Imbir i yerba mate, czyli yerba mate chai!

IMG_1492

Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek głowił się, do czego może przydać się skórka po obraniu imbiru, a na pewno wiele/u z Was temu zagadnieniu poświęciło dużo nieprzespanych nocy, to mam pewną propozycję. Otóż z takiej skórki po dodaniu jeszcze kilku innych składników można przyrządzić, upichcić nawet, bardzo zdrową, mocną w smaku, hardcore yerbę mate!

Rodzaj yerby jest obojętny: bardziej czy mniej pylasta, liściasta, patyczkowata – nie ma znaczenia, byleby jednak nie była smakowa! Taka yerba mate chai nic a nic nie jest łatwa w piciu, mocna Ci ona, spicy czy też hot jak to Hindusi mówią, chociaż nie o yerbie, ale o swej kuchni.

IMG_2712

Skład takiej yerby jest bardzo prosty: kilka kawałków skórki imbiru (równie dobrze można wkroić kilka kawałków imbiru, pisząc o skórce, mam na myśli tylko recykling), kilka ziaren kardamonu, trochę goździków, trochę ziaren pieprzu (może być też naprawdę trochę, troszeńkę, chili) – poza imbirem wszystko w moździerzu tłuczemy, wsypujemy z imbirem do matera i zalewą wodą, jakiej temperaturę św. Tomasz zalecił! Można dodać też trochę cynamonu (z proszku bądź laskę) i trochę gwiazdki anyżu – ale ja nie lubię ich posmaku. Ja tak tradycyjnie indyjsko – kardamon, imbir i chili – trzy królewskie przyprawy Indii.

DSCN3048.1

I pijemy. W Indiach yerba pozostaje nadal nieznana… lecz pewnie zaraz i tam się pojawi. A znając Indie, z mlekiem będzie podawana! Ja jednak pozostanę przy jej kontynentalnym i latynoamerykańskim sposobie serwowania Szeroki uśmiech

I tak zupełnie off topic – przemarsz bawołów na Goa, gdyby ktoś chciał kilka minut popatrzeć… na idące bawoły. Tutaj nic się nie wydarzy, serio, można tylko patrzeć i relaksować się:

Global dexterity, czyli powroty w Indie…

DSCN3223

Do kolejnego wyjazdu do Indii pozostało jedynie kilka dni. Dość często jestem pytana o to, dlaczego właśnie Indie. Nie odpowiadam: joga, sanskryt, kuchnia, praca, filozofia – przy nich zawsze jest jakieś “ale”. Indie, ponieważ… to są Indie! Tout court. Po prostu. Nie wiem, czy Indie są trudną miłością, jednak z pewnością warte są tego, by (po)kochać je z całym dobrodziejstwem inwentarza, który razem ze sobą wnoszą w ludzkie wnętrze. Mit bajecznych i mistycznych Indii – wykreowany w dawnych czasach przez kwieciste i na pół realne relacje greckich podróżników, podboje Aleksandra Wielkiego, wyprawy arabskie, a później filozofujące wojaże Francuzów i Brytyjczyków – uczynił swoje, wzniecając w świadomości człowieka z tzw. Zachodu iskrę zaciekawienia. A nawet bardziej – iskrę i świadomość przynależności do odległej, zamorskiej krainy, której himalajskie przestrzenie ofiarowują więcej niż jakakolwiek książka czy praktyka mentalna. Krainy, która jest inicjacją w głębsze rejony ludzkiego ducha, swiadomości i doświadczenia… To swoiście Platońska iskra (z Listu VII): wskutek długotrwałego obcowania z Dobrem-i-Pięknem nagle zapala się w duszy iskra, której już nic zgasić nie może, a ów miłośnik mądrości (ten filozof) bez niej żyć już nie umie. Mistrz Eckhart, w późniejszych czasach, iskrę tę nazwie twierdzą Boskości, esencją człowieka…

20170226_123425

Indie zmieniają, nie tylko ducha, ale także mózg i układ pokarmowy. Zmieniają kubki smakowe, uwrażliwiają je, nadają sublimacji smaku. W końcu indyjskie masale, mieszanki przypraw, są chyba najróżnorodniejsze na całym świecie. Mózg, początkowo porażony napierającą na niego zewsząd wszystkością, i to z siłą, która bez pardonu atakuje wszystkie układy w ciele, a przede wszystkim sieć neuronalną, musi się zaadaptować. Pokochać albo uciec.

Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie coś innego niż to, po co się przyjechało. Jadąc daleko, spotkacie ludzi zupełnie innych, a tak bardzo podobnych. – Nicolas Bouvier

20170226_125545

Indie uczą przede wszystkim tolerancji, otwartości i pokory, ale w głębszym wymiarze niż ten ogólnie przyjęty. W meta-fizyczny sposób Indie przenoszą człowieka, tego biednego turystę, w tereny jego własnej duszy (ducha, serca czy po prostu umysłu), których istnienia jedynie domniemywał na podstawie jakichś niejasnych przeczuć czy nie do końca uświadomionych myśli. To nie jest zwykła tolerancja dla innego: innej kultury, religii, obyczajowości czy mentalności. To jest dosłowne spotkanie z Innym, jednak ten Inny nie jest kimś z zewnątrz, ale naszym wewnętrznym Innym, teraz powoli powoływanym do życia. Profesor Andy Molinsky zdolność do dostosowania swojego zachowania do obcej kultury bez – zarazem – utraty siebie nazywa global dexterity (globalna zręczność? – czuję ogromną niezręczność w tłumaczeniu tego terminu Puszczam oczko). Nauka reguł nowej kultury oraz praktyczne używanie właśnie nabywanej wiedzy jest procesem, który angażuje sferę nie tylko mentalną. Także emocje – strach, złość, frustracja, swoista niewygoda – biorą silny udział w kształtowaniu nowego sposobu działania w obcym miejscu. Tylko czy nadal obcym…? Mnie Indie uczą przede wszystkim wolności, spowolnienia i zatrzymywania aktywności mentalno-emocjonalnej… Nigdzie nie czuję się tak swobodnie wolna, jak czuję się w Indii. Nie o zwykła codzienną wolność chodzi, taką praktycznie czuję wszędzie, gdzie prawo funkcjonuje, ale o swobodę. Dopiero w Indii czuję, jak bardzo człowiek Zachodu, człowiek cywilizacji skoncentrowanej na kulcie materialności, jest krępowany mniejszymi i większymi konwenansami (głównie prawnymi) oraz tym, co mu w głowie-sercu siedzi, zasiane tam już w dzieciństwie.

plecak

RISHIKESH_1, czyli stolica jogi tout court

20160804_143023

Pamiętam jeden poranek w aśramie Paramarth Niketan w Rishikeshu. Bardzo wyraźnie. A nawet dwa poranki, bo podobne były do siebie. Pewnie zdarzyło się ich i więcej, ale nie zwróciłam na nie uwagi – było za wcześnie, a Indie były jeszcze nazbyt głośne i nękające mój spokój. Nazbyt obce, mówiąc krótko. Drugi tydzień pobytu, czego więc się spodziewać? – tym bardziej, że ciało jeszcze nie słuchało woli, a zajęcia jogi o 6:00 rano dopiero się zaczynały.

DSCN0412

20160729_15460420160729_15461620160729_15480620160729_15482220160730_08005320160730_11362020160730_12000020160730_13032820160803_150155

6:00 rano jest idealną porą na jogę, bo wszystko dopiero budzi się do życia, jest rześkie, ciche, świat jeszcze nie zaczął swojej gonitwy, a żołądek jest na czczo – taka delikatna asceza jest energetyczna.

20160803_183148

A potem człowiek z radością biegnie do aśramowej stołówki, by jeść śniadanie i pić czaj (10 rupii, czyli jakieś 60 gr), co u mnie oznaczało – zagryzać czaj gulab jamunem (10 rupii), kocham! Niczego nie kocham po jodze (i nie po jodze) tak mocno jak jedzenie – gotowanie i konsumowanie! No dobra, kocham jeszcze filozofię (w tym muzykę) i sanskryt (hiszpański i francuski też).

20160731_075025

20160803_090718

20160804_155403

20160803_133712

Przed świtem wszystko jest lepsze! Warto więc czasem zerwać się skoro przed-świt i spojrzeć na świat i siebie z innej perspektywy. Powąchać świat o poranku, to inny zapach. Posłuchać jego odgłosów, które za dnia nie są już obecne. Pójść na jogę na czczo. Pomedytować, patrząc w głębię swojego serca i dostrzegając, co w danej chwili tam się wydarza, bo wydarza się co innego niż za dnia się objawia.

20160804_131301

20160804_150432

20160731_111719

Krowy są cudowne, trochę jak psy. Lubią być głaskane i ogólnie – traktowane z czułością.

20160802_114439

Śri Ganga-ji

Une phrase d’une conscience détachée du monde

​Prendre la tangente dans la nature, et puis, se forger dans le noir d’une mort de vie quasi tout étouffante pour faire une sieste dans l’entre-espace et faire des louanges de sa liberté de choix presque non-limitée, et… prendre la plume pour écrire – créer une réalité à contre-tout, un contre-tout. Une création totale.

Są takie miejsca…

IMG_5432

IMG_5461

… do których chociaż nie planujemy w najbliższej przyszłości wrócić (co nie znaczy, że nie wrócimy), to w pewien – dość wyraźny – sposób rezonują w zakamarkach pamięci. Coś jest w nich tak niezwykłego, specyficznego, że nie można przestać o nich myśleć, nawet gdy poznaje się inne – niekiedy całkowicie odmienne – światy i ich życie. Specyficzna atmosfera restauracji/barów, specyficzny posmak kuchni, specyficzna architektura, specyficzny moment niegdyś, w którym człowiek zdecydował się do nich pojechać. Moment lub Przyczyna… Dla mnie takim miejscem jest Barcelona – impresja jakby już na wpół niewyraźna.

IMG_5531

IMG_5525

IMG_5523

Co ja poradzę? – uwielbiam kuchnię hiszpańską, indyjską też (zresztą i polską, pierogi wielbię miłością niezachwianą!) Szeroki uśmiech W kuchni ukrywa się aż nadto dotykalne piękno danej rzeczywistości, które niemal wszystkimi zmysłami dociera do serca (i duszy). Zagnieżdża się w pamięci – to przecież zapach jest najsilniejszym bodźcem. On utrwala wydarzenia. Potem słuch i wzrok stają się bastionem bezczasu…

IMG_5479

IMG_5784

I Indie, jedno z ostatnich zdjęć, jakie wracając teraz do Mumbaju zrobiłam. Słońce wschodziło, kolejny czaj wypiłam, kilkaset słów w zeszycie się pojawiło (nadal toczy się we mnie ta odwieczna walka, czy impresje lepiej zapisywać piórem w zeszycie, czy na klawiaturze netbooka). Po kawie (i czaju) jakoś mi to wszystko lepiej wychodzi:

DSCN3279

Pociągi też uwielbiam. I te słowa: Strać siebie i odnajdź siebie! Bo to właśnie, gdy jesteśmy najdalej od siebie, najbardziej stajemy się sobą. To właśnie tutaj odkrywamy nowe rzeczy, dorastamy, dzielimy się i jednoczymy z Drugim.

Mysore

Nie, ja nie palę, to tylko biri/bidi. I Mysore pewnego upalnego popołudnia, gdy nic się nie działo, a ja to nic chciałam poobserwować z okna dość obskurnego hotelu.

C’était une nuit comme un état d’âme…

herbata

C’était une nuit.

20150314_151236

Plus sombre qu’un normal manque d’une lumière révélatrice d’une Lune trop pâle et sans un pouvoir. Et pourtant, une couleur qui tirait sur le noir plutôt cachant un mystère qu’un vide d’âme dangereux et sans aucun espoir d’en sortir. Un lieu peu élairé, néanmoins avec une luminosité intérieure qui ne se permettait de s’orienter que par un souvenir trop caché, trop étouffé, quasi un secret sauf qu’il eut été partagé un jour dans le passé plus-qu’imparfait. Une perfection de mots, de gestes, de sentiments, de… tous les non-dits bien révélés par des regards, durant un « aujourd’hui » qui changea en une nuit infinie d’une sombre inertie, une non-action, une stupeur tapageuse d’envie. Hors du temps présent et futur, d’un espace bien placé dans de courtes et étroites ruelles éphémères comme des affections touchées du bout des doigts, un secret flâna, inexistant, bien sûr banalement, pour les mots et noir de sa nature sonore sauf à ce que, dans une autre dimension, il se fût apparu dans des conditions bien différentes d’une clarté aphatique et lache par suite de sa peur.

20141004_141838

20141003_180231

20141004_141759

Empreinte de tristesse et d’inquiétude, une crainte, presque une douleur, égarée parmi les ruelles et les ombres des bâtiments et des réverbères piqués comme des mementos d’une réalité tellement oubliée que presque jamais existante, et pourtant d’une illusion réelle des phénomènes manifestés quelque part ailleurs, et dorénavant vivant d’une façon à mi-fictive et misant en oeuvre son apparence. Dans la noirceur de cette Lune quasi absente, une faible pensée de voir leurs inapriopriété, être sans raison et déplacés ranima l’esprit d’un vagabond « des réverbères d’absurde et inutilement coupant le noirceur ». Et pourtant, cette nuit-là, ils indiquèrent le sens des pas de cet esprit plus fantôme que respirant dans le corps encore vivant, d’une mémoire formée de souvenirs encore pertinants.

20141004_151807

Et puis, soudain, une brume éparpillée ensommeilla la ville dans un état à mi-réel. Dans le temps plus-que-présent, élargie par le brouillard dans des dimensions trop vastes pour se limiter aux exigences de l’espace physique, la ville samblait être dépourvue de contingentement.

20141004_144155

Un bâtiment, des cheminées, des fenêtres avec la lumière allumée, les gens commencèrent leurs réalités. Des consciences invisibles pour le passant mis à part de leurs vies. La brume d’une histoire quasi oubliée qui eut fait du présent un endroit suspendu et inconcrétisé là-bas-et-ici, le temps et l’espace…. le brouillard tout encombrant sans aucun zeste d’une nuit inachevée par des révélations non dites. Rien n’eut été dit mais tout eut été écrit, toute réponse eut été propulsée, et pourtant, la noirceur entre deux espaces s’eut instalée du jour infini dans la nuit du passé. Maintenant, en tant que pont, cette brume-ci ravegea la noirceur d’une nuit secrète…

20141004_143610

20141004_142958

Une personne se fut manifestée en face du vagabond noctambule. Deux enfants de la brume au bout d’un recoin de la rue, sans un chat ni rien de vivant, un calme absolu, et voilà ! Un mot comme un lever (un éveil !) du Soleil encore très délicat de révélation et rougâtre d’existence mais, cette fois-ci, déjà audace d’un dévoilement.

20141004_151839

20141006_111802

Nie ufaj pozorom! – indyjska maja

DSCN2999

Za co uwielbiam Indie? Chociaż trudno mi jest ująć w słowa zachwyt, który bardziej wymyka się werbalizacjom niż choć odrobinę stara się wyrazić słowami, to jest kilka właściwości Indii, które ubóstwiam: joga, rozmowy o duchowości, sanskryt (a powoli i hindi, telugu i pendżabi), kuchnia (kocham!), kolory (choć brudne i wyblakłe), indywidualność w tłumie, wolność i swoboda, przepiękna architektura, wszechobecna natura, miejsca do medytacji ukryte w świątyniach, gotowość Hindusów do pomocy…

DSCN2993

Dziś przeczytałam takie zdania (Michał Paweł Markowski „Notes indyjski”, 2016: 6):

„Chodzę bocznymi uliczkami […] z dala od utartych szlaków, z dala od świątyń i zabytków, raczej wśród nieczystości niż blasku i nie widzę tu nic, co dałoby się uwznioślić […]. Widzę w zamian samą upadłość. […], której, owszem, mógłbym nadać sens dzięki lekturze, wiedzy, mitologii, ale tego robić nie bardzo chcę, nie potrafię, nie mam jak. Tu, gdzie chodzę, w brudzie i smrodzie, w zaduchu, pyle – wyniosłości nie ma. Jest, intensywnie jest – upadłość.”

Owszem, zaprzeczyć temu nie można. Lecz ja tę upadłość, indyjski brud, smród, hałas, w-żaden-sposób-nieobecną świętość uwielbiam. I uwielbiam fotografować. Owszem, ekologia w Indiach nadal pozostaje persona non grata, a dbałość o czystość i porządek jest na jednym z ostatnich miejsc na liście zadań do wykonania, liście, której zresztą w Indiach nie ma. Lubię ten zaduch, wszechprzenikające i atakujące wszystkie zmysły zanieczyszczenie i brak wzniosłości, pozorny zresztą. Brud to iluzja, to maja (māyā), za którą Coś się skrywa. Coś, co na pierwszy rzut oka, poruszenie dziurek nosa i wrażenie słuchowe, jest nieobecne, bo znajduje się poza zmysłami. One jakby to Coś okrywają, chowają przed nazbyt pochopnym ukazaniem… Czasem jednak owo Coś nieśmiało przejawia swoją postać, nawet w brudzie i ciężkości powietrza – wtedy następuje darśana – widzenie, wizja według hindusów posiadająca walor boskości, a nawet dhjana – głęboka medytacja.

DSCN2939

„Indie są nie do opisania, nie do sfotografowania i mimo ogromnych wysiłków utrwalenia doświadczenia na dnie mowy i zdjęć pozostaje mętny osad, który nigdy się nie rozpuści.” („Notes indyjski” 2016: 160).

DSCN2871 (3)

Chyba tak, ale nie ja nie nazwałabym tego mętnym osadem. To za słabe słowo, a jednocześnie nazbyt pejoratywne. Na dnie słów, gdzieś w zakamarkach tego, co chce się napisać i powiedzieć, co chce ukazać siebie na zdjęciu czy filmie, istnieje pewna nieobecność aż nazbyt aktywna – nieobecność przeszłości, dawnych historii, aura jogi, aura boskiej architektury, która nigdy nie umarła, a jedynie zmieniła swoją postać, ukryła się za biedą, wyziewami kanalizacji, zanieczyszczeniem rzek, zapracowaniem za kilka rupii, żebrakami. „Nie ufaj pozorom!” – tak oto mówi mi umysł, gdy w medytację się zanurza.

DSCN2987_1

Pewnej nocy w Mysorze (Mysuru)

20170220_165111-1.jpg

Kilka dni w Indiach minęło, przy tej okazji kilka świątyń, meczetów, chai masala pitych kilka razy dziennie, kilka dos i thali jedzonych bezustannie ze smakiem, kilka dni nadal pozostało, a człowiek myśli. I duma. I myśli, za co tak Indie uwielbia. Od zawsze Indie przedstawiane były jako bajeczna kraina, gdzie turysta-pielgrzym udaje się w poszukiwaniu Siebie, a w każdym razie wyprawia się po skarby: przyprawy, ubrania, mądrości, jogę. Nie można przecież zapominać, że Indie to wielowiekowa, nadal pulsująca życiem (niekiedy za intensywnie), tradycja, która wchłaniając w siebie wiele wpływów z kultur najeźdźców, pozostała sobą, ale i tego nie jestem pewna – Ariowie fundujący indyjską tożsamość, napływając falami na tereny Półwyspu Indyjskiego od II tys. p.n.e. nie byli ludem indogennym, Cywilizacja Doliny Indusu właśnie chyliła się ku upadkowi, starożytna kultura, o której nadal tak niewiele wiadomo. Tożsamość kraju, którego każdy stan mógłby stanowić odrębne państwo, to jest dopiero fenomen! Coś jednak Hindusów łączy w ich duszy. Coś jest w nich specyficznego. Cóż, Indie to nie jest przecież tylko stan ducha, to cała dusza!

20170219_173305.jpg

Leżąc wieczorem w Mysorze, pod popsutą pankhą, w raczej obskórnym hotelu, słysząc głosy gadających Hindusów za oknem, słuchając piosenek z bollywoodów dochodzących z nienowego telewizora, myślę… o tej duszy indyjskiej. Tu jest wszystko albo bardzo ostre, albo bardzo słodkie, olbrzymia bieda i wielki luksus, smartphone’a ma niemal każdy, w sklepie można kupić wszystko, a nawet więcej niż u nas, w telewizji 500 kanałów, duże malle/galerie handlowe i street food oraz obskórne restauracje, pociągi przepełnione podróżnymi i super expressy, które w cenie biletu serwują posiłek, ogromne pola uprawne herbat, krowy i bawoły wodne z pomalowanymi rogami, sadhu i drogie samochody oraz perfumy, sari i wille za fortunę…

20170220_174231.jpg

Powiedzieć, że Indie to kraj kontrastów czy wielu milionów uciśnionych, to nadal nie jest precyzyjne. Gdzieś między ogromnym rozdźwiękiem poziomu życia a tłumną religijnością jest Cisza zagłuszająca nawet hałas klaksonów. Wyciszenie, uspokojenie, relaks… swoiste lenistwo, które może iść dwiema ścieżkami – słynne zrobię to potem, jest czas, tomorrow Ma’am/Sir, albo wyciszenie umysłu, Siebie… Samadhi (najwyższe stan medytacji, wchłonięcie jogiczne), które patrzy na piękno krajobrazu, smakuje potrawy, docenia życzliwość, nie narzuca siebie, a czeka, aż Rzeka życia, Ganges/Ganga, sama zamiesie człowieka w jej nurcie. To nadal tylko jeden z milionów niuansów, jakimi Indie się mienią.

To jest właśnie ten moment w Indiach…

20170210_172813-1.jpg

… kiedy jedziesz w pociągu 6 godzin, no dobra, prawie 8, bo zgodnie z planem jest opóźnienie, wkoło mnóstwo Hindusów zajmujących się wszystkim, co popadnie: siedzeniem na podłodze i gadaniem, gapieniem się, myciem podłogi (!), roznoszeniem co chwila jedzenia i czaju za kilka rupii, handlem obnośnym wszystkim, co tylko się da: nici, słuchawki, skarpetki na dwa palce, idealne do japonek… a ty czujesz się dobrze. Ot, norma przecież.

20170210_165411-1.jpg

… kiedy jako starter/entrée jesz plastry cebuli z limonką, i ci smakuje.

20170210_174822-1.jpg

(i starter dokładka)

20170210_175555-1.jpg

… kiedy do samosy wkładasz 3 leżące z boku papryczki chili i bez problemu zjadasz, rozkoszując się smakiem chili.

… kiedy zamawiasz danie, np. takim veg maharaj, kelner mówi, że ostre będzie, a ty się nie boisz. Potem jesz i dostrzegasz jak bardzo lubisz już chili, świeżą kolendrę i właściwie nic już cię nie irytuje. Ot, norma przecież!

Mumbai, jakby bomba i bhikshu yoga

20170209_153427.jpg

Mumbaj – bardzo przyjemne, typowo indyjskie miasto, metropolia pełną hinduską parą… lepszym lub bardziej paskudnym zapachem, hałasem klaksonów, ludzi, czegokolwiek, tłumem wszystkiego, ale małą liczbą krów i ascetów. Krów spotkałam może z 10, w tym 2 stały się moimi natrętnymi przyjaciółkami – jadłam smażoną kukurydzę skropioną limonką (pycha, absolutnie trzeba spróbować), i jak się okazało, krowy też takie danie lubią. Ascetów widziałam 3, śiwaici (wyznawcy boga Śiwy), lecz to dlatego, że nie w tym miejscach, gdzie powinnam ich szukać, bywałam… Tylko jakie to są miejsca?

Lot do Mumbaju przebiegł bardzo pomyślnie i szybko – przez Frankfurt. Jedna, druga, trzecia oprawa, sprawdzenie bagaży, mnie, mojego tobołka ascety, czy może nie ma w nim bomby. Otóż, chciałam zobaczyć, na ile ochrona lotniska jest czujna, i przy zdejmowaniu bagaży z taśmy kilka razy żartowałam słowem bomba. Strażnik podeszła do mnie: „Sprachen Sie Deutsch?”. Tobołek bezpieczny, bez ładunków wybuchowych. Na lotnisku w Mumbaju ok 10 godzin snu, na fotelach, pod kocykiem z Lufthansy, coś podjedzone o 3 w nocy na lotnisku (zestaw combo drogi za 300 rupii, ale na osoby w sam raz).

20170207_120756

20170207_120532.jpg

Przez zagapienie się wyszłam z lotniska w nocy, choć chcąc jeszcze pozostać w sferze podróżujących, nie wolno, bo już się wróci. Chciałam doładować kartę, przy wejściu do lotniska zatrzymał mnie policjant mówiąc, że nie można wejść. Natomiast ja, że muszę, bo tam są moje bagaże i  znajoma czeka. Nie można, ale po co wyszłam? Doładować telefon. Nie można wejść. No to co ja mam teraz robić? Czekać na zewnątrz. Ale 8 godzin?! Niech pani zadzwoni do koleżanki. Nie mam nic na karcie przecież. Ech. Policjant zawołał drugiego policjanta, spojrzeli w mój paszport. Ponownie kazali zadzwonić mi do znajomej, w kwestii braku środków na koncie nic się jednak u mnie nie zmieniło. Policjant w typowo hinduski sposób kiwnął główną, i weszłam do środka.

20170207_012548

Elephanta, wysepka z pięknym kompleksem świątynek wakutych w skałach. Rejs stateczkiem trwa godzinę, a kosztuje tylko 180 rupii (jakieś 10 zł) w dwie strony. W jednej z jaskiń strażnik widząc, że ściągnęłam buty przed wejściem do świątyni, pokazał mi drugą jaskinię z bardzo dobrym echem i nagłośnieniem, zaczął intonować mantry do Śiwy. Ładnie to brzmiało, nie chciał ni rupii. Zapytałam, jaką jogę ćwiczy – bhikshu yoga dla Śiwy. Niewiele mi to jeszcze mówi…

20170209_124903.jpg

20170209_122709

Coffee, chocolate, tea and you! – taki ładny napis ktoś miał na koszulce.

 

%d blogerów lubi to: