Homera). To bowiem w Himalajach, w Badari aśramie, w pradawnych czasach Najwyższy Wisznu (przejaw absolutu-brahmana) w podwójnej postaci Nary (Człowieka) i Narajany (Boga), czyli w postaci dwóch świętych mędrców-ascetów, mocą ich boskiej jogi i medytacji utrzymywać święty i idealny porządek świata, dharmę. Inne ich wcielenie to Kriszna i Ardżuna, którzy mieczem bronią dharmę… Tyle mitologii, która dla hindusów jest bezustannie żywa i w żadnym razie nie ogranicza się do dawnych legend o bogach. Asceta zna te opowieści, jogin podobnie, jak i sadhu, co zresztą daje powód do pozytywnej dumy i stanowi punkt odniesienia w indyjskiej geografii i cywilizacji, a także życiu społecznym. Mitologia to serce Indii.

20160807_123326

Nie było łatwo dotrzeć do Badari aśramu, a obecnie świątyni Badrinath. Wyjechałyśmy z Rishikeshu o 5 rano, mając nadzieję, że po jakichś 13 godzinach dojedziemy. W trakcie trasy autobus zmienił się 2 razy, i chyba nie muszę mówić, że nie był to żaden autokar czy choćby w miarę przyjemny pojazd. Pewnie, że nie, ale to Indie, człowiek szybko przyzwyczaja się do tłumu, do wąskich i ciasnych siedzeń, z którymi szybko się skleja, do niezapachu starego silnika… Nie to było zaskoczeniem, ale coś, co powinno być logiczną oczywistością, skoro jedzie się wzdłuż gór, trasa coraz wyżej i wyżej – bezustannie kręta trasa w górę, w coraz wyższe Himalaje, niczym po spirali, w kółko i kółko. Idealna, by nabyć (a potem pozbyć się) choroby lokomocyjnej. Błędnik szaleje, żołądek głupieje, a plat przedczołowy pęka, lecz widoki przepiękne – kolejne mniejsze i większe szczyty, a w dole różne rzeki, czerpiące swoje źródło w Himalajach.

20160810_102024

Rozum też początkowo nie jest pewien, czy słusznie postępuje, że siedzi w tak pędzącym pojeździe – droga jest niezwykle wąska, czasem więcej niż metr, a czasem mniej, od przepaści, która wije się równolegle do trasy, czasem pozostałości po jakimś niedawnym odsunięciu się terenu (landslide), ogromnym błocie czy lawinie kamienie i głazów (rockslide), czasem trzeba zdecydowanym pędem przejechać przez jeden z tysięcy wodospadów, tryskających wprost z Himalajów (piękny widok). Nie każdy samochód czy autobus daje radę, dlatego najlepiej jest wynająć taxi-jeep (średnio mieści się w niej 15 osób plus bagaże). I nadal wić się w górę, skacząc niczym skakun, bo to jest chyba idealny opis sposobu jazdy jeepa w Himalajach, którym kieruje wprawny kierowca!

20160810_161711

Delikatny landslide widoczny u góry, a poniżej rockslide

20160810_104432

i przeprawa przez wodospad, tylko że najpierw trzeba chwilę pomyśleć, co dalej, bo jeden samochód nie dał rady i stoi w samym środku wodospadu, tamując przejazd:

20160805_175121

No nic, jedziemy na pełnym gazie:

20160805_175419

A poniżej widok taki:

20160805_175422

Zaczynam powoli rozumieć, dlaczego Mahabharata jako jedną z idealnych postaw jogi proponuje – styl życia na wzór węża adżagary… Tyle że busy i taksówki nie jadą wcale wolno, można nawet powiedzieć, że pędzą jak oszalałe i dość sprawnie wymijają się na tej i tak już wąskiej drodze.

20160810_102029

Po pewnym czasie rozum oswaja się i nie widzi w tak swoistej trasie nic niebezpiecznego, skupia się na zawierających dech w piersiach widokach i myśli, niekiedy znajdując się w kontemplacji (dhjanie) tym bardziej, że szybko pędzące rzeki wyprzedzają bieg/strumień myśli (czitta-writti). W Badrinath ktoś powiedział, że Himalaje same w sobie, ich kontemplacja, wprowadza w stan jogi, jedności…

20160810_111653

Dotarliśmy na miejsce, cała nasza 15 w całości, po 20.00, a patrząc na całość naszej podróży z Rishikeshu, która miała trwać 13 godzin, a trwała 15, dość sprawnie to wszystko poszło. Szybkie zameldowanie się w aśramie i kolacja:

20160805_191357-1

I śniadanie:

20160806_103823

A w następny dzień wizyta w świątyni (fotografia w środku zabroniona):

20160806_100204

A wieczorem aar(a)ti, czyli puja na dobranoc dla Nary i Narajany: przy wspólnym intonowaniu hymnów wedyjskich figurki są rozbierane, a następnie odkrywanie kocem na noc, by o 4 zostać ubrane i przyozdobione, będąc w ten sposób gotowe na nowy dzień. Kapłan podczas wieczornej pudży rozdaje najbliżej usadzonym bardzo cenny wieniec z tulsi, idealnie nadawającej się do herbaty. Jeden taki wieniec dość łatwo zdobyłam, bo mój nepalski „przewodnik” odpowiednio mnie wprowadził i przedstawił głównemu braminowi, który wpuścił mnie pod samo sanctum sanctorum. W następne dni były wyprawy w inne święte miejsca, o których kiedy indziej, oraz rozmowy, dużo rozmów, o których również kiedy indziej.

A potem wyjazd z Badrinath

równie narowistą trasą i taxi po równie niepewnym terenie, co przyjazd.

20160810_103118

Lecz trasa przy Lambagad (20 km od Badrinath) została zamknięta i trzeba było nałożyć niemal 20 kilogramowe plecaki na siebie, zebrać w sobie siły i razem z Hindusami, pogodzonymi z życiem, iść 3 kilometry bardzo w górę i ślisko w dół, w słońcu, przy ponoć małej ilości tlenu (czego nie czuję).

20160810_105508

I balansować, napinając niekiedy mięśnie do granic, i nie myśleć, że to i owo trzeba jeszcze pokonać, a nie wiadomo, co zaraz się wydarzy – czysta joga! Przejście przez himalajską dżunglę trwało prawie 2 godziny. Potem złapanie taxi do Joshimat, a następnie busu do Rudraprayag. Jak się okazało, bus dojechał do Karnaprayag, więc ponownie skaczącą niczym skakun taxi trzeba było wziąć.

20160811_105302

Dlaczego nie bus dojechał, dlaczego tyle przesiadek? – właśnie z powodu land i rockslides, które ciągle drogę blokują, o czym zresztą policja smsami zawiadamia (przed wyjazdem w te tereny trzeba się darmowo na dworcu w Rishikeshu zarejestrować, podając także nr telefonu).

20160811_113324

I tak oto jest Rudraprayag (u góry i poniżej)

20160811_092418

i wyczekiwanie, czy aby jutro autobus w stronę Kedarnath ruszy… I dalsza trasa:

 

Sawan Shivratri i koniec tłumów w Rishikeshu

DSCN0625

Pierwszy sierpnia okazał się być zbawiennym dniem dla spokojnego życia Rishikeshu (nie wspominając o nas, w końcu można spokojnie chodzić po relatywnie wyludnionych ulicach). Już w Haridwarze tłumy śiwaitów wypełniały sobą (a nawet – przepełniały) całą przestrzeń: autobusy, drogi, miasta, zakamarki, świątynie, aśramy, hostele, dharamsale. W pewnym momencie drogi zostały całkowicie zamknięte dla samochodów, riksz  i taksówek. Wszystko po to, by autobusy przepełnione ponad granicę pielgrzymami, dojechały do Rishikeshu i Haridwaru. Mężczyźni różnego przekroju wiekowego, ubrani na pomarańczowo, z obrazkami Śiwy na koszulkach,  nabierali z Gangesu  wodę i nieśli ją piechotą do domu, by w świątyniach ofiarować ją Śiwie. Raz nawet dojrzałam kobietę, ubraną w zwyczajne (niepomarańczowe) sari, niosącą świętą wodę. Po dotarciu nad brzeg Gangesu, przed nabraniem do pojemników wody z rzeki, należy oczywiście dokonać rytualnej kąpieli w Gandze-ji. Zacna inicjatywa, ale ogromnie utrudniająca życie turysty.

DSCN0528

DSCN0547

Niemniej jednak wraz z początkiem sierpnia nastąpił koniec pielgrzymek, a dla mnie okazał się dniem w całości i zupełnie przypadkowo spędzonym w różnych miejscach związanych z patronem jogi, Śiwą. Najpierw pojawiła się możliwość uczestniczenia w południowej pudży dla Śiwy w Vanaprastha aśramie:

DSCN0507

Następnie darśana (widzenie/spotkanie) z Śiwą w Bhootnath świątyni i skromna prasada, czyli ofiarowanie posiłku dla boga, przejawiające się… spożyciem tego posiłku przez wiernego (tym razem był to ryż z bardzo pikantnym sosem, ale naprawdę ostrym):

DSCN0561

Bhootnath jest bardzo wysoką świątynią,  w połowie wspinania się po dość krętych schodach można przysiąść między czterema lingami Śiwy, obok głównej lingi, nad którą znajdują się dzwony (można nimi dzwonić):

bhoot

Po powrocie do aśramu naszym oczom ukazała się wstępna pudża z ofiarowaniem obiaty do ognia i recytacją hymnów wedyjskich (niezwykle pięknie i śpiewnie to brzmi):

DSCN0634

O godzinie 18:00 (do mniej więcej 19:00) jak co dzień odbywa się rytualne pożegnanie Słońca, polegające na tym, że h/Hindusi i turyści wspólnie siedzą na ghacie przy aśramie Parmarth Niketan:

aśram

i przyglądają się Gandze i powoli zachodzącemu słońcu, a wychowankowie aśramu i tutejsza mistrzyni jogi wyśpiewują/recytują wedyjskie wersety:

DSCN0579

Nim jednak Słońce zaszło, pod ghatem (można to tak powiedzieć) odbywała się kolejna pudża, oczywiście ku Śiwie:

DSCN0574

Na tym jednak koniec nie nastąpił, ponieważ zaraz po powrocie do aśramu w satsang hall (sali przeznaczonej na ogólne odczyty dewocyjne i pouczenia dla hindusów przyjeżdżających do aśramu), rozpoczęła dwugodzinna ofiara ku Śiwie polegająca na przyozdabianiu, polewaniu mlekiem i śpiewaniu przez wychowanków aśramu oraz ich opiekunów fragmentów Wed:

DSCN0620

Tak oto patron jogi w dzień swej nocy (ratri) został przeze mnie (nieświadomie) uczczony.

DSCN0490

A Ganga-ji w niewielkiej odległości od ghatów spokojnie kontynuuje swój wzburzony monsunem bieg poprzez dżunglę:

DSCN0638

Wybaczenie (kszama) i szczęście (ananda), czyli dzień jak codzień w aśramie

2016-08-03 10.28.28

Wczoraj był międzynarodowy dzień wybaczenia (kszama) i wyciszenia (śanti), połączony z odpowiednią pudżą w Gangesie… A dziś przy porannej medytacji intencją nabieraną wraz z każdym oddechem było szczęście (ananda), nie przemijająca radość czy przyjemność (kama, raga), ale stałość umysłu w ciągłym zadowoleniu (santosza). Hmmm, bo nie jest tak, że jogin ot tak staje się radosny, pełen spokoju, wybaczenia, wyzbyty niepokoju i cierpliwy. Długi okres czasu te wszystkie cechy są ćwiczone, aż umysł wpadnie w nawyk, podobnie jak ciało wpada w nawyk asany i odpowiedniej pranajamy (jogicznego oddechu).

20160803_094109-1

7:30 asany, medytacja i kapalabhati oraz nadi śodhana pranajamy (opisane wcześniej na blogu, piszę z telefonu, więc nie zrobię hiperłącza😦 ) po półtora godziny skończone. 8:30 rozmowa z moją ulubioną tutaj guru odbyta (i nagrana). Czas więc na śniadanie, ale tak już się nie chce jeść wciąż tego samego (tosty, dżem, płatki kukurydziane, jakiś naan czy chapatti itp.), ale mężnie idę wziąć to na brzuch. Niespiesznie wchodzę do kantyny, bo i gdzie tu się spieszyć? Patrzę, co na tacach, a tam pyszne rzeczy, w tym biryani (ryż z warzywami), problem(at) jednak w tym, że nie jest to podawane razem – trzeba wybrać. Pytam jednak bossa kuchni, bardzo uprzejmy chłopak, czy mogę wszystkiego po trochę – „pewnie, dla przyjaciół wszystko”. Miło się człowiekowi i jego brzuchowi zrobiło.

20160803_090718

Wniebowzięta jadłam prawie godzinę, bo… i gdzie się spieszyć? Tutaj życie po prostu sobie płynie, coś można zaplanować, ale spadnie ulewa, prąd nagle wyłącza, pokaźna mrówka gryzie, autobus się popsuje i wszystkie plany w łeb idą. Nie ma jednak sensu się denerwować, tak czy inaczej jakoś to będzie, co i tak miało być. A jeśli będzie co innego, to właśnie to miało być! W trakcie śniadania dostałam jeszcze owoce i kefir.

20160803_093148

Godzina niemal 10:00 i co tu robić (na pewno nie pograć w krykieta jak chłopcy tutaj mieszkający i uczący się różnej wedyjskiej teorii)? Upał okropny, pranie na chybił trafił powieszone (kto by tam przestrzegał zasad sznurka do prania – moje miejsce na pranie jest naprzeciw mego okna?), i nadal nie wiem, co dalej robić. Let it flow (niech samo idzie dalej), let it go (odpuść), jak się wczoraj dowiedziałam – jest istotą wybaczenia i… jogi. Puść to usilne i kurczowe trzymanie się własnych myśli.

20160803_092922

Niczym reszta Hindusek-sąsiadek wyszłam więc na patio, wzięłam się pod boki i patrzę, co tam w świecie słychać. A tam coś słychać, coś się dzieje, wszyscy gdzieś idą, to też pójdę, let it flow. Pobyć sobie przed wielkim namiotem w sumie niczego (póki co, może potem coś tu będzie).

20160803_120954

Przed wyjazdem w Indie dość często słyszałyśmy komentarze, że dwie samotne kobiety w Indiach to szaleństwo, głupota. Przecież nas Hindusi zabiją, zjedzą, porwą, okradną, i jeszcze inne gorsze wydarzenia. Podobnie z moim wyjazdem na rok do Algierii – ci muzułmanie przecież absolutnie kobiet nie szanują, terroryzm i zło. Przeżyłam, nikt mnie nie okradł, nie zabił, złego słowa nie powiedział, a wprost przeciwnie. Nigdzie takiej gościnności i ludzkiego ciepła nie doświadczyłam. Oczywiście trzeba przestrzegać zasad bezpieczeństwa (jak wszędzie zresztą), ale ogółem czuję się jak w domu.

20160802_134703

Po obiedzie wracam więc do lektury na moim ulubionym łożu z kamienia.

20160803_150155

O 18:00 zajęcia z akupresury. Kazano nam zabrać zeszyty i długopisy, więc czekajcie na wpis…

Rodzinny biznes, a zdarza się, że i jogiczny

DSCN0646
Enter a caption

Indie – jako najliczniej zaludniona gospodarka i demokracja świata – oferują ogromny wachlarz biznesowych możliwości. Dotyczy to oczywiście zarówno biznesu na ogromną skalę, jak i drobnych lokalnych, a często się zdarza, że rodzinnych inicjatyw zarobkowych. A ten samorodny, wszechobecny, drobny biznes obejmuje sobą praktycznie wszystko, co tylko może być przydatne: naprawa sandałów, smażenie kukurydzy wprost na rozgrzanym drewnie:

20160802_140223-1

i raz jeszcze:

20160802_140211

czaj jak na zdjęciu powyżej, jednak nie był to zwykły czaj, a czaj ajurwedyjski, naprawdę smaczny i w bardzo miłej atmosferze podany (co zresztą widać), może to być już uprażony popcorn:

DSCN0673

różnego rodzaju figurki i inne wprost niezbędne rzeczy:

DSCN0672

i jak poprzednio:

DSCN0671

joga, joga, wszędzie genialny najlepszy w okolicy kurs jogi:

DSCN0674

encore une fois joga, jednak tym razem proszę spojrzeć na niebywałą fikuśność asany (pozycji), w końcu to przecież nie byle jaka loga, a joga siedmiu mędrców (saptarshi)!:

20160802_133623

I jeszcze raz czaj, teraz jednak z bliska (deszcz nagle zaczął lać, a człowiek bez parasola w samym środku niczego, więc schronił się wewnątrz domowej wytwórni czaju):

20160802_134645-1

i inni członkowie rodziny:

20160802_134935-1

Jednak ulewa się skoczyła i trzeba ruszać dalej do pracy:

DSCN0642

I dalej:

DSCN0648

Jednak nie każdy musi iść dalej:

20160802_140316-1

Można przecież zresztą łapać klienta prosto z ulicy, czyli ze ścieżki, po której właśnie idzie:

DSCN0657

I teraz dochodzimy do sedna. Owi dziwni mężczyźni, ni to asceci, ni guru, nie do końca bezdomni (wielu z nich ma domy i całkiem schludne jak na życie wędrownego ascety szaty), doskonale zaadoptowali się do obecnej koniunktury na poszukiwanie oświecenia. Mamy przecież tysiące szkół jogi w Indiach, które jednak nie spełniają żadnych kanonów dobrej szkoły jogi, mamy przemysł spodni, t-shirtów, toreb i innych rzeczy, które turyści z Zachodu kupują, bo z tym im się Indie kojarzą (a żaden Hindus nie chodzi tak ubrany) – wszystko to jest idealną odpowiedzą na potrzebę – nazwijmy to – materialnej duchowości. Podobnie więc i owi professional babas/yogis/guru/asceci doskonale wpasowują się w tę potrzebę, a przynajmniej zdają się wpasowywać. Bo czy turysta jest tak głupi, by nie zwęszyć podstępu i dać się nabrać? Oczywiście, że nie jest.

W temacie indyjskiego biznesu przypominamy naszych zacnych Sponsorów:

sponsors.jpg