Praktyka jogi (abhjasa) i wewnętrzna wolność (wairagja)

20160918_091231

Kilkanaście dni temu miałam ogromną przyjemność uczestniczyć we wspaniałej konferencji filozoficznej w Międzygórzu zorganizowanej przez Mieszka Wandowicza (który na gruncie filozofii ukuł kilkanaście miesięcy temu pojęcie feugologii, co stało się dla niego tyleż wewnętrznym impulsem, co przejawioną w działaniu ochotą stworzenia konferencji pod takim szyldem) i Koło Naukowe Filozofii Religii przy Uniwersytecie Wrocławskim. Ćwiczenia z ucieczki, ćwiczenia z umierania – tak brzmiało motto przewodnie. Dawno nie brałam udziału w tak filozoficznych kolokwiach*, choć oczywiście bez egzaminacyjnego podtekstu, chyba że za sprawdzian potraktować wewnętrzny egzamin własnych umiejętności zw. z rozsądkiem (gr. fronesis**, łac. prudentia). Trzy dni i dwie noce spędzone na dosłownie nieschodzących na inne niż filozoficzne zagwozdki rozmowach. Niektórzy tak lubią… Uśmiech Mnie oczywiście najbardziej interesowała kwestia Indii… i kundalini. Pamiętam, że gdy będąc jeszcze w pięknej Indii, spędziłam dobrą chwilę na opracowaniu tematu mego referatu:  nad brzegiem Gangesu w Haridwarze około 6 rano, zanim jeszcze dzień na dobre powstał, naszedł mnie temat. I pokochałam ten widok:

DSCN1595

Praktyka jogi w drodze ku transcendencji – taki był ten temat. Transcendencję zostawmy jednak na boku, bo miałam tutaj na myśli jedynie koncentrację na Iśwarze, czyli boskim przewodniku obecnym we najskrytszej przestrzeni istoty świadomej – w sercu, i funkcjonującym jako wewnętrzny mistrz/guru, a zarazem personifikowany b/Bóg i pozaosobowy absolut (brahman)… tout court!  Jest to technika niezwykle zaawansowana i niekoniecznie niezbędna w (początkowym) jogicznym zmaganiu się z sobą: umysłem, ciałem i emocjami. Przez niekoniecznie niezbędna mam na myśli to, że Iśwara-pranidhana (tutaj kilka moich o niej słów na joga-abc) jest otoczona dość obszerną dyskusją o tym, czy jest to religijna praktyka, czy niezwykle zintensyfikowane oddanie mistrzowi i jego naukom, w końcu Iśwara może oznaczać mistrz/guru. Praktyka jogi… Nie myślę tutaj o dość rozpowszechnionych: Keep calm & do yoga czy Real men do yoga. A w każdym razie nie do końca… Dr Ganpati podczas rozmowy w National Institute of Yoga (Delhi) poradził mi wręcz w początkowych momentach przekazywania wiedzy o jodze słowem nie wspominać o Iśwarze – potrzeba transcendencji w takiej czy innej postaci pojawi się wraz z praktyką jogi  twierdził.

A praktyka jogi w sanskrycie opatrzona jest bardzo pięknym terminem: abhjasa (अभ्यास) i zawsze idzie w parze z wairagją (वैराग्य), czyli utrzymywaniem umysłu w stanie nie-pragnienia, nie-lgnięcia do rzeczy zewnętrznych – swoistej wolności od impulsów pobudzających świadomość. Rzeczy same w sobie nie są złe, nawet pragnienia same w sobie nie są złe – uzależnienie istoty świadomej od przedmiotu pragnienia jest złe. Złe oznacza jedynie tyle, że przeszkadza w szczęściu i osiągnięciu radości i niezależności. Bhagawadgita w tak wspaniałych i boskich (ustami personifikowanego w postaci Kriszny absolutu-brahmana) słowach mówi:

Chwiejny jest umysł, o Waleczny

i niewątpliwie trudno go poskromić.

Ale jednak daje się poskromić (…)

dzięki ćwiczeniu [abhjasie]

i dzięki oderwaniu (od spraw tego świata) [wairagji].  (BhG VI.35)

W ciszę [oświecenie i wyzwolenie] zagłębia się ten tylko,

kto porzuciwszy wszelkie pragnienia,

idzie przez życie

wolny od pożądania, egoizmu i pychy. (BhG II.71)

Jogasutry I.12 jedynie w ściślejszą szatę techniczną ubierają tę naukę: poprzez abhjasę i wairagję następuje powściągnięcie/zatrzymanie/poskromienie (nirodha) aktywności mentalnej, wskutek czego jogin osadza i następnie rozpuszcza swoją świadomość/tożsamość w przestrzeni szczęśliwości i prawdy (Jogasutry I.3)… A sam termin abhjasa utworzony jest na formie czasownikowej ās (आस्) – siedzieć… Siedzieć długo i wytrwale w danej pozycji, i to nie tylko siedzieć fizycznie, lecz także mentalnie – siedzieć w spokoju, wewnętrznej ciszy i refleksji, w powolnym zanurzaniu siebie w przestrzeni błogości i spełnienia.

20160918_101056

I tyle tytułem zachęty do codziennej i regularnej praktyki, abhjasy:  medytacji, jogi w salach ćwiczeń asan, pranajamy (jogicznego oddechu) i studiów nad własnym umysłem i jego aktywnością w postaci różnych mniej lub bardziej przyjemnych scenariuszy i dialogów wewnętrznych. Wairagja, nie-pragnienie lub nie-lgnięcie, jest także praktyką, która przychodzi i udoskonala się wraz z czasem, a jej rezultat okazuje się być bardzo przyjemny i obdarowujący istotę świadomą niezwykle ogromnym pokładem wolności.

 

*Kolokwium (łac. colloquium – rozmowa):  z def. ustny sprawdzian/egzamin wiedzy i umiejętności ucznia.

**Fronesis: termin oznaczający cnotę roztropności, zdolność praktycznego poznania lub rozumowania, umiejętność wglądu w naturę rzeczy, rozumienie, mądrość (zarówno praktyczną, jak i teoretyczną), wiedzę, całość czystej (teoretycznej) filozofii (cyt. za hasłem fronesis w PEF tutaj).

Yerba mate, zielona herbata i indyjski czaj

DSCN2341

Niedawno w konkursie Chatka z yerba mate wygrałam ziołową yerbę, czym moje serce starego pijca yerby niebywale się rozradowało. I nadal raduje, bo zaraz listki yerby doświadczą dna mej tykwy, a co za tym idzie rozsmakuję się w ich pełni. Konkurs trudny nie był, wystarczyło wkleić zdjęcie z własnoręcznie przygotowanego tereré, czyli yerby na zimno (tutaj przepis, bardzo łatwy zresztą). Moją mate udoskonaliłam kawałkami pomarańczy:

DSCN2369

Jednak nie samą yerbą człowiek żyje. A w każdym razie nie jedynie. Przykładny jogin pija także herbatę… zwykłą najlepiej. Do ascetów śiwaizmu dżhuna weszłam w mieścince Sonprayag na dzień przed wyruszeniem do Kedarnath. Marta uciekła, a dokładniej – mnie zachęciła, bym poszła do sadhu, a sama wymknęła się zwiedzać Sonprayag. Długo nie zastanawiałam się i śmiało weszłam do bazy ascetów, czym wzbudziłam nie tylko ich zainteresowanie – co biała kobieta chce od ascetów? – ale także miejscowych policjantów, stacjonujących naprzeciw sadhu. Domyślam się, że mniej więcej to samo pytanie sobie stawiali. A czego ja mogłam chcieć od ascetów w samym środku Himalajów, na wysokości 1800 m. n.p.m.? Poza rozmową, czyli rozpytywaniem o te i inne jogiczne sprawy, poza bananem i posiłkiem z soczewicy, które asceci ochoczo mi zaserwowali, przede wszystkim chciałam herbaty! Z cukrem i chyba tulsi:

DSCN1301

Pośród sześciu rodzajów herbat (czarnej, zielonej, czerwonej, oolong, niebieskiej i białej) można bez końca przebierać w ich podrodzajach. Ja kocham herbatę zieloną. W Indiach kupiłam zielonego Darjeelinga, który smakuje wyśmienicie:

 DSCN2393

DSCN2396

Po zaparzeniu wygląda tak (oczywiście przeparzyłam go, gdy ponad 2 nakazane minuty parzenia robiłam zdjęcia):

DSCN2427

Czarnego Darjeelinga też kupiłam, podobnie jak Assam (na zdjęciu):

DSCN2388

Oba idealnie nadają się na indyjski czaj (tutaj mój niedawny wpis i przepis na czaj wraz z wideo). Tyle że czaj, którego bazę stanowi Darjeeling, dobrze jest jeszcze czymś wzmocnić (nie jest to jednak konieczne) – poniżej w nepalskiej restauracji w Delhi mistrz kuchni dodał dla wzmocnienia koloru saszetkę herbaty jaśminowej:

DSCN2165

Czaj pijało się jednak także i w himalajskich centrach restauracyjnych…:

DSCN0941

a także wraz z prasadem, czyli darmowym świątynnym posiłkiem, na przykład w gurudwarach, sikhijskich świątyniach. Prasad przeznaczony jest bardziej dla Boga niż człowieka, ale to człowiek go spożywa – nadal nie rozwiązałam tej aporii/sprzeczności. Poniższy prasad był wprost przesmaczny!

DSCN2207

Niemniej jednak to yerba mate pozostaje moim głównym napojem dnia. Kiedyś nie bardzo radziłam sobie z jej dymnym posmakiem. Wtedy postanowiłam spróbować kilku jej ziołowych odmian (Pajarito, Campesino itp.), których miętowy posmak skutecznie niweluje dymną siłę.

DSCN2361

Na zdrowie zatem!

Lewitacja i inne nadnaturalne moce w jodze (proste ćwiczenie)

DSCN1615

Pewnego dnia nadszedł ten moment, że przestałam pytać o zwykłe zagadnienia jogiczne (wyzwolenie, ścieżka, esencja jogi, Iśwara itp.), a postanowiłam dowiedzieć się o jogiczne nadnaturalne zdolności, siddhi, o których w literaturze tematu pisze się wiele. Nawet klasyczny wykład jogi w Jogasutrach Patańdżalego poświęca siddhi niemałą partię swojego wykładu zasad jogi królewskiej (radża jogi), wspominając o lewitacji, jasnowidzeniu, zdolności do przybrania niezwykle małych rozmiarów, do przybrania rozmiarów wielkości kosmosu, do zamiany swego ciała w światło, do materializacji (tworzenia) różnych przedmiotów mocą swej woli, a w końcu do pokonania śmierci…

Bardzo dobry film Yogis of Tibet (tutaj) o ginącej tradycji jogicznej w Tybecie, tak oto definiuje jogina:

yogi of Tibet

Podobnie w książce Elżbiety Sęczykowskiej Tybet. W drodze do Kumbum pojawiają się treści:

Wszystkie kolejne etapy nabywania umiejętności i wtajemniczenia polegają na koncentracji myśli i odpowiednich ćwiczeniach oddechowych. Dzięki ich opanowaniu można dokonywać doprawdy niezwykłych rzeczy. Znane są opisy tak zwanych biegaczy, mistrzów nadzwyczaj szybkiego poruszania się, pokonujących ogromne odległości jakby w transie, w dziwnym uniesieniu, na skrzydłach lekkości. I mimo włożonego wysiłku nie odczuwają zmęczenia. Biegną bez zatrzymania się, odpoczynku, bez jedzenia, nawet przez kilka dni i nocy. Są nimi zazwyczaj specjalnie wyćwiczeni lamowie, którzy podczas takiego nieprawdopodobnego wysiłku medytują. Bo właśnie medytacja jest kluczem do wejścia w świat wiedzy tajemnej. (…)

Inną umiejętnością, która zdobyła sobie wielką popularność w Tybecie, są ćwiczenia oddechowe, które doprowadzają lamów do unoszenia się w powietrzu w pozycji lotosu. Aby to było możliwe, mnisi musieli całymi miesiącami, nawet latami, ćwiczyć wytrwałość w nauce sposobu oddychania (…).

Oprócz biegaczy (…) istnieją inne, niemniej cenne w życiu codziennym tajemne umiejętności, takie jak na przykład pogłębione zjawisko telepatii. (…) Aby jednak osiągnąć taki efekt, należy całkowicie oczyścić umysł, tak by zapanowała w nim jedynie spokój i cisza.

Razu pewnego na satsangu zapytałam więc swamiego Nirardżan Dewa, nie do końca zresztą będąc pewna powagi postawionego przeze mnie pytania – jak to jest z tymi siddhi? Odpowiedź padła, że są. Dość zwięzła. Kontynuowałam zatem – jak można osiągnąć np. moc lewitacji? Właśnie praktykowaliśmy pewne ćwiczenie z tantry, a pamięć czytanych tekstów tradycji hatha-jogi (i upaniszad jogicznych) podpowiadała mi, że ma ono coś wspólnego z ćwiczeniem lewitacji.

DSCN1619

Swami odparł:

Tak. Siedź w asanie(1), w której siedzisz, zatkaj lewą piętą dwa otwory (rozrodczy i wydalniczy), prawą stopę połóż przy wgłębieniu lewej. Trzymaj kręgosłup bardzo wyprostowany. I praktykuj pranajamę(2) na przemian z medytacją(3) przez minimum półtora godziny. W trakcie coraz bardziej wydłużaj kręgosłup(4). A jeśli chcesz pobudzić energię pierwotną, to musisz co innego robić. I pamiętaj: praktykuj praktykuj praktykuj! Codziennie i wytrwale!

1. Asana: jest to jedna z odmian siddhasany, w której pięta lewej stopy u kobiet zamyka zarazem otwór rozrodczy i wydalniczy, u mężczyzn wydalniczy (tutaj wideo, zwłaszcza 2:39 – 3:04) – chodzi o to, by zamknąć przepływ prany przy muladharze, czyli czakrze podstawy.

2. Pranajama (kilka informacji tutaj i tutaj): u nas była to sekwencja: kapalabhati 100 razy – nadi śodhana 25 razy – kapalabhati 100 razy – nadi śodhana 25 razy (kapalabhati opisana tutaj, a nadi śodhana tutaj), potem zastąpiłam na: bhastrika 30 razy – udżdżaji 10 minut – bhastrika 30 razy – udżdżaji 10 minut (bhastrika tutaj, udżdżaji tutaj), i:

3. Medytacja trwająca około 30 minut, potem ponowne powtórzenie pranajamy.

4. W trakcie trwania medytacji, gdy kręgosłup trzymany jest w bardzo prostej pozycji, a oddech przepływa świadomie dochodzi do samoczynnego delikatnego wydłużenie kręgosłupa… pojawia się uczucie lekkości, ponoć nie jedynie na planie mentalnym (nie jest ono tylko wyobrażeniem).

W doborze pranajamy chodzi o dobranie sobie właściwej. Tenzin Wangjal Rinpocze w Przebudzaniu świętego ciała – tybetańska joga oddechu i ruchu pisze, że należy słuchać własnego ciała, zwłaszcza kiedy któraś z technik bardzo nam nie odpowiada. Ciało samo wie, czego w danej chwili mu potrzeba, zwłaszcza przy praktyce jogicznego oddechu wsłuchanie się w mądrość ciała jest niezwykle ważna.

DSCN1756

Praktykuj, praktykuj, praktykuj! Codziennie i wytrwale. A wtedy nie jedynie siddhi zaczną się ujawniać! Zresztą prawdziwy jogin nie ujawnia swoich nadnaturalnych zdolności… A w siddhi w gruncie rzeczy nie ma nic niezwykłego, ciało przecież nie jest niczym stałym, to złączenie pięciu elementów (przestrzeń, powietrze, ogień, woda i ziemia), ożywianych przez energię oddechu (pranę). Cóż więc za problem przemieć te pięć grubo-materialnych elementów w ich subtelne (sukszma) postaci, z których się pochodzą? – tak oto swami podsumował lewitację. Pranajama i medytacja są doskonałymi narzędziami wysubtelniania, a klucz stanowi nieprzerwana praktyka (abhjasa).

Ponad 100 sposobów koncentracji z nauk tantry i… indyjski czaj

DSCN2321

Istnieją różne sposoby na koncentrację, mniej lub bardziej zgodne z naukami jogi. Niektóre opierają się na praktyce medytacji, inne na bardziej codziennych sposobach radzenia sobie z mentalnym rozproszeniem, np. arabica czy robusta, yerba mate, zielona herbata (japońska, koreańska, chińska, indyjska, nepalska, Tuaregów itp.). Istnieje także indyjski czaj, czyli słodka herbata z przyprawami z dodatkiem mleka (nie ma co szczędzić procentów), mleko oczywiście może być roślinne (kokosowe, migdałowe itp.). Jeden jogin ze smakiem będzie kosztował czaj, czasem usuwając z niego mleko i przyprawy, inny – bardziej ortodoksyjny – odrzuci, ewentualnie pozostając przy gotowanej herbacie z cukrem i tulsi… A przyprawy wchodzące w skład czaju to:

20160828_154858

Czyli: kardamon, imbir, goździki, anyż, cynamon, gwiazdki anyżu, liście bazylii (jak się domyślam – tulsi [łac. ocimum tenuiflorum]) oraz cukier (lub miód, jeśli nie jest dodawany do wysokiej temperatury herbaty). Można dodać także pieprz, ale musi być to specjalny, niezwykle aromatyczny pieprz z południowoindyjskiej Kerali, np. karimunda lub thevan. A czaj robi się w taki oto sposób:

  • w garnku gotujemy czarną herbatę, najlepiej Assam (jest dość silna), ale Darjeeling też jest wyśmienity (lecz wtenczas otrzymujemy inny napar, delikatniejszy)
  • wrzucamy pokrojony imbir i cukier, gotujemy kilka minut
  • następnie dolewamy mleko
  • na koniec dosypujemy sproszkowane przyprawy (kupne), a jeśli przyprawy ścieramy w moździerzu, to wrzucamy je razem z imbirem do gotującej się wody
  • dobrze jest pogotować wszystko około 10 minut – ja wyznaję zasadę, że im dłużej, tym lepiej, choć oczywiście nie za długo, buddyjska i arystotelesowa droga środka i w kuchni jest wskazana
  • następnie przecedzamy i rozlewamy w mniejsze filiżanki, np. takie do (czasem miętowej) herbaty z Sahary (herbata Tuaregów, czyli attaï n Touareg)

esprit nomade

Przed zasmakowaniem dobrze jest powąchać tak przygotowaną miksturę… Jej zapach jest bowiem niezwykle aromatyczny.

czaj

Jak niedawno byłam uczona w Badrinath: najpierw spoglądamy na czaj, jego kolor i konsystencję, następnie wąchamy, czy aromat przypraw i herbaty właściwie się uwolnił, następnie w ustach smakujemy, czy czegoś nie brakuje, by w końcu powoli pić… W towarzystwie oczywiście najlepiej! Epiktet przypomina jednak, że człowiek nawet w pustym pokoju nigdy sam nie jest… (Diatryby)!

Istnieją jednak także mniej zewnętrzne sposoby wprowadzania umysłu (w jodze zwanego manasem) w stan koncentracji, czyli dharany (धरण). Tantra zwana Widżniana-Bhairawa (विज्ञानभैरवतन्त्र) podaje ich… ponad 100: począwszy od naturalnych, jak koncentracja na płomieniu świecy czy wizualizacja pustki we wnętrzu własnego ciała, po coraz bardziej wyszukane wewnętrzne wizualizacje, aż po sposoby wymagające inicjacji w daną tradycję tantryczną oraz pomocy guru. Zasiadłszy zatem w przyjemnej i stałej pozycji, skupiwszy się na oddechu, gdy myśli przestaną być już tak natarczywe, a w każdym razie uwaga nie podąża za nimi już tak kurczowo, można koncentrować uwagę na:

  • zewnętrznych elementach otoczenia lub na wybranej części własnego ciała
  • wybranym obiekcie świadomości, który jest wewnętrznie wizualizowany lub myślany (bez wizualizacji)
  • dwunastu zmysłach (tutaj trzeba by wejść w dość złożoną psychologię jogi, bo bynajmniej nie chodzi tutaj o 5 zmysłów i jakieś domniemany zdolności nadnaturalne), pierwszych 10 zmysłów można pominąć, wystarczy wspomnieć o dwóch: umyśle (manasie) i poczuciu indywidualnego ja (ahankarze), które można obejmować koncentracją uwagi
  • kosmicznej anihilacji wszechświata, czy też – jednostkowej znikomości
  • wizualizacji pustki wszystkiego, włącznie z własnym ciałem i umysłem (nie chodzi tutaj o to, jakoby joga zakładała pustkę rzeczywistości! – wizualizacja pustki to jedynie technika, nie aksjomat!) – w ten sposób umysł (gonitwa myśli) się rozpuszcza
  • utkwieniu wzroku na opustoszałej przestrzeni, np. góry, skały czy rzeki
  • utkwieniu wzroku na niebie
  • zatopieniu uwagi w ciemności nocy
  • rozmyślaniu nad wszechświatem jako postacią świadomości
  • szczęściu i błogości, które pojawiają się w trakcie medytacji

Oraz bardziej zaawansowane dharany na:

  • zjednoczeniu się dwóch głównych oddechów ciele: apany i prany, w ten sposób jogin doznaje uspokojenia, ujednolicenia (samatwy) świadomości (widżniany)
  • błogim stanie przejściowym między jawą a wejściem w stan snu, gdy świat zewnętrzny i aktywność umysłu blednie (pranaszte)
  • świetle (tedżasie) słońca czy świeczki/lampki, przenosząc następnie tę jasność w swoje wnętrze
  • ciemniej stronie boskości, na tytułowym Bhairawie (przydomek Śiwy, gdy przybiera on niszczycielską formę)…

DSCN1762 (2)

Bezinteresowna służba (sewa), czyli o trochę nietypowym guru

DSCN1978

Guru bywają różni i mogą przybierać różną postać: może być to osoba, może być to bóg (Śiwa, Wisznu, Surja) i bogini, może być to bóg/bogini w formie wewnętrznego przewodnika (antarjamin oraz iśwara), a może być to też taki bóg, który mieszka w sercu jako atman– pozaczasowa i pozaprzestrzenna nieśmiertelna cząstka… Niezależnie od przyjętej formy, w gruncie rzeczy, esencją guru nigdy nie jest jego manifestacja, w jakiej siebie ukazuje, lecz przekaz, który w sobie niesie.

Dowiedziałam się także, że guru to:

  • wiara i szczera ufność (śraddha) pokładana w moc przekazu i w praktykę oraz
  • oddanie/miłość (prema). 

Są one ze sobą tak ściśle powiązane, że właściwie wzajemnie z siebie wynikają, i jako takie prowadzą do  całkowitej negacji egoizmu (nirahankara). Prawdziwy guru – jego esencja – nigdy nie może przybrać widzialnej formy:

Prawdziwi nauczyciele (guru) to ci, którzy: zabierają wszelki smutek/ból/obawę, ucinają wszelką niepewność oraz wprowadzają spokój (w umysł ucznia).

सर्व एव  गुरवः संतापहारकाः संशयछेदकाः शान्तिप्रदायकाः (Sri Yukteswar Giri The Holy Science III.7 [w sanskrycie skomponowane])

DSCN1875

Lecz Indie zamieszkuje i inny guru, mający już ponad 400 lat. Niesie on w sobie przekaz, który w żaden sposób nie poddaje się czasowi – Śri Guru Granth Sahib, czyli Święta Księga sikhów. To Ona jest obecnym przewodnikiem i duchowym wsparciem wyznawców tej religii, niezwykle pokojowej, otwartej i… tak bardzo starającej się kultywować postawę skrajnie nie-egoistyczną. Śri Guru znajduje się w Złotej Świątyni w Amritsarze:

DSCN2033

W sikhizmie nie chodzi o obrządek ani rytualizm, a cała ludzkość uważana jest za równą sobie: bez podziału na klasy, kasty, wyższość jednej płci nad drugą. Bóg jest jeden (Ik Omkar). Droga do Szczęścia wiedzie przez bardzo prostą ścieżkę – sewę, nieegoistyczną służbę innym, absolutne zanegowanie własnego ego i dumy. To otóż wcześniejszy guru sikhów – Śri Ram Das – wprowadził darmowe stołówki otwarte dla wszystkich (z naprawdę smacznym jedzeniem i czajem!), potem sewa objęła także darmowe noclegi w niwasach przy wybranych gurudwarach (świątyniach).

DSCN1889

Śri Guru Granth Sahib jest Przewodnikiem sikhów, ich obecnym guru, podobnie jak i sewa. Codzienne i bezustanne spełnianie sewy w każdych warunkach, nawet tych, gdy pobudki egoistyczne i duma dają się najbardziej we znaki, jest doskonałym guru, nauczycielem. Nie ma siły wewnętrznej (duchowej) i sprawdzenia własnej jakości bez poddania siebie próbie oraz bez oddania służbie innym…

Człowiek musi trwać w długim i potężnym konflikcie w swoim wnętrzu, nim w pełni nauczy się wygrywać z samym sobą i koncentrować wszystkie swoje myśli na Najwyższym.

To, czego Najwyższy nie lubi w człowieku, a co zarazem odgradza człowieka od szczęścia, to ahankara (egoizm i duma/pycha).

Sewa (służba) i oddanie braciom i siostrom – oto najlepsza droga.

Religia nie jest obrządkiem rytualnych symboli, lecz przepełniającą serce miłością i dbałością o całość ludzkości w myśl bardzo prostej zasady: traktuj innych tak, jakbyś chciał by Ciebie traktowano! [prosto, tak po Kantowsku!]

In the footsteps of the Master (Book C)

Dla sikhów każdy jest bratem i siostrą… I to rzeczywiście czuć w szacunku, jaki okazują drugiemu człowiekowi.

DSCN1881

A na zakończenie zdjęcia żołnierzy – indyjskiego i pakistańskiego (w pięknym czarnym mundurze) – z codziennej Ceremonii Zamknięcia Granicy indyjsko-pakistańskiej. Ceremonia ta jest nie tyle sztywną uroczystością, ile zabawą tak dla widowni, jak i samych żołnierzy. Warto zobaczyć… i warto potańczyć w rytm piosenek z Bollywoodu, które niezwykle głośno dobywają się z głośników na około godzinę przed uroczystością:

DSCN2022DSCN2029

Tapas jogiczny – esencja Indii

20160820_082258

Indie to wymagająca miłość, ale nie trudna. Owszem, brud, hałas, upał, tłumy Hindusów, którzy nie szczędzą natrętnych spojrzeń czy próśb o wspólne zdjęcia (mnóstwo zdjęć), czyli pozorny chaos wszystkiego. Tout court, warto mieć minimum cztery głowy (jak bóg Brahma), cztery ręce (jak Śiwa czy Wisznu), nie zaszkodzi też tysiąc oczu. W gruncie rzeczy chodzi jednak o oswojenie się czy też odrobinę czasu, zresztą jak w każdej relacji. Indie jednak nie proszą o przysłowiową beczkę soli (do wypicia) – dość szybko ukazują swoje piękno i otwartość, choć nadal oczywiście wymagają czujności. Jest to jednak bardzo szczególna czujność (apramada – jogicznie cenna uważność i skupienie umysłu, które najpierw wymaga wyćwiczenia, a następnie przychodzi automatycznie). Pokazuje ona bowiem, że Indie wbrew pierwszym pozorom są logiczne (czego dowodem jest filozoficzna szkoła njaji oraz np przeklasyczne próby anwiksziki). Pozorny chaos w ruchu ulicznym, wielość wszystkiego, natarczywość, trudność w ustaleniu czegokolwiek kryje w sobie logos, indyjski oczywiście! Zresztą pozór to maja, iluzja, awidja, dostrzeganie w sznurze węża – to błąd percepcji, błąd rozpoznania, sama podstawa ludzkiej egzystencji… Ów indyjski logos, rzecz jasna odrębny od greckiego, wymaga zatem jedynie zmiany sposobu myślenia, postrzegania i doświadczania świata… I to jest całe clou! A esencję stanowi tutaj tapas, czyli żar jogiczny czy też wysoka temperatura ciała, która pojawia się w trakcie codziennej wielogodzinnej praktyki (abhjasy) jogi. A w końcu – tapas to synonim jogi, czyli połączenia z ogólną energią (jak od kilku dni powtarza mi swami Niranjan Dev). Coś w tym jest…

20160820_160422-1

Krija joga, którą swami od kilku dni stara się mi ukazać (głównie przez pranajamę: 2 razy dziennie po 2 godziny), jest bardzo szczególną jogiczną ścieżką. Jogasutry nadmieniają jedynie jej 3 części składowe, a przewspaniały Paramahansa Jogananda (którego autobiografię można kupić w języku polskim) i jego mistrz swami Śri Jukteśwar Giri nie bardzo kwapili się, by uchylić rąbka praktyki. Zresztą teoria również trzymana jest raczej w sekrecie. Te 3 części składowe to (ich objaśnienie podaję za swamim Niranjanem):

1. Tapas: praktyka, bezustanna, codzienna, wbrew jakimkolwiek podszeptom umysłu (manasu), nawet w trakcie medytacji (które dobrze jest, jeśli trwa minimum godzinę, dzień w dzień, a najlepiej 2 razy dziennie, choć swami oczywiście wie, że w zachodnich warunkach jest to trudne),

2. Swadhjaja: studia na świętymi tekstami w świętym miejscu, czyli rozmyślanie, refleksja, analiza tej świętej księgi, którą jest ludzie wnętrze w świętym miejscu, czyli z czasie medytacji – lustrowanie siebie (ciała, umysłu, oddechu itp.) i próba odczytu przekazu; oczywiście lektura tekstów filozoficznych jest również wskazana, ale to nie ona stanowi esencję,

3. Iśwara-pranidhana, samo serce (krija) jogi: całkowite oddanie Bogu, wewnętrznemu Guru, który nie ma formy, nie polega czasowi, jest obecny w całości natury i spoczywa w sercu… Devotion.

Krija oznacza czyn, aktywność, czynność, podobnie jak karman, i nie ogranicza się jedynie do momentu praktyki medytacji. Jest stylem życia, całym życiem, bezustanną jogą!

A co jeśli ktoś nie może wysiedzieć długo w medytacji, co jeśli nie umie wprowadzić regularności, co jeśli asany są nieładne, pranajama słaba? Swami ciągle powtarza:

Practice, practice, practice! Every day! And slowly, slowly, slowly your concentration will grow.

Praktykuj, praktykuj, praktykuj! Codziennie! A powoli, bardzo powoli, twoja koncentracja wzrośnie.

Niby proste i oczywiste…

20160819_055139-1

Podobnie odpowiedziałami swamini Aditjananda Saraswati – joga jest prosta: to miłość (prema), proszę nie mylić z kamą, czyli pragnieniem fizycznym, to całkowite oddanie, to codzienna praktyka. Tyle wystarczy. Technikę można dobrać: asany, pranajamy, styl, lecz te trzy pozostają niezmienne.

20160820_055417

I na zakończenie… Indie to wolność. To nauka szybkiego wybaczenia, nietrzymania urazy – tak świetna nauczycielka jogi Tanja Gangar mi powiedziała – Hindusi uczą ją wielu rzeczy, ale przede wszystkim jednej – szybko wybaczają. I to też jest kluczem.

 

Pewna opowieść o Gandze… i jej mądrości

20160817_110541

Tybetańska, a może ogólna, himalajska, mądrość mówi, że nie ma potrzeby w życiu się przejmować: jeśli można coś zrobić, to zwyczajnie tę czynność trzeba wykonać, a jeśli nic nie można zrobić, to nie ma sensu się martwić. I takiej lekcji udzielała nam kilkakrotnie podczas ostatnich trzech dni Matka Ganga (Sri Ganga Maà). Podróż do Gangotri, mitycznego źródła Gangesu, zaczęła się w Sonprayag, by poprzez Srinagar, New Tehri i Uttarkashi dotrzeć na miejsce. Ostatni odcinek trasy przebiegał przez piękne, malownicze tereny:

Na około 20 kilometrach przed Gangotri w Harsil, wojskowej bazie, nurt rzeki Bhagirathi, wpadającej do Gangi, wystąpił ze swoich brzegów i jeden z bardziej okazałych wodospadów zablokował przejazd na kilka godzin.

Jak się okazało, było to godzin kilkanaście, i nawet dość opieszałe namysły armii indyjskiej nic nie pomogły. Trzeba było zatem zanocować w najbliżej wiosce, tyle że nie w Harsil, tam obcokrajowcy nocować nie mogą… Cała taksówka, idąc nam na rękę, pojechała do oddalonej o 6 km Jhali. Wioska tak wielka, jak na zdjęciach widać, a w niej: 4 hotele, sklep i świątynia Śiwy, pusta, tylko święty ogień bezustannie się pali.

Następnego dnia ruszyliśmy ponownie do Harsil, ale przejazd został całkowicie zablokowany… do odwołania, które nikt nie wie, kiedy nastąpi. Deszcz padał, chmury bardzo nisko, niekiedy wręcz jechaliśmy w chmurach, więc NIESTETY trzeba było wrócić. Niestety! To jednak także nie było łatwe. Noc bowiem obfitowała w silne ulewy, co spowodowało obsunięcie się w kilku miejscach warstw ziemi zmieszanych z drzewami, błotem, gliną i kamieniami. Najpierw wielki głaz spadł na drogę, blokując przejazd. Trzeba było najpierw oczywiście przemyśleć, co dalej, ręcznie próbować usunąć kamień mocą kilkunastu dłoni (przeważnie wojskowych), by ostatecznie po około 2 godzinach dojść do wniosku, że lepiej jest wykorzystać moc ciężarówki wojskowej, która w liczbie dwóch stała przy głazie. Po dalszym kilometrze obsunięcie góry było na tyle poważne i rozległe oraz nadal aktywne, że o żadnym przejeździe nie było mowy. Plecaki na plecy, tobołki w ręce i idziemy przez błota, które niekiedy całego buta wciągały aż po kolana. A potem piechotą 4 km do najbliższej wioski Gangnani, przez miejscowych zwanej Garampani, czyli Gorące Wody.

20160817_110522

Po drodze pojawiło się jednak kolejne obsunięcie ziemi, ale miejscowi (tym razem bez niezwykle użytecznej pomocy armii) zabrali się do roboty.

Wioska Gangnani posiada mniej więcej takie gabaryty jak Jhala, ale za to kompleks świątynny jest bardziej rozbudowany, a w jego skład wchodzi także basen z naturalnie gorącą wodą, stąd miejscowa nazwa wioski Gorące Wody (Garampani).

Potem nastąpiła druga przeprawa przez błota (kolejne warstwy ziemi zjechały w nocy na drogę),

20160817_131759

by po drugiej stronie złapać taxi. A dokładniej – z niezwykłym sprytem, siłą i szybkością wskoczyć w jeepa, bo chętnych poza nami było jeszcze 16. Wszystkim się udało – 13 osób plus kierowca w środku, a 4 osoby plus nasze bagaże na dachu. Właściwie po oględzinach wnętrza taxi i znalezieniu kilku wolnych przestrzeni, głównie na jeszcze-niewykorzystanych kolanach niektórych pasażerów, 2 osoby minimum mogłyby jeszcze j a k o ś wejść do środka…

I to by było na tyle. Zmiana planów, z żywiołem się nie dyskutuje. 

20160804_143813.jpg