HARIDWAR_1, czyli Sawan Shiva Ratri i nieustający deszcz

Ale naprawdę nieustający! Bez przerw padający, błotem rozścielający swoją miałką, oblepiającą i wszechprzenikającą naturę. A w tym błocie jest wszystko, co tylko indyjska ulica może na siebie przyjąć. Cóż, nie to było dla nas problemem.

DSCN0299

20160727_101528

Sam dojazd do Haridwaru nie był wcale łatwy i z oczywistego w przebiegu wyjazdu z Delhi do Haridwaru okazał się całkiem rozbudowaną Przygodą (tutaj)…

DSCN0293

(No i czekamy, może coś nadjedzie)

DSCN0280 (2)

(Przy tej okazji, proszę zwrócić uwagę, jak idealnie, czyt. pomarańczowo, Marta dostosowała się do wymogów święta Śiwy – strój obowiązkowy to strój pomarańczowy!)

DSCN0292

(Nadjechało, ale bez ni milimetra miejsca… Czekamy dalej, przecież coś musi przyjechać z przestrzenią dla nas!)

DSCN0295

(I zabrał nas wszystkich typowy indyjski autobus, a ja przypomniałam sobie, dlaczego lepiej nie siadać na samym tyle typowego indyjskiego autobusu..)

Problemem nawet nie był napierający, ze wszech stron opływający, zaciskający, aktywny tłum hindusów-śiwaitów zmierzających do świętej rzeki. Masa pomarańczowych szat, a my w niej jako… jej część. Dokładnie – część. (Wpis z Haridwaru tutaj.)

20160727_095107

20160727_094037

20160727_095715

DSCN0305

Problemem była odmienna  indyjska flora bakteryjna. Bez pardonu, bez szansy na walkę, tak całkowicie odbierająca zdrowe zmysły, siłę, a niekiedy – świadomość… Nawet pyszne jedzenie nie smakowało.

20160728_103228

20160728_061009

(5:00 rano, czyli idealna pora na czaj, tak akurat, gdy deszcze jeszcze nie spadają z niebios.)

20160728_174449

20160728_174625

20160728_174720

20160728_172029-1-1

(Hmm.)

Uważałyśmy, że Haridwar wyjątkowo był nam nieprzychylny – to miasto, Brama do Boga, do Himalajów (taka jest etymologia słowa Haridwar), był nam bowiem wyjątkowo surowy, niemiły i trudny w swej naturze, do granic wytrzymałości deszczowej i zdrowotnej. Do czasu…! Z tego powodu uwielbiam to zdjęcie – wyraża sobą całościowy klimat Bramy do Boga, a przy tej okazji nasze samopoczucie oraz niewiarygodną zdolność Hindusów do adaptacji do wszelkich warunków.

DSCN0317

DELHI

DSCN0080

W teraźniejszej serii wpisów będę publikować większe ilości zdjęć z naszej wyprawy w Himalaje. Kończymy pisanie książki i zamysł mamy taki, by opowieści ilustrować obrazkami tutaj umieszczanymi, a w książce sygnalizowanymi linkami.

A na początek nasz Przyjaciel, który jak przystało na idealnego Gospodarza zajął się nami od razu po nocnym przylocie, i nasze pierwsze zakwaterowanie, czyli żeński akademik Uniwersytetu w Delhi:

DSCN0082DSCN0083DSCN0086

Pierwsze widoki na ulice Delhi:

DSCN0100DSCN0102

Wielki Meczet w Delhi (Jama Masjid):

DSCN0104 (2)

DSCN0108 (2)DSCN0110DSCN0111DSCN0116 (2)

DSCN0119

Jedna z wielu tysięcy świątyń Śiwy w Indiach:

DSCN0120

DSCN0134

DSCN0143 (2)DSCN0148

Sihkijska gurudwara późnym wieczorem i rzut oka na indyjski ruch uliczny:

DSCN0155

DSCN0158

Bahaistyczna Świątynia Lotosu (Bahá’í House of Worship zwana Lotus Temple):

DSCN0186

20160724_155910

Pod-drzewny ołtarzyk i kilku sadhu, lubię ich bardzo:

DSCN0197

DSCN0201DSCN0202

Świątynia ISCON-u, dość duża i z… prasadem rozdawanym po wizycie w jej progach, po darśanie – ujrzeniu – Kriszny-Boga:

DSCN0212

DSCN0215

Kilka widoków ulic, od pewnego czasu lubię uchwytywać takie momenty życia, ich czynności, myśli, specyficzne sposoby (za)istnienia:

DSCN0248

20160724_181347 (2)20160724_181356 (2)

Tak, nawet do Indii zabieram yerba mate, bez niej życie nie do końca mi się podoba Uśmiech

20160724_224334

20160725_12591720160725_125946

Wraz z naszymi Sponsorami jedziemy do Haridwaru:

DSCN0252DSCN0256DSCN0258

Wpis na bieżąco z Indii: https://ateliermysli.wordpress.com/2016/07/23/welcome-india-czyli-energetyczne-bindu-od-pudzarich/ .

Une phrase d’une conscience détachée du monde

​Prendre la tangente dans la nature, et puis, se forger dans le noir d’une mort de vie quasi tout étouffante pour faire une sieste dans l’entre-espace et faire des louanges de sa liberté de choix presque non-limitée, et… prendre la plume pour écrire – créer une réalité à contre-tout, un contre-tout. Une création totale.

Są takie miejsca…

IMG_5432

IMG_5461

… do których chociaż nie planujemy w najbliższej przyszłości wrócić (co nie znaczy, że nie wrócimy), to w pewien – dość wyraźny – sposób rezonują w zakamarkach pamięci. Coś jest w nich tak niezwykłego, specyficznego, że nie można przestać o nich myśleć, nawet gdy poznaje się inne – niekiedy całkowicie odmienne – światy i ich życie. Specyficzna atmosfera restauracji/barów, specyficzny posmak kuchni, specyficzna architektura, specyficzny moment niegdyś, w którym człowiek zdecydował się do nich pojechać. Moment lub Przyczyna… Dla mnie takim miejscem jest Barcelona – impresja jakby już na wpół niewyraźna.

IMG_5531

IMG_5525

IMG_5523

Co ja poradzę? – uwielbiam kuchnię hiszpańską, indyjską też (zresztą i polską, pierogi wielbię miłością niezachwianą!) Szeroki uśmiech W kuchni ukrywa się aż nadto dotykalne piękno danej rzeczywistości, które niemal wszystkimi zmysłami dociera do serca (i duszy). Zagnieżdża się w pamięci – to przecież zapach jest najsilniejszym bodźcem. On utrwala wydarzenia. Potem słuch i wzrok stają się bastionem bezczasu…

IMG_5479

IMG_5784

I Indie, jedno z ostatnich zdjęć, jakie wracając teraz do Mumbaju zrobiłam. Słońce wschodziło, kolejny czaj wypiłam, kilkaset słów w zeszycie się pojawiło (nadal toczy się we mnie ta odwieczna walka, czy impresje lepiej zapisywać piórem w zeszycie, czy na klawiaturze netbooka). Po kawie (i czaju) jakoś mi to wszystko lepiej wychodzi:

DSCN3279

Pociągi też uwielbiam. I te słowa: Strać siebie i odnajdź siebie! Bo to właśnie, gdy jesteśmy najdalej od siebie, najbardziej stajemy się sobą. To właśnie tutaj odkrywamy nowe rzeczy, dorastamy, dzielimy się i jednoczymy z Drugim.

Mysore

Nie, ja nie palę, to tylko biri/bidi. I Mysore pewnego upalnego popołudnia, gdy nic się nie działo, a ja to nic chciałam poobserwować z okna dość obskurnego hotelu.

C’était une nuit comme un état d’âme…

herbata

C’était une nuit.

20150314_151236

Plus sombre qu’un normal manque d’une lumière révélatrice d’une Lune trop pâle et sans un pouvoir. Et pourtant, une couleur qui tirait sur le noir plutôt cachant un mystère qu’un vide d’âme dangereux et sans aucun espoir d’en sortir. Un lieu peu élairé, néanmoins avec une luminosité intérieure qui ne se permettait de s’orienter que par un souvenir trop caché, trop étouffé, quasi un secret sauf qu’il eut été partagé un jour dans le passé plus-qu’imparfait. Une perfection de mots, de gestes, de sentiments, de… tous les non-dits bien révélés par des regards, durant un « aujourd’hui » qui changea en une nuit infinie d’une sombre inertie, une non-action, une stupeur tapageuse d’envie. Hors du temps présent et futur, d’un espace bien placé dans de courtes et étroites ruelles éphémères comme des affections touchées du bout des doigts, un secret flâna, inexistant, bien sûr banalement, pour les mots et noir de sa nature sonore sauf à ce que, dans une autre dimension, il se fût apparu dans des conditions bien différentes d’une clarté aphatique et lache par suite de sa peur.

20141004_141838

20141003_180231

20141004_141759

Empreinte de tristesse et d’inquiétude, une crainte, presque une douleur, égarée parmi les ruelles et les ombres des bâtiments et des réverbères piqués comme des mementos d’une réalité tellement oubliée que presque jamais existante, et pourtant d’une illusion réelle des phénomènes manifestés quelque part ailleurs, et dorénavant vivant d’une façon à mi-fictive et misant en oeuvre son apparence. Dans la noirceur de cette Lune quasi absente, une faible pensée de voir leurs inapriopriété, être sans raison et déplacés ranima l’esprit d’un vagabond « des réverbères d’absurde et inutilement coupant le noirceur ». Et pourtant, cette nuit-là, ils indiquèrent le sens des pas de cet esprit plus fantôme que respirant dans le corps encore vivant, d’une mémoire formée de souvenirs encore pertinants.

20141004_151807

Et puis, soudain, une brume éparpillée ensommeilla la ville dans un état à mi-réel. Dans le temps plus-que-présent, élargie par le brouillard dans des dimensions trop vastes pour se limiter aux exigences de l’espace physique, la ville samblait être dépourvue de contingentement.

20141004_144155

Un bâtiment, des cheminées, des fenêtres avec la lumière allumée, les gens commencèrent leurs réalités. Des consciences invisibles pour le passant mis à part de leurs vies. La brume d’une histoire quasi oubliée qui eut fait du présent un endroit suspendu et inconcrétisé là-bas-et-ici, le temps et l’espace…. le brouillard tout encombrant sans aucun zeste d’une nuit inachevée par des révélations non dites. Rien n’eut été dit mais tout eut été écrit, toute réponse eut été propulsée, et pourtant, la noirceur entre deux espaces s’eut instalée du jour infini dans la nuit du passé. Maintenant, en tant que pont, cette brume-ci ravegea la noirceur d’une nuit secrète…

20141004_143610

20141004_142958

Une personne se fut manifestée en face du vagabond noctambule. Deux enfants de la brume au bout d’un recoin de la rue, sans un chat ni rien de vivant, un calme absolu, et voilà ! Un mot comme un lever (un éveil !) du Soleil encore très délicat de révélation et rougâtre d’existence mais, cette fois-ci, déjà audace d’un dévoilement.

20141004_151839

20141006_111802

Nie ufaj pozorom! – indyjska maja

DSCN2999

Za co uwielbiam Indie? Chociaż trudno mi jest ująć w słowa zachwyt, który bardziej wymyka się werbalizacjom niż choć odrobinę stara się wyrazić słowami, to jest kilka właściwości Indii, które ubóstwiam: joga, rozmowy o duchowości, sanskryt (a powoli i hindi, telugu i pendżabi), kuchnia (kocham!), kolory (choć brudne i wyblakłe), indywidualność w tłumie, wolność i swoboda, przepiękna architektura, wszechobecna natura, miejsca do medytacji ukryte w świątyniach, gotowość Hindusów do pomocy…

DSCN2993

Dziś przeczytałam takie zdania (Michał Paweł Markowski „Notes indyjski”, 2016: 6):

„Chodzę bocznymi uliczkami […] z dala od utartych szlaków, z dala od świątyń i zabytków, raczej wśród nieczystości niż blasku i nie widzę tu nic, co dałoby się uwznioślić […]. Widzę w zamian samą upadłość. […], której, owszem, mógłbym nadać sens dzięki lekturze, wiedzy, mitologii, ale tego robić nie bardzo chcę, nie potrafię, nie mam jak. Tu, gdzie chodzę, w brudzie i smrodzie, w zaduchu, pyle – wyniosłości nie ma. Jest, intensywnie jest – upadłość.”

Owszem, zaprzeczyć temu nie można. Lecz ja tę upadłość, indyjski brud, smród, hałas, w-żaden-sposób-nieobecną świętość uwielbiam. I uwielbiam fotografować. Owszem, ekologia w Indiach nadal pozostaje persona non grata, a dbałość o czystość i porządek jest na jednym z ostatnich miejsc na liście zadań do wykonania, liście, której zresztą w Indiach nie ma. Lubię ten zaduch, wszechprzenikające i atakujące wszystkie zmysły zanieczyszczenie i brak wzniosłości, pozorny zresztą. Brud to iluzja, to maja (māyā), za którą Coś się skrywa. Coś, co na pierwszy rzut oka, poruszenie dziurek nosa i wrażenie słuchowe, jest nieobecne, bo znajduje się poza zmysłami. One jakby to Coś okrywają, chowają przed nazbyt pochopnym ukazaniem… Czasem jednak owo Coś nieśmiało przejawia swoją postać, nawet w brudzie i ciężkości powietrza – wtedy następuje darśana – widzenie, wizja według hindusów posiadająca walor boskości, a nawet dhjana – głęboka medytacja.

DSCN2939

„Indie są nie do opisania, nie do sfotografowania i mimo ogromnych wysiłków utrwalenia doświadczenia na dnie mowy i zdjęć pozostaje mętny osad, który nigdy się nie rozpuści.” („Notes indyjski” 2016: 160).

DSCN2871 (3)

Chyba tak, ale nie ja nie nazwałabym tego mętnym osadem. To za słabe słowo, a jednocześnie nazbyt pejoratywne. Na dnie słów, gdzieś w zakamarkach tego, co chce się napisać i powiedzieć, co chce ukazać siebie na zdjęciu czy filmie, istnieje pewna nieobecność aż nazbyt aktywna – nieobecność przeszłości, dawnych historii, aura jogi, aura boskiej architektury, która nigdy nie umarła, a jedynie zmieniła swoją postać, ukryła się za biedą, wyziewami kanalizacji, zanieczyszczeniem rzek, zapracowaniem za kilka rupii, żebrakami. „Nie ufaj pozorom!” – tak oto mówi mi umysł, gdy w medytację się zanurza.

DSCN2987_1

Pewnej nocy w Mysorze (Mysuru)

20170220_165111-1.jpg

Kilka dni w Indiach minęło, przy tej okazji kilka świątyń, meczetów, chai masala pitych kilka razy dziennie, kilka dos i thali jedzonych bezustannie ze smakiem, kilka dni nadal pozostało, a człowiek myśli. I duma. I myśli, za co tak Indie uwielbia. Od zawsze Indie przedstawiane były jako bajeczna kraina, gdzie turysta-pielgrzym udaje się w poszukiwaniu Siebie, a w każdym razie wyprawia się po skarby: przyprawy, ubrania, mądrości, jogę. Nie można przecież zapominać, że Indie to wielowiekowa, nadal pulsująca życiem (niekiedy za intensywnie), tradycja, która wchłaniając w siebie wiele wpływów z kultur najeźdźców, pozostała sobą, ale i tego nie jestem pewna – Ariowie fundujący indyjską tożsamość, napływając falami na tereny Półwyspu Indyjskiego od II tys. p.n.e. nie byli ludem indogennym, Cywilizacja Doliny Indusu właśnie chyliła się ku upadkowi, starożytna kultura, o której nadal tak niewiele wiadomo. Tożsamość kraju, którego każdy stan mógłby stanowić odrębne państwo, to jest dopiero fenomen! Coś jednak Hindusów łączy w ich duszy. Coś jest w nich specyficznego. Cóż, Indie to nie jest przecież tylko stan ducha, to cała dusza!

20170219_173305.jpg

Leżąc wieczorem w Mysorze, pod popsutą pankhą, w raczej obskórnym hotelu, słysząc głosy gadających Hindusów za oknem, słuchając piosenek z bollywoodów dochodzących z nienowego telewizora, myślę… o tej duszy indyjskiej. Tu jest wszystko albo bardzo ostre, albo bardzo słodkie, olbrzymia bieda i wielki luksus, smartphone’a ma niemal każdy, w sklepie można kupić wszystko, a nawet więcej niż u nas, w telewizji 500 kanałów, duże malle/galerie handlowe i street food oraz obskórne restauracje, pociągi przepełnione podróżnymi i super expressy, które w cenie biletu serwują posiłek, ogromne pola uprawne herbat, krowy i bawoły wodne z pomalowanymi rogami, sadhu i drogie samochody oraz perfumy, sari i wille za fortunę…

20170220_174231.jpg

Powiedzieć, że Indie to kraj kontrastów czy wielu milionów uciśnionych, to nadal nie jest precyzyjne. Gdzieś między ogromnym rozdźwiękiem poziomu życia a tłumną religijnością jest Cisza zagłuszająca nawet hałas klaksonów. Wyciszenie, uspokojenie, relaks… swoiste lenistwo, które może iść dwiema ścieżkami – słynne zrobię to potem, jest czas, tomorrow Ma’am/Sir, albo wyciszenie umysłu, Siebie… Samadhi (najwyższe stan medytacji, wchłonięcie jogiczne), które patrzy na piękno krajobrazu, smakuje potrawy, docenia życzliwość, nie narzuca siebie, a czeka, aż Rzeka życia, Ganges/Ganga, sama zamiesie człowieka w jej nurcie. To nadal tylko jeden z milionów niuansów, jakimi Indie się mienią.