Pewna opowieść o Gandze… i jej mądrości

20160817_110541

Tybetańska, a może ogólna, himalajska, mądrość mówi, że nie ma potrzeby w życiu się przejmować: jeśli można coś zrobić, to zwyczajnie tę czynność trzeba wykonać, a jeśli nic nie można zrobić, to nie ma sensu się martwić. I takiej lekcji udzielała nam kilkakrotnie podczas ostatnich trzech dni Matka Ganga (Śri Ganga Maa). Podróż do Gangotri, mitycznego źródła Gangesu, zaczęła się w Sonprayag, by poprzez Srinagar, New Tehri i Uttarkashi dotrzeć na miejsce. Ostatni odcinek trasy przebiegał przez piękne, malownicze tereny:

Na około 20 kilometrach przed Gangotri w Harsil, wojskowej bazie, nurt rzeki Bhagirathi, wpadającej do Gangi, wystąpił ze swoich brzegów i jeden z bardziej okazałych wodospadów zablokował przejazd na kilka godzin.

Jak się okazało, było to godzin kilkanaście, i nawet dość opieszałe namysły armii indyjskiej nic nie pomogły.

Trzeba było zatem zanocować w najbliżej wiosce, tyle że nie w Harsil, tam obcokrajowcy nocować nie mogą… Cała taksówka, idąc nam na rękę, pojechała do oddalonej o 6 km Jhali. Wioska tak wielka, jak na zdjęciach widać, a w niej: 4 hotele, sklep i świątynia Śiwy, pusta, tylko święty ogień bezustannie się pali.

Następnego dnia ruszyliśmy ponownie do Harsil, ale przejazd został całkowicie zablokowany… do odwołania, które nikt nie wie, kiedy nastąpi. Deszcz padał, chmury bardzo nisko, niekiedy wręcz jechaliśmy w chmurach, więc NIESTETY trzeba było wrócić. Niestety! To jednak także nie było łatwe. Noc bowiem obfitowała w silne ulewy, co spowodowało obsunięcie się w kilku miejscach warstw ziemi zmieszanych z drzewami, błotem, gliną i kamieniami. Najpierw wielki głaz spadł na drogę, blokując przejazd.

Trzeba było najpierw oczywiście przemyśleć, co dalej, ręcznie próbować usunąć kamień mocą kilkunastu dłoni (przeważnie wojskowych), by ostatecznie po około 2 godzinach dojść do wniosku, że lepiej jest wykorzystać moc ciężarówki wojskowej, która w liczbie dwóch stała przy głazie. Po dalszym kilometrze obsunięcie góry było na tyle poważne i rozległe oraz nadal aktywne, że o żadnym przejeździe nie było mowy. Plecaki na plecy, tobołki w ręce i idziemy przez błota, które niekiedy całego buta wciągały aż po kolana. A potem piechotą 4 km do najbliższej wioski Gangnani, przez miejscowych zwanej Garampani, czyli Gorące Wody.

20160817_110522

Po drodze pojawiło się jednak kolejne obsunięcie ziemi, ale miejscowi (tym razem bez niezwykle użytecznej pomocy armii) zabrali się do roboty.

Wioska Gangnani posiada mniej więcej takie gabaryty jak Jhala, ale za to kompleks świątynny jest bardziej rozbudowany, a w jego skład wchodzi także basen z naturalnie gorącą wodą, stąd miejscowa nazwa wioski Gorące Wody (Garampani).

Potem nastąpiła druga przeprawa przez błota (kolejne warstwy ziemi zjechały w nocy na drogę),

20160817_131759

by po drugiej stronie złapać taxi. A dokładniej – z niezwykłym sprytem, siłą i szybkością wskoczyć w jeepa, bo chętnych poza nami było jeszcze 16. Wszystkim się udało – 13 osób plus kierowca w środku, a 4 osoby plus nasze bagaże na dachu. Właściwie po oględzinach wnętrza taxi i znalezieniu kilku wolnych przestrzeni, głównie na jeszcze-niewykorzystanych kolanach niektórych pasażerów, 2 osoby minimum mogłyby jeszcze j a k o ś wejść do środka…

I to by było na tyle. Zmiana planów, z żywiołem się nie dyskutuje. 

20160804_143813.jpg

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s