Pewnej nocy w Mysorze (Mysuru)

20170220_165111-1.jpg

Kilka dni w Indiach minęło, przy tej okazji kilka świątyń, meczetów, chai masala pitych kilka razy dziennie, kilka dos i thali jedzonych bezustannie ze smakiem, kilka dni nadal pozostało, a człowiek myśli. I duma. I myśli, za co tak Indie uwielbia. Od zawsze Indie przedstawiane były jako bajeczna kraina, gdzie turysta-pielgrzym udaje się w poszukiwaniu Siebie, a w każdym razie wyprawia się po skarby: przyprawy, ubrania, mądrości, jogę. Nie można przecież zapominać, że Indie to wielowiekowa, nadal pulsująca życiem (niekiedy za intensywnie), tradycja, która wchłaniając w siebie wiele wpływów z kultur najeźdźców, pozostała sobą, ale i tego nie jestem pewna – Ariowie fundujący indyjską tożsamość, napływając falami na tereny Półwyspu Indyjskiego od II tys. p.n.e. nie byli ludem indogennym, Cywilizacja Doliny Indusu właśnie chyliła się ku upadkowi, starożytna kultura, o której nadal tak niewiele wiadomo. Tożsamość kraju, którego każdy stan mógłby stanowić odrębne państwo, to jest dopiero fenomen! Coś jednak Hindusów łączy w ich duszy. Coś jest w nich specyficznego. Cóż, Indie to nie jest przecież tylko stan ducha, to cała dusza!

20170219_173305.jpg

Leżąc wieczorem w Mysorze, pod popsutą pankhą, w raczej obskórnym hotelu, słysząc głosy gadających Hindusów za oknem, słuchając piosenek z bollywoodów dochodzących z nienowego telewizora, myślę… o tej duszy indyjskiej. Tu jest wszystko albo bardzo ostre, albo bardzo słodkie, olbrzymia bieda i wielki luksus, smartphone’a ma niemal każdy, w sklepie można kupić wszystko, a nawet więcej niż u nas, w telewizji 500 kanałów, duże malle/galerie handlowe i street food oraz obskórne restauracje, pociągi przepełnione podróżnymi i super expressy, które w cenie biletu serwują posiłek, ogromne pola uprawne herbat, krowy i bawoły wodne z pomalowanymi rogami, sadhu i drogie samochody oraz perfumy, sari i wille za fortunę…

20170220_174231.jpg

Powiedzieć, że Indie to kraj kontrastów czy wielu milionów uciśnionych, to nadal nie jest precyzyjne. Gdzieś między ogromnym rozdźwiękiem poziomu życia a tłumną religijnością jest Cisza zagłuszająca nawet hałas klaksonów. Wyciszenie, uspokojenie, relaks… swoiste lenistwo, które może iść dwiema ścieżkami – słynne zrobię to potem, jest czas, tomorrow Ma’am/Sir, albo wyciszenie umysłu, Siebie… Samadhi (najwyższe stan medytacji, wchłonięcie jogiczne), które patrzy na piękno krajobrazu, smakuje potrawy, docenia życzliwość, nie narzuca siebie, a czeka, aż Rzeka życia, Ganges/Ganga, sama zamiesie człowieka w jej nurcie. To nadal tylko jeden z milionów niuansów, jakimi Indie się mienią.

To jest właśnie ten moment w Indiach…

20170210_172813-1.jpg

… kiedy jedziesz w pociągu 6 godzin, no dobra, prawie 8, bo zgodnie z planem jest opóźnienie, wkoło mnóstwo Hindusów zajmujących się wszystkim, co popadnie: siedzeniem na podłodze i gadaniem, gapieniem się, myciem podłogi (!), roznoszeniem co chwila jedzenia i czaju za kilka rupii, handlem obnośnym wszystkim, co tylko się da: nici, słuchawki, skarpetki na dwa palce, idealne do japonek… a ty czujesz się dobrze. Ot, norma przecież.

20170210_165411-1.jpg

… kiedy jako starter/entrée jesz plastry cebuli z limonką, i ci smakuje.

20170210_174822-1.jpg

(i starter dokładka)

20170210_175555-1.jpg

… kiedy do samosy wkładasz 3 leżące z boku papryczki chili i bez problemu zjadasz, rozkoszując się smakiem chili.

… kiedy zamawiasz danie, np. takim veg maharaj, kelner mówi, że ostre będzie, a ty się nie boisz. Potem jesz i dostrzegasz jak bardzo lubisz już chili, świeżą kolendrę i właściwie nic już cię nie irytuje. Ot, norma przecież!

Mumbai, jakby bomba i bhikshu yoga

20170209_153427.jpg

Mumbaj – bardzo przyjemne, typowo indyjskie miasto, metropolia pełną hinduską parą… lepszym lub bardziej paskudnym zapachem, hałasem klaksonów, ludzi, czegokolwiek, tłumem wszystkiego, ale małą liczbą krów i ascetów. Krów spotkałam może z 10, w tym 2 stały się moimi natrętnymi przyjaciółkami – jadłam smażoną kukurydzę skropioną limonką (pycha, absolutnie trzeba spróbować), i jak się okazało, krowy też takie danie lubią. Ascetów widziałam 3, śiwaici (wyznawcy boga Śiwy), lecz to dlatego, że nie w tym miejscach, gdzie powinnam ich szukać, bywałam… Tylko jakie to są miejsca?

Lot do Mumbaju przebiegł bardzo pomyślnie i szybko – przez Frankfurt. Jedna, druga, trzecia oprawa, sprawdzenie bagaży, mnie, mojego tobołka ascety, czy może nie ma w nim bomby. Otóż, chciałam zobaczyć, na ile ochrona lotniska jest czujna, i przy zdejmowaniu bagaży z taśmy kilka razy żartowałam słowem bomba. Strażnik podeszła do mnie: „Sprachen Sie Deutsch?”. Tobołek bezpieczny, bez ładunków wybuchowych. Na lotnisku w Mumbaju ok 10 godzin snu, na fotelach, pod kocykiem z Lufthansy, coś podjedzone o 3 w nocy na lotnisku (zestaw combo drogi za 300 rupii, ale na osoby w sam raz).

20170207_120756

20170207_120532.jpg

Przez zagapienie się wyszłam z lotniska w nocy, choć chcąc jeszcze pozostać w sferze podróżujących, nie wolno, bo już się wróci. Chciałam doładować kartę, przy wejściu do lotniska zatrzymał mnie policjant mówiąc, że nie można wejść. Natomiast ja, że muszę, bo tam są moje bagaże i  znajoma czeka. Nie można, ale po co wyszłam? Doładować telefon. Nie można wejść. No to co ja mam teraz robić? Czekać na zewnątrz. Ale 8 godzin?! Niech pani zadzwoni do koleżanki. Nie mam nic na karcie przecież. Ech. Policjant zawołał drugiego policjanta, spojrzeli w mój paszport. Ponownie kazali zadzwonić mi do znajomej, w kwestii braku środków na koncie nic się jednak u mnie nie zmieniło. Policjant w typowo hinduski sposób kiwnął główną, i weszłam do środka.

20170207_012548

Elephanta, wysepka z pięknym kompleksem świątynek wakutych w skałach. Rejs stateczkiem trwa godzinę, a kosztuje tylko 180 rupii (jakieś 10 zł) w dwie strony. W jednej z jaskiń strażnik widząc, że ściągnęłam buty przed wejściem do świątyni, pokazał mi drugą jaskinię z bardzo dobrym echem i nagłośnieniem, zaczął intonować mantry do Śiwy. Ładnie to brzmiało, nie chciał ni rupii. Zapytałam, jaką jogę ćwiczy – bhikshu yoga dla Śiwy. Niewiele mi to jeszcze mówi…

20170209_124903.jpg

20170209_122709

Coffee, chocolate, tea and you! – taki ładny napis ktoś miał na koszulce.

 

Bonjour, India!

20170206_012014

Ostatni mój zapis z notatek sporządzonych w Delhi brzmiał: „w istocie nie ma żadnego guru jako osobny byt, a tylko gurutattva – rzeczywistość/przestrzeń guru”. Nie były to moje słowa, ale Przyjaciela, z którym długie rozmowy w upalne dni w Indiach prowadziłam. O jodze, o tantrze, o Bogu, wyzwoleniu, mistrzach, a nawet życiu. Na kilka godzin przed wylotem do Indii ponownie patrzę w te niedokończone zapiski i zastanawiam się nadal, na ile prawdziwy guru jest realny. Kim on/a jest, jak go/ją rozpoznać?

20170206_004647

Ktoś ponownie gra na fortepianie na lotnisku Chopina. Melodia szybka i dynamiczna. A ja doceniam wartość przyjaźni, która jest jednym ze składników jogi. Dobrzy przyjaciel to skarb, a kilku dobrych przyjaciół to skarbiec, to ochrona (chociaż Przyjaciel powiedział, że jedynym Ochroniarzem jest Śiwa, mistrz jogi). Maitri (przyjacielskość), karuna-ahinsa (współczucie-niekrzywdzenie) i dżniana (mądrość) – trzy cechy jogi – trzy schronienia dobrego jogina. „Wszystko jest możliwe, ale serio!” – tak Przyjaciel zakończył rozmowę.

20170206_055810

Da się zapakować plecak do Indii w 9,5 kg. Da się dostać super t-shirt od kumpla, który próbuje dokonać czegoś wspaniałego. Da się ponownie szukać joginów. Tym razem Mumbai i bardziej południowe niż północne Indie, choć też nie do końca…

Une vague

Une vague impression d’un souvenir plus vivant sur une photo que dans ma mémoire. J’étais trop petite pour garder quoi que ce soit dans mon esprit. Aucun mot, aucune figure, aucune odeur, rien : le sable, la forêt de pins, la mer, mon père et moi si petite. Non, je ne me souviens rien du tout de ces réalités du passé.  

Skan_20170131_1

Je ne sais si le soleil brûlait ce jour-là – je peux juste deviner sa présence de la lumière de la photo, je ne sais où mes parents voulaient arriver. Une promenade ? Un restaurant ? Une plage. Un petit rien dans un coin marin… tout comme un petit rien de ma mémoire caché dans l’entre-le-temps des creux de mes mains. Et pourtant les yeux de mon père restent une porte ouverte, accrochée à une entre-espace quelque part dans l’esprit d’un enfant qui regarde la mer.

L’immensité du bleu marin demeure autant réelle qu’une vague surgissante de la profodeur de mer… une vague expérience maintenant présente dans d’autres photos. Une plume, des mots de voyage, des feuilles de papier, des thés, une buddha ainsi reveillée:

Impresje około-jogiczne w Barcelonie

img_5630

Barcelona… istota czująca i tętniąca życiem jak każda inna, a przez to pełna kontrastów, niedomówień, kolorytu i swoistego piękna, które nie realizuje się tylko w budynkach, zabytkach i tradycji. Barcelona to pyszna kuchnia, tak vegetariana, jak i con carne (con jamón y chorizo). To szerokie ulice, pełne przestrzeni i słońca. To palmy, parki i szybki hiszpański, który im dłużej przebywać w stolica Katalonii, spowalnia, bo umysł przywyka. I ludzie. Bardzo lubię Hiszpanię i to właśnie tutaj odczuwam, jak bardzo przyjemnie jest (jak bardzo przyjemnie byłoby) znać choć dwa języki romańskie i umieć je w jakiś sposób odnieść do łaciny,  nie mówiąc już o sanskrycie, który należy do rodziny języków indoeuropejskich. Umysł myśli wtedy jakby w więcej niż trójwymiarze – interpretacje i analizy dotyczące rzeczywistości, uczuć i tego, co się dzieje w duszy, są zupełnie inne.

img_5525

Chociaż może nie do końca inne, bo w końcu człowiek mimo wszystko pozostaje sobą, tylko granice „ja” przesuwają się w delikatnie szersze granice, czy też głębsze przestrzenie. Człowiek czuje pewną świeżość, nowość, wolność, spokój… gdy minie już pierwsze odczucie inności. Dla medytacji jogicznej nie jest to niespodzianką.

img_5512

Do Barcelony przyleciałam nocą, a do mieszkania na Avinduga del Paral.lel, położonej w centrum przy Plaça d’Espanya (tak, tutaj głównym językiem jest kataloński, nie kastylijski, ale i tak w „klasycznym hiszpańskim” człowiek spokojnie się dogada), w prostej drodze todo recto do Barrio Góticoi do La Rambla (muy muy cara – mocno droga… i przereklamowana), dotarłam wczesnej rankiem. U wejścia przywitała mnie poza czekoladowymi truflami gazeta, a w niej cross joga. Chyba znak, choć numer sprzed 2 miesięcy!

img_5682

Niewiele nowości w artykule, poza oczywistościami: obecnie joga staje się coraz bardziej popularna, jest specyficzną techniką dbającą o harmonię emocjonalno-cielesną, bazującą na praktyce oddechowej (pranajamie) i asanach. A poza tym jest filozofią! I seria powitań słońca, surja namaskar, jest idealna w utrzymaniu harmonii…:

img_5681

Mimo wszystko… to kuchnia española jest tym, co w Hiszpanii najbardziej mnie pociąga. Obok muzyki y el amor español.