Kawa, herbata i ciasto karmelowe w DHARAMSALI

20170815_142053

Dharamsala to nie tylko wątpliwej czystości malutkie knajpki z widocznym u wejścia kucharzem, nie tylko stragany z buddyjskimi dewocjonaliami czy ubraniami, książkami. To duch otwartości i życzliwości, spokoju, rodzaju spowolnionych myśli i oddechu, który wywołany jest Himalajami, błogosławieństwem obecności Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy, mentalności Tybetańczyków, który wydają się być bardziej serdeczni niż Hindusi, szczerzy. To nie to, że krytykuję Hindusów, po prostu – to inny sposób bycia i zachowania, inny powód do życia. Zupełnie inna duchowość i postrzeganie świata.

20170815_134241

Chociaż buddyzm wyrósł na ziemi indyjskiej w VI w. p.n.e. i tym samym przejął wiele z indyjskiej etyki samodyscypliny, kultywowania jogi i medytacji, zasady niekrzywdzenia nikogo (nawet w myśli, nie mówiąc już o słowie czy czynie), tolerancji, to większą odpowiedzialność położył na indywidualną odpowiedzialność za Drugą czującą istotę – to słynne buddyjskie współczucie (tylko czasem pojawiające się w pismach hinduizmu), stało się żyzną glebą, jedyną glebą, na której inne jakości etyczne mogą wzrosnąć: cierpliwość, hojność, spokój, otwartość, szacunek dla drugiej osoby…

2017-08-15 15.06.13.jpg

Dharamsala to centrum różnych, lepszej i gorzej, jakości kursów jogi, ajurwedy, masażu, leczenia czakr… Oraz miejsce wielu chillout-owych knajpek, w stylu zupełnie zachodnim, choć prowadzonych przez Tybetańczyków i Hindusów. Najlepsze momosy na świecie: smażone, z ziemniakami, warzywami ze smacznym sosem na ostro:

20170815_154904

Znajdą się tu także KFC czy sklepy z markową odzieżą sportową po tańszej niż zachodnia cenie (nie lubię, mimo wszystko, takiego podziału na zachodni – wschodni…).

20170815_153643

Jest np. Shambhala Coffee tuż naprzeciw Chortenu (zdjęcie u góry) w centrum:

20170815_142031

20170815_134252

Kawa jest tu pyszna, ciasta też, atmosfera i muzyka cudownie spokojne, widok… Ten widok z tarasu na Himalaje!

Jest Crêpes-Pancakes zaraz przy centrum kulturalnym Tibet World:

20170815_173724.jpg

Tu można wypić słynne herbaty tybetańskie: z masłem i solą oraz domowej roboty (fermentacji) kambuczę na zimno o smaku trudnym do opisania, ale bardzo orzeźwiającym, kuchnia też jest bardzo dobra…

20170814_124519

Kombucha podana w butelce, rogal z sera jaka i ciastko tybetańskie:

20170815_173523

Jest także Tibetan Tea House, o którym pisałam trochę w poprzednim poście, z przekochaną właścicielką, pochodzącą z Tybetu. Całkiem niedawno otworzyła swoją herbaciarnię – spełniła swoje marzenie.

20170810_144051

Herbaciarnia jest malutka – jeden pokój i kuchnia, w której właścicielka własnoręcznie przygotowuje posiłki i herbaty. Choć nie ma nic przeciwko, to nie bardzo wyznaje potrzebę nowoczesnych technologii. Ma Facebook, używa maili, ale woli rozmowy oko w oko. Ja też.

FB_IMG_1502724769804-1

20170815_153735

Dharamsala… raj dla miłośników jogi, kuchni tybetańskiej, buddyzmu i Himalajów

20170814_091236

Trudno mi napisać cokolwiek o Dharamsali. Czuję w sobie ogromny opór… absolutną przeciwność niechęci czy zmęczenia hałasem i bombardowaniem pięciu zmysłów synchroniczną wszystkościa w Indiach. To moje ulubione miasto, miejsce… przestrzeń Indii, które uwielbiam za niemal wszystko. Oczywiście mówię o Upper Dharamsali, zwanej McLeod Ganj, siedzibie Rządu tybetańskiego na uchodźstwie, czyli miejscu stałego zamieszkania Jego Świątobliści XIV Dalajlamy, który z uwagi na to, że często podróżuje, nie zawsze jest obecny w swoim domu. Gdy przybywa w Dharamsali, turyści i mieszkańcy mogą starać się oficjalną drogą o audiencję z duchowym przywódcą Tybetu.

20170814_155319-1

Dharamsala urzekła mnie swoją atmosferą i pięknem od pierwszego spojrzenia na jej jeszcze śpiące, ciche, wolne od tłumów ulice – przyjechałyśmy 6:00 rano do McLeod Ganj, pod samo wejście stojącego przy głównej ulicy Chortenu (święta budowla buddyzmu ze stupą wewnątrz).

20170812_144205

Za dnia i wieczorem Dharamsala tętni życiem, samochody wciskają się w wąskie uliczki… chodników tutaj nie ma, więc samochód, motor, człowiek czy pies i krowa wspólnie muszą przebijać się przez tłum, który sami tworzą. Ścisk prowadzi we wszystkie możliwe strony: do Chortenu, do głównej świątyni Tsuglagkhang (na zdjęciach powyżej), czy nawet do świątyni Bhagsu Nag w oddalonej od 2 km od świątyni malutkiej mieścinie o nazwie właśnie Bhagsu, zamieszkałej przez plemię. Uliczki są raczej wąskie, pełne kramów z mniej lub bardziej autentyczną biżuterią, jedzeniem, ubraniami rodem z Nepalu i Tybetu.

Dharamsala otoczona jest cudownym widokiem gór, czasem ukazujących swoje szczyty, jeśli chmury nie ukrywają Himalajów w sobie – chmury potrafią być bardzo nisko, tak nisko, że wpływają na balkon, na którym człowiek właśnie pije herbatę, kawę czy po prostu czyta lub pogrążony w kontemplacji patrzy na góry. To jest dopiero wrażenie!

Dharamsala jest miejscem, które na pewno warto, a nawet trzeba, zobaczyć, bo choć króluje tutaj tłum i niemiłosierny ścisk, to jest to inne doświadczenie tłumu. Inne, bo gro ludności stanowią Tybetańczycy i kultura buddyjska, a nawet bardziej – obecność duchowego przywódcy Tybetu Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy. Tybetańczycy są bardziej życzliwi, mniej napastliwi w handlu, a jeśli człowiek choć trochę wychodzi ze swojej skorupy turysty, uśmiechnie się, rozmawia, spróbuje momosów (pierożki gotowane na parze lub smażone w głębokim oleju) czy pyta o te i inne sprawy, wchodzi w malutkie przyuliczne wnęki z jedzeniem, by spróbować kuchni spod ręki domorosłego kucharza, gotującego na naszych oczach, to doświadcza bardzo przyjemnej sfery serdeczności i otwartości Tybetańczyków.

20170812_164502

Dziś kupiłam malę (różaniec modlitewny używany w hinduizmu i buddyzmie) z drzewa sandałowego i nie wiedziałam, jak doczepić do niej specyficzny „brelok” złożony z wadżry (symbol mądrości) oraz dzwonka, ma to z jednej strony służyć lepszemu wyliczaniu omówionych mantr, a z drugiej odpędzić źle moce… Podeszłam więc do pewniej pani z prośbą o właściwie doczepienie  „breloka”, a przy tej okazji dostałam do poczytania książkę o różnych symbolach buddyzmu tybetańskiego, ale to już na innym stoisku.

20170813_121045

W Dharamsali na pewno warto spróbować kuchni tybetańskiej, jest wersja wege i mięsna, na przykład zup thugpa lub thenthuk, różnych herbat: słynną tybetańską herbatę z masłem i mlekiem kocham, ale należę do nielicznych ;), czy khendra (rodzaj herbaty w smaku przypominającej assam z delikatną nutą ziołową), różnych wypieków z sera jaka, momosów…

20170814_164733

Do Tibetan Tea House, znajdującego się delikatnie poniżej głównej ulicy, koniecznie trzeba zajść: przytulne wnętrze, właścicielka jest cudownie serdeczna, opowiada o swoim śnie odwiedzenia za kilka lat Grecji, a herbata, wypieki i lekki posiłki są wyśmienite.

FB_IMG_1502724769804-1

Dla miłośników jogi, medytacji czy różnych kursów ajurwedy czy leczenia czakr itp. Dharamsala oferuje bardzo duży pakiet propozycji w różnych tradycjach.

20170814_094910-1

Shimla – górska stolica indyjskich Himalajów (w stanie Himachal Pradesh)

20170809_161058-1

Shimla to już inne Indie. Dość daleko od Delhi (10 godzin pociągiem lub autobusem), czyste (plastikowe siatki są zakazane, częste są napisy na murach, by dbać o wodę i nie śmiecić), nie tak nachalne w spojrzeniach, nie tak upalne – wilgotność powietrza jest tu bardzo wysoka. Shimla położona na wysokości prawie 3000 m n.p.m. w zachodniej części Himalajów – nie jest to jednak wysokość, która jest odczuwalna dla organizmu.

20170808_154309

Na zdjęciu sadhu ucina sobie popołudniową drzemkę na środku ruchliwej ulicy, przy okazji zbierając trochę rupii do menażki.

20170809_151752.jpg

Chociaż Shimla jest relatywnie małym miastem, to na tutejszym bazarze, rozciągającym się i wijącym między tysiącem uliczek i zaułków, znajduje się wszystko, czego dusza turysty i mieszkańca może zapragnąć. Ceny za pokój nie są jednak tak małe, w końcu Shimla to stolica północnoindyjskiego stanu Himachal Pradesh.

20170808_163441

Jest to niezwykle urokliwe miejsce, posiadające swój niepowtarzalny urok, doskonale połączone z Delhi, z Chandigarh (stolicą północno-wschodnich stanów Punjab i Haryana) i z Dharamsalą (siedzibą rządu tybetańskiego na uchodźstwie, istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że wizyta u Dalajlamy zostanie zwieńczona sukcesem – to jest dopiero Coś!).

20170809_143302

Poza możliwością obkupienia się we wszelkiej maści indyjskie specyfiki oraz firmowe ubrania (w centrum miasta znajduje się mnóstwo sklepów z firmową sportową odzieżą), Shimla jest doskonałym punktem startu do górskiego trekkingu. Znajdujące się w centrum miasta biuro informacji turystycznej proponuje kilkugodzinne wycieczki objazdowe wkoło Shimli (350 rupii / 20 zł). Zresztą nie tylko biuro to proponuje, dużo hoteli czy guesthousów ma swoje oferty turystyczne. Ogólnie… ludzie są tu mniej natrętni w propozycji swoich usług niż w Delhi czy niżej położonych miastach Indii, nie znaczy to jednak, że nie są uparci w zachwalaniu swej oferty. Wystarczy jednak uprzejma indyjska odmowa w postaci: tak, tak, jutro zobaczymy (yes, yes, we’ll see tomorrow), i można iść dalej.

20170810_150322

Rejon Himachal Pradesh tak bardzo różni się od stereotypowych Indii, po części dlatego, że w X w. znajdował się pod tybetańską kontrolą – nadal ludność tybetańska zamieszkuje te tereny, a kultura buddyzmu tybetańskiego jest tutaj żywa. W 1864 roku Shimla stała się letnią stolicą British Raj, przed przybyciem Brytyjczyków raczej nic szczególnego tutaj nie istniało, górska wioska i las znamy jako Shyamala, lokalna nazwa bogini Kali, czarnej, groźnej dla zła, okrutnie wyglądającej, ale dla swoich wyznawców łaskawej i przychylną). Simla to zanglicyzowany sposób wymowy cofający się do kolonialnych czarów… czasów).

20170808_193817

Centrum miasta stanowi Mall, wolna od ruchu samochodów, riksz i skuterów, sfera pełna sklepów, restauracji, hoteli, ludzi, turystów, Hindusów, Tybetańczyków, psów (którym bardziej zależy na spaniu niż jedzeniu <3), małp (wczoraj walkoverem oddałam małpie walkę o kręconego loda z automatu, i tak bym przegrała!). Centrum spotkań znane jest Scandal Point: tutaj stoi pomnik Ojca indyjskiego narodu Mahatmy Gandhiego oraz Żelaznej Damy Indii Indiry Gandhi, kościół, ogromna flaga Indii i zejścia do bazarów…

20170808_142741

20170808_142701-1

Miasto może nie jest duże, budynki często są niedokończone w budowie, żeby nie powiedzieć – znajdują się w stanie rustykalnym i pogrążonym w ruinie, wiele mieszkańców żyje w skrajnej biedzie, a miasto, choć czyste, to strona budowlana nie jest nic a nic urokliwa, to przepiękne góry, lasy, niepowtarzalna atmosfera miejsca, przyjazne nastawienie mieszkańców (ile przypadkowych rozmów odbyłyśmy w małych knajpach, nie grzeszących czystością, ale o przepysznej kuchni). Shimla jest zdecydowanie miastem, które trzeba zobaczyć, jeśli dusza pragnie posmakować spokojnych, nie tak upalnych i gapiących Indii. Warto być otwartym na rozmowy, warto wchodzić do miejsc autochtonów, warto nie izolować się od Indii.

20170808_163639

Specyfika Shimli polega na kilku rzeczach: krów tu raczej nie ma, święte są psy, które śpią, gdzie tylko je sen złapie, oraz Hinduski, które idą, jak chcą, i przepychają się, jak chcą (my więc też!), jest tu czysto, budynki są wbudowane w skały górskie, upchane do granic przestrzeni…

20170810_144051

Jak dojechać? Autobusy stają w New Bus Station, zwanej Tutikandi, stamtąd trzeba wziąć lokalny bus do Old Bus Station (7 rupii) lub taxi (300 rupii), jazda trwa ok. 20-30 minut.

20170809_141216

Gdzie nocować? Albo szukamy hotelu, idąc po mieście, albo negocjujemy cenę z kimś, kto na pewno nas zaczepi (do ceny pokoju doliczany tu jest podatek).

Nowe wyzwanie Indii – do 2022 roku Indie są czyste, natomiast bezustannie i bez przerwy trwa walka o prawa i godność kobiet:

Korytarz od naszego pokoju i kilka słów o misji społecznej, jaką indyjscy projektanci mody czują w sobie (więcej w książce):

20170809_152008

Dzień z życia krowy w Haridwarze i kilka słów o asanie go-mukha (twarz krowy)

20170807_090304

Raczej każdy wie, że krowa w Indiach to istota święta. Z wielu powodów, choć nie łatwo je dokładnie filozoficznie określić. Krowa to matka, bo daje mleko, a z mleka można zrobić niemal wszystko, co do życia jest potrzebne: masło klarowane ghee (bardzo zdrowe, jajecznica na takim maśle jest cudem podniebienia, kocham!), różne kefiry i jogurty, które stanowią bazę dla innych produktów do picia (lassi) i jedzenia dodawane do sosów czy zapraw), a w końcu do różnych pudż (ofiar, które kilka razy dziennie odbywają się w tysiącach mniejszych i większych świątyń). Zresztą nie tylko mleko jest przez krowę produkowane, inną rzecz suszy się, by tu i tam wykorzystywać jako opał i materiał budulcowy. Krowa jest święta i tyle. Nie ma tu dyskusji! Atra na samśayah (jak w sanskrycie powiemy)!

20170807_103914-1

Święty główny ghat Har-ki Pauri, po którym chodzi każdy, kto tylko może i nie może (wtedy używa czegoś w rodzaju wózka), do przejazdu upoważniony jest tylko motor albo rower – policja strzeże wejść z kilku stron. A ten każdy to: sadhu (asceta żeński i męski) oddany bogu Śiwie (odróżniany po pomarańczowym kolorze szat), oddany bogu Wisznu (biało-szary kolor), Hinduski w kolorowych sari, często z jakimś pakunkiem na głowie, a często i nie, ubrane w sari, albo w jeansach i t-shircie (głównie młode), podobnie mężczyźni, choć również głównie młodzi, starsi noszą albo spodnie z materiału i koszule, albo długie koszule i spodnie uwiązane z kawałka materiału. Jak komu wygodnie. I turyści, w tym obecnie dwie Polki, często brane przez Hindusów za Rosjanki albo… Francuzki! Ja mam ubrane spodenki sportowe do kolan i t-shirt oraz japonki, nie lubię butów trekkingowych w miejscach, gdzie temperatura przekracza 30°, teraz jest ponad 40°. Owszem, jest błoto, czystości na chodniku nie ma, krowy zostawiają swoje ślady wszędzie, ale… cóż, trzeba uważać i dobrze będzie. I ta tytułowa krowa, która nadeszła ot tak, by ot tak pójść dalej, pewnie sama nie wie dokąd. To zresztą chyba nie ma żadnej różnicy.

20170807_112516-1

Weszła na plac, między jeden sklep z dewocjonaliami a drugi, więc ja będąc ulokowana na tarasie Café Coffee Day (rodzaj indyjskiego Starbucksu) patrzę, co się wydarzy. Wbrew pozorom, nie jest łatwo wypatrzyć krowę, czy nawet stado krów, w centrum miasta na środku placu, nie w Indii. Tu z każdej strony coś się dzieje, hałas będący kakofonią wszystkiego (klaksony, ogłoszenia modlitw, gwiazdki policji, piszczałki, rozmowy ludzi…) i upał, on też ogłusza! Krowa weszła zatem na środek placu, stanęła i… stoi. Patrzy w jedną stronę, ruszyła ogonem, gdy nagle podeszła do niej pewna pani i nakarmiła czymś, co wyjęła z torby. Potem podszedł chłopak, pogłaskał święte zwierzę i nakarmił kolbą kukurydzy. A potem nadeszła grupa sadhu, Hinduska i ich nakarmiła, wkładając bliżej mi nieznaną (siedzę przecież dość daleko) papkę do ich menażek (każdy sadhu takie naczynie ma, bo zdobywa takim czy innym sposobem w nie jedzenie). Krowa odwróciła się równie powolnym i przemyślanym ruchem. I wyszła z placu z gracją… podjadając resztki jedzenia ze śmietnika. Tak obserwując tę powolność, namysł, spokój i opanowanie krowy w samym środku gotującego się (dosłownie, upał leje się z nieba na przemian z deszczem) wszystkiego, teraz rozumiem, dlaczego jedna asana nosi nazwę „twarz krowy” (go-mukha). Niby jest to łatwa asana, ale wymaga właśnie takiej spokojnej precyzji, temperatura ciała u jogina znacznie wtenczas wzrasta.

20170807_090330-1

Czasem jednak w tłumie ulicy i krowa nie jest szanowana, zwłaszcza, gdy wchodzi na teren czyjegoś biznesu: sklep, restauracja itp. Nie chodzi o to, że krowa wchodzi dosłownie do środka, ale np. swoim powolnym i stosowanym ruchem, wypatrując, co może ewentualnie podebrać, podchodzi do czyjejś posesji. Zdarza się, że ktoś nazbyt mocno święte zwierzę przegoni, np. kijem, to już jest bezczelność i brak ahinsy! Ahinsa, postawa absolutego nie-krzywdzenia żadnej czującej istoty w myśli, mówie i czynie, ta fundament indyjskiej duchowości, a zarazem polityki Mahatmy Gandhiego (a obecnie Dalajlamy XIV), w ten sposób – takim kijem czy bijącą ręką – jest całkowicie łamana, a istota czująca jest krzywdzona. Tak czynić nie jest dozwolone w świętych zaleceniach hinduizmu!

20170807_112416

A co można zrobić, gdy krowa pojawi się na naszej drodze? Można pogłaskać. Krowy lubią jeść banany i kolby kukurydzy, głównie takie opalane na węglu. Problem w tym, że ja taką kukurydzę również uwielbiam, więc zdarza mi się uciekać przed krową, która stara się udowodnić mi, że ona bardziej uwielbia kukurydzę…

20170807_103854

W Haridwarze kilka myśli o…

20170806_134937.jpg

Hinduizm to złożone i szalenie charyzmatyczne wyznanie, posiadające bogatą tradycję literacką, czyli filozoficzną, o treściach często trudno dostępnych dla zrozumienia u kogoś, kto nie bardzo jest obyty z filozofią Wschodu. W świątyniach możemy spotkać tłumy wyznawców, usłyszeć gwar rozmów, śpiewów, modlitw, lecz są też takie święte miejsca, gdzie absolutna cisza jest nakazana. Cisza, która jest drugą twarzą Boga. Święte kąpiele w Gangesie, świeci asceci (płci żeńskiej i męskiej), tłumnie obchodzone aarti (powitania i pożegnania słońca)… doświadczenie tego wszystkiego na własnej skórze, dosłownie – ogromny upał albo przenikliwy chłód z monsunem nie pozostawiają ciała obojętnym.

20170805_165043.jpg

Z jednej strony dla człowieka spoza Indii, turysty głównie, to wszystko zdaje się przerażające, niezrozumiałe, dzikie, wyzbyte sensu nawet, tym bardziej, że natrętność Hindusów balansuje niekiedy na granicy wytrzymałości tegoż turysty.

20170806_155422-1.jpg

Spojrzenia, ciągle prośby o ek photo (jedno zdjęcie), ale na jednym selfy nigdy oczywiście się nie kończy, ciągle próby sprzedania czegoś, czegokolwiek, co tylko można sprzedać, ciągle żebrania… Oczywiście w rzeczywistości to nie jest „ciągle” i wszędzie, żebranie jest chyba bardziej natrętne względem Hindusów. Zresztą wszystko to jest od miasta. Co miasto to inne Indie.

20170805_183240

Pierwszy dzień po roku nieobecności w Haridwarze. Wtedy miasto przywitało nas okrutną ulewą, błoto płynęło ulicami, chodnikami, wszędzie, i ten ostry zapach kadzideł i palonego drewna (jedno i drugie na ofiary) uderzał w zmysł powonienia. Teraz zapach tak samo uderza, ale jest już swojski, oczywisty, znany, błota nie ma, let za to upał i wilgotność powietrza. Da rady oczywiście żyć. Ma to nawet swój urok. To święte miejsce przeznaczone jest zarówno dla sadhu (ascetów), wyznawców hinduizmu, jak i praktykantów jogi. Przyciąga tysiące pielgrzymów i joginów, turystów też. Po ghatach nad Gangesem niekiedy nie można swobodnie przejść, bo taki jest tłum, tak silna potrzeba dokonania rytualnego oczyszczenia. Dziki hinduizm… i dziki turysta czy też indolog, który chce przejść!

20170806_142658

Dziki, bo człowiek z zewnątrz ma wrażenie wstąpienia w żywioł, który choć składa się z tysięcy osób i tworzy całość, to jednocześnie nie są twarze bez tożsamości. Żywa, ogromna i nieopanowana potrzeba wstąpienia w Matkę Gangę.

 

A gdyby tak postawić się z drugiej strony? Dla Hindusa to normalne, taki tłum, a turysta to zawsze ciekawy obiekt, równie ciekawy, jak ciekawy on jest dla turysty. Kilku dziadków zaproponowało nam wczoraj wypalenie z nimi czegoś w rodzaju shishy z palonym węglem w środku, nie mam pojęcia, co to było. Ale dziadkowie byli w iście szampańskim nastroju!

20170805_183224.jpg

Haridwar trzeba zobaczyć, trzeba wstąpić w to, co się dzieje na ghacie Har-ki Pairi (a może Har-ki Pauri), głównym miejscu do świętych kąpieli. Dziesiątki straganów z dewocjonaliami, restauracje, hotele w samym środku miasta, w samym środku… skrajnej biedy. Z obu stron miejsce to otoczone jest obozowiskiem mieszkalnym „namiotów” ludzi z dnia na dzień żyjących w skrajnych warunkach przeżycia. Trudno to zrozumieć, jeśli cokolwiek można tu rozumieć. Skrajna bieda u stóp Boga, dosłownie, nazwa tego miejsca oznacza odcisk stopy Boga Wisznu, a sam Haridwar to brama, drzwi do Boga (Hari).

Takie było moje odczucie w pierwszy dzień.

20170805_163916.jpg

Drugi dzień, gdy mózg odpoczął, jest już inny, normalny. Przecież to wszystko jest oczywiste, przecież to są właśnie Indie. Przecież w gruncie rzeczy nic się nie dzieje. Ktoś patrzy, ale ja ta też patrzę, wszystko napiera na mnie z każdej strony ulicy, ale ja jestem częścią tego wszystkiego. W barze nikt za bardzo nie reaguje na mnie. Podoba mi się, że mogę trochę rozlać wodę, gdy nalewam z dzbanka do kubka, że mogę jeść rękoma, że jedzenie jest tak tanie, a tak pyszne (30 rupii/2 zł za paranthę poniżej), podoba mi się, że jest tak głośno. Uwielbiam gestykulację Hindusów, ona tak wiele wyraża, hindi nie wystarcza, angielski podobnie, nowa ciała jest numerem jeden w komunikacji tutaj. W gruncie rzeczy lubię ten teatr, w którym łatwo nauczyć się swojej roli.

20170806_131423

I to tylko jedna strona Haridwaru, daleko od głównego ghatu jest centrum miasta, obfitujące w księgarnie i aśramy… Dla kogo jest to miasto? – dla wszystkich. A głównie dla tych, którzy boją się Indii. Bo nagle okazuje się, że nie ma się czego obawiać.

20170805_163555.jpg

Chhattarpur Mandir w Delhi

20130101_074223.jpg

Każde przybycie do Indii ukazuje ten kraj w delikatnie innym świetle. To nie jest żadne odkrycie – z jednej strony Indie ulegają bezustannej zmianie, a z drugiej widz nie jest już ten sam. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć Indie, nie wiem, czy ktokolwiek je rozumie, może sam Wisznu bądź Śiwa… Indie są tak niezwykle zróżnicowane, ale mam wrażenie, że wiele odcieni tej mozaiki wyraża się/siebie w hindi, który choć jest językiem głównym Indii, to delikatnie modyfikowanym w zależności od regionu, a z drugiej strony w kuchni – w każdym miejscu ta sama potrawa jest delikatnie inna, dodana inna przyprawa, inne warzywo, inaczej ciasto wyrobione… Nie ma dwóch takich samych czajów. Jakby Indii nie trzeba było rozumieć, ale czuć każdym z 5 zmysłów, bo każdy tutaj aktywnie uczestniczy w doświadczeniu rzeczywistości. Jest to równie męczące, co fascynujące.

Przylot do Delhi z Dubaju liniami Air India przebiegł zupełnie według planu: na czas, podwójny posiłek na pokładzie samolotu, kilka nowości kinematografii indyjskiej i światowej do zobaczenia w małym ekranu przed siedzeniem. Ja wybrałam nie tak już bardzo nowy, ale nadal nowy, „Raees” z moim ulubionym Shah Rukh Khanem. Film ma różne opinie, w każdym razie nie jest to typowy Bollywood. Indie nie są tak bardzo kolorowe, a miłość nie okazuje się znajdować w centrum akcji. Tym bowiem jest… trudno do końca powiedzieć co: biznes, który stoi ponad wszystkim, nawet ten drobny. Ale pozostaje jeszcze: rodzina, polityka, wiara, nauka, zaangażowanie społeczne… w gruncie rzeczy akcja filmu nie jest tak przejrzysta i jednoznaczna. Jak Indie. Jak człowiek. Wczoraj ze znajomym, który żyje w Delhi, rozmawiałam o tym, co jest najwcześniejsze według niego dla Hindusa/ski? O Gudżaracie, w którym toczy się akcja filmu, krąży przekonanie, że biznes, każdy, jakikolwiek: mały, wielki, legalny, mniej oficjalny, a potem rodzina i devotion – choć tak naprawdę nie był tego pewien. A reszta Indii – rodzina chyba, bo to bezpieczeństwo. Ale pieniądz też jest ważny. I Bhagawadgita. Ta podstawa hinduizmu i jogi. Nie każdy ją tu czyta, prawie nikt w sanskrycie, ale gdzieś tam w zakamarkach ducha rezonuje.

W Delhi znajduje się bardzo ciekawa i piękna świątynia Chhattarpur Mandir. Naprawdę warta zobaczenia. Jest to kompleks 4 świątyń rozciągnięty na dość przepastnym terenie. Nie są to stare świątynie, ale nie jest to też świeży hinduizmu, jak na przykład świątynia Shivoham w Bangalore. Mnie najbardziej podobał się Markandeya Mandir z ogromną salą do różnego rodzaju celebracji świat oraz do… odpoczynku (panuje tu cisza i chłód). Główny altar składa się ze kilku posągów, głównego ukazania Bogini Matki, oraz przybocznych podwójnych bóstw: z jednej strony energia kreacji i boska świadomość, pierwiastek męski i żeński wzajemnie się przenikają w jednym bycie, a z drugiej strony zniszczenie i tworzenie. Ta podwójność wchodzi jednak ma teren tantry i jogi, o tym kiedy indziej (a więcej w książce).

20130101_073104.jpg

Blisko tego hallu znajduje się Shiva Gauri Nageshvar Mandir – świątynia poświęcona Władcy Nagów Śiwie i jego Małżonce (o imieniu np. Gauri). Władca czy też Pan Nagów to jest dopiero… joga! W tym przypadku nie są to po prostu węże, zresztą dla Indii wąż nie jest tylko niebezpiecznym stworzeniem, to także skarbnica wiedzy, strażnik inicjacji… internalizacja i aktywacja energii kreacyjnej, ale też i nie do końca…

I wielka postać Hanumana…:

20130101_072415

A teraz ponownie Haridwar i jego „dziki hinduizm”, jak ja ten fenomen aktywności indyjskiej duchowości w tym świętym miejscu dla Indii nazywam.

20170805_183204.jpg

BARDINATH i KEDARNATH – pielgrzymka do wnętrza siebie

DSCN1375

Nie było łatwo dotrzeć do Kedarnath, świątyni wzniesionej na ponad 3500 m. w Himalajach. Patrząc z perspektywy: oczywiście widoki były piękne, towarzystwo wspaniałe (idąc tyle kilometrów naturalnym jest, że rozmawiamy z innymi pielgrzymami, trochę zdziwionymi na nasz widok), a przekąski (samosy i czaj) wyśmienite. Jednak wysokość, ciągłe wchodzenie pod górę i ciężkość oddechu, a u mnie ból w udach (z sercem nigdy nie mam problemów) w pewnych momentach stawały się nieznośne. Odbierały nadzieję: 22 kilometry bezustannej, nieprzerwanej, raz skąpanej w deszczu i błocie, a raz w palącym słońcu pielgrzymce. Lecz człowiek szedł dalej. Nie do świątyni, nie dla widoków, ale… to są Himalaje, to święte, subtelne, miejsce, w którym przed wiekami narodziła się joga. I jak głoszą legendy, przestrzeń ta wypełniona jest mocą ascezy i dobrej energii.

To nie była tylko wędrówka, ale ogromna walka ze sobą: można wrócić, można wynająć w którejś z mijanych wiosek nocleg, można wynająć kucyka czy nawet kupić przelot helikopterem. Jednak nie o to chodzi. Nie po to człowiek pół świata leci, jedzie przez połowę północy Indii po wijących się wąskich jezdniach himalajskich dróg, by teraz poddać się, bo ciało buntuje się. 22 kilometry wspinaczki i po 10 godzinach nagle ukazuje się świątynia, piękna, ocalała po ogromnej powodzi z 2013 roku, która zabiła tysiące pielgrzymów i zalała błotnistą wodą okoliczne wsie z ich domami.

DSCN1450

Do Badrinath dostęp jest dużo łatwiejszy, wystarczy wynająć biały jeep i wytrzymać jazdę po kręcącej się do granic jezdni w samochodzie, który skacze jak zabawka. W tym miejscu medytacja przynosi niebywałe efekty. Nie jest to dziwne, tereny są przepastne, niekończące się i piękne, a chmury, które otaczają człowieka, tworzą fenomenalną atmosferę. Rano dosłownie można chodzić w chmurach, a nawet po chmurach!

Człowiek na to wszystko patrzy, dwie z kilku głównych świątyń hinduizmu a zarazem ważniejsze miejsca jogi, i rozumie. Powoli, delikatnie, systematycznie zaczyna pojmować i odczuwać, że świątynia, do której idzie… to nic innego jak आत्मा हृदये स्थितः (czyt. atma hridaje sthitaha) – w jego własnym sercu obecna świętość. Jednak czym to serce jest? Człowiek powoli zaczyna odczuwać, że ta nieskończona i piękna przestrzeń wkoło jego ciała i umysłu jest i wewnętrzną rzeczywistością.

Teraz czas na Gangotri i Yamunotri.

DSCN1392