Kawa, herbata i ciasto karmelowe w DHARAMSALI

20170815_142053

Dharamsala to nie tylko wątpliwej czystości malutkie knajpki z widocznym u wejścia kucharzem, nie tylko stragany z buddyjskimi dewocjonaliami czy ubraniami, książkami. To duch otwartości i życzliwości, spokoju, rodzaju spowolnionych myśli i oddechu, który wywołany jest Himalajami, błogosławieństwem obecności Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy, mentalności Tybetańczyków, który wydają się być bardziej serdeczni niż Hindusi, szczerzy. To nie to, że krytykuję Hindusów, po prostu – to inny sposób bycia i zachowania, inny powód do życia. Zupełnie inna duchowość i postrzeganie świata.

20170815_134241

Chociaż buddyzm wyrósł na ziemi indyjskiej w VI w. p.n.e. i tym samym przejął wiele z indyjskiej etyki samodyscypliny, kultywowania jogi i medytacji, zasady niekrzywdzenia nikogo (nawet w myśli, nie mówiąc już o słowie czy czynie), tolerancji, to większą odpowiedzialność położył na indywidualną odpowiedzialność za Drugą czującą istotę – to słynne buddyjskie współczucie (tylko czasem pojawiające się w pismach hinduizmu), stało się żyzną glebą, jedyną glebą, na której inne jakości etyczne mogą wzrosnąć: cierpliwość, hojność, spokój, otwartość, szacunek dla drugiej osoby…

2017-08-15 15.06.13.jpg

Dharamsala to centrum różnych, lepszej i gorzej, jakości kursów jogi, ajurwedy, masażu, leczenia czakr… Oraz miejsce wielu chillout-owych knajpek, w stylu zupełnie zachodnim, choć prowadzonych przez Tybetańczyków i Hindusów. Najlepsze momosy na świecie: smażone, z ziemniakami, warzywami ze smacznym sosem na ostro:

20170815_154904

Znajdą się tu także KFC czy sklepy z markową odzieżą sportową po tańszej niż zachodnia cenie (nie lubię, mimo wszystko, takiego podziału na zachodni – wschodni…).

20170815_153643

Jest np. Shambhala Coffee tuż naprzeciw Chortenu (zdjęcie u góry) w centrum:

20170815_142031

20170815_134252

Kawa jest tu pyszna, ciasta też, atmosfera i muzyka cudownie spokojne, widok… Ten widok z tarasu na Himalaje!

Jest Crêpes-Pancakes zaraz przy centrum kulturalnym Tibet World:

20170815_173724.jpg

Tu można wypić słynne herbaty tybetańskie: z masłem i solą oraz domowej roboty (fermentacji) kambuczę na zimno o smaku trudnym do opisania, ale bardzo orzeźwiającym, kuchnia też jest bardzo dobra…

20170814_124519

Kombucha podana w butelce, rogal z sera jaka i ciastko tybetańskie:

20170815_173523

Jest także Tibetan Tea House, o którym pisałam trochę w poprzednim poście, z przekochaną właścicielką, pochodzącą z Tybetu. Całkiem niedawno otworzyła swoją herbaciarnię – spełniła swoje marzenie.

20170810_144051

Herbaciarnia jest malutka – jeden pokój i kuchnia, w której właścicielka własnoręcznie przygotowuje posiłki i herbaty. Choć nie ma nic przeciwko, to nie bardzo wyznaje potrzebę nowoczesnych technologii. Ma Facebook, używa maili, ale woli rozmowy oko w oko. Ja też.

FB_IMG_1502724769804-1

20170815_153735

Shimla – górska stolica indyjskich Himalajów (w stanie Himachal Pradesh)

20170809_161058-1

Shimla to już inne Indie. Dość daleko od Delhi (10 godzin pociągiem lub autobusem), czyste (plastikowe siatki są zakazane, częste są napisy na murach, by dbać o wodę i nie śmiecić), nie tak nachalne w spojrzeniach, nie tak upalne – wilgotność powietrza jest tu bardzo wysoka. Shimla położona na wysokości prawie 3000 m n.p.m. w zachodniej części Himalajów – nie jest to jednak wysokość, która jest odczuwalna dla organizmu.

20170808_154309

Na zdjęciu sadhu ucina sobie popołudniową drzemkę na środku ruchliwej ulicy, przy okazji zbierając trochę rupii do menażki.

20170809_151752.jpg

Chociaż Shimla jest relatywnie małym miastem, to na tutejszym bazarze, rozciągającym się i wijącym między tysiącem uliczek i zaułków, znajduje się wszystko, czego dusza turysty i mieszkańca może zapragnąć. Ceny za pokój nie są jednak tak małe, w końcu Shimla to stolica północnoindyjskiego stanu Himachal Pradesh.

20170808_163441

Jest to niezwykle urokliwe miejsce, posiadające swój niepowtarzalny urok, doskonale połączone z Delhi, z Chandigarh (stolicą północno-wschodnich stanów Punjab i Haryana) i z Dharamsalą (siedzibą rządu tybetańskiego na uchodźstwie, istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że wizyta u Dalajlamy zostanie zwieńczona sukcesem – to jest dopiero Coś!).

20170809_143302

Poza możliwością obkupienia się we wszelkiej maści indyjskie specyfiki oraz firmowe ubrania (w centrum miasta znajduje się mnóstwo sklepów z firmową sportową odzieżą), Shimla jest doskonałym punktem startu do górskiego trekkingu. Znajdujące się w centrum miasta biuro informacji turystycznej proponuje kilkugodzinne wycieczki objazdowe wkoło Shimli (350 rupii / 20 zł). Zresztą nie tylko biuro to proponuje, dużo hoteli czy guesthousów ma swoje oferty turystyczne. Ogólnie… ludzie są tu mniej natrętni w propozycji swoich usług niż w Delhi czy niżej położonych miastach Indii, nie znaczy to jednak, że nie są uparci w zachwalaniu swej oferty. Wystarczy jednak uprzejma indyjska odmowa w postaci: tak, tak, jutro zobaczymy (yes, yes, we’ll see tomorrow), i można iść dalej.

20170810_150322

Rejon Himachal Pradesh tak bardzo różni się od stereotypowych Indii, po części dlatego, że w X w. znajdował się pod tybetańską kontrolą – nadal ludność tybetańska zamieszkuje te tereny, a kultura buddyzmu tybetańskiego jest tutaj żywa. W 1864 roku Shimla stała się letnią stolicą British Raj, przed przybyciem Brytyjczyków raczej nic szczególnego tutaj nie istniało, górska wioska i las znamy jako Shyamala, lokalna nazwa bogini Kali, czarnej, groźnej dla zła, okrutnie wyglądającej, ale dla swoich wyznawców łaskawej i przychylną). Simla to zanglicyzowany sposób wymowy cofający się do kolonialnych czarów… czasów).

20170808_193817

Centrum miasta stanowi Mall, wolna od ruchu samochodów, riksz i skuterów, sfera pełna sklepów, restauracji, hoteli, ludzi, turystów, Hindusów, Tybetańczyków, psów (którym bardziej zależy na spaniu niż jedzeniu <3), małp (wczoraj walkoverem oddałam małpie walkę o kręconego loda z automatu, i tak bym przegrała!). Centrum spotkań znane jest Scandal Point: tutaj stoi pomnik Ojca indyjskiego narodu Mahatmy Gandhiego oraz Żelaznej Damy Indii Indiry Gandhi, kościół, ogromna flaga Indii i zejścia do bazarów…

20170808_142741

20170808_142701-1

Miasto może nie jest duże, budynki często są niedokończone w budowie, żeby nie powiedzieć – znajdują się w stanie rustykalnym i pogrążonym w ruinie, wiele mieszkańców żyje w skrajnej biedzie, a miasto, choć czyste, to strona budowlana nie jest nic a nic urokliwa, to przepiękne góry, lasy, niepowtarzalna atmosfera miejsca, przyjazne nastawienie mieszkańców (ile przypadkowych rozmów odbyłyśmy w małych knajpach, nie grzeszących czystością, ale o przepysznej kuchni). Shimla jest zdecydowanie miastem, które trzeba zobaczyć, jeśli dusza pragnie posmakować spokojnych, nie tak upalnych i gapiących Indii. Warto być otwartym na rozmowy, warto wchodzić do miejsc autochtonów, warto nie izolować się od Indii.

20170808_163639

Specyfika Shimli polega na kilku rzeczach: krów tu raczej nie ma, święte są psy, które śpią, gdzie tylko je sen złapie, oraz Hinduski, które idą, jak chcą, i przepychają się, jak chcą (my więc też!), jest tu czysto, budynki są wbudowane w skały górskie, upchane do granic przestrzeni…

20170810_144051

Jak dojechać? Autobusy stają w New Bus Station, zwanej Tutikandi, stamtąd trzeba wziąć lokalny bus do Old Bus Station (7 rupii) lub taxi (300 rupii), jazda trwa ok. 20-30 minut.

20170809_141216

Gdzie nocować? Albo szukamy hotelu, idąc po mieście, albo negocjujemy cenę z kimś, kto na pewno nas zaczepi (do ceny pokoju doliczany tu jest podatek).

Nowe wyzwanie Indii – do 2022 roku Indie są czyste, natomiast bezustannie i bez przerwy trwa walka o prawa i godność kobiet:

Korytarz od naszego pokoju i kilka słów o misji społecznej, jaką indyjscy projektanci mody czują w sobie (więcej w książce):

20170809_152008

W Haridwarze kilka myśli o…

20170806_134937.jpg

Hinduizm to złożone i szalenie charyzmatyczne wyznanie, posiadające bogatą tradycję literacką, czyli filozoficzną, o treściach często trudno dostępnych dla zrozumienia u kogoś, kto nie bardzo jest obyty z filozofią Wschodu. W świątyniach możemy spotkać tłumy wyznawców, usłyszeć gwar rozmów, śpiewów, modlitw, lecz są też takie święte miejsca, gdzie absolutna cisza jest nakazana. Cisza, która jest drugą twarzą Boga. Święte kąpiele w Gangesie, świeci asceci (płci żeńskiej i męskiej), tłumnie obchodzone aarti (powitania i pożegnania słońca)… doświadczenie tego wszystkiego na własnej skórze, dosłownie – ogromny upał albo przenikliwy chłód z monsunem nie pozostawiają ciała obojętnym.

20170805_165043.jpg

Z jednej strony dla człowieka spoza Indii, turysty głównie, to wszystko zdaje się przerażające, niezrozumiałe, dzikie, wyzbyte sensu nawet, tym bardziej, że natrętność Hindusów balansuje niekiedy na granicy wytrzymałości tegoż turysty.

20170806_155422-1.jpg

Spojrzenia, ciągle prośby o ek photo (jedno zdjęcie), ale na jednym selfy nigdy oczywiście się nie kończy, ciągle próby sprzedania czegoś, czegokolwiek, co tylko można sprzedać, ciągle żebrania… Oczywiście w rzeczywistości to nie jest „ciągle” i wszędzie, żebranie jest chyba bardziej natrętne względem Hindusów. Zresztą wszystko to jest od miasta. Co miasto to inne Indie.

20170805_183240

Pierwszy dzień po roku nieobecności w Haridwarze. Wtedy miasto przywitało nas okrutną ulewą, błoto płynęło ulicami, chodnikami, wszędzie, i ten ostry zapach kadzideł i palonego drewna (jedno i drugie na ofiary) uderzał w zmysł powonienia. Teraz zapach tak samo uderza, ale jest już swojski, oczywisty, znany, błota nie ma, let za to upał i wilgotność powietrza. Da rady oczywiście żyć. Ma to nawet swój urok. To święte miejsce przeznaczone jest zarówno dla sadhu (ascetów), wyznawców hinduizmu, jak i praktykantów jogi. Przyciąga tysiące pielgrzymów i joginów, turystów też. Po ghatach nad Gangesem niekiedy nie można swobodnie przejść, bo taki jest tłum, tak silna potrzeba dokonania rytualnego oczyszczenia. Dziki hinduizm… i dziki turysta czy też indolog, który chce przejść!

20170806_142658

Dziki, bo człowiek z zewnątrz ma wrażenie wstąpienia w żywioł, który choć składa się z tysięcy osób i tworzy całość, to jednocześnie nie są twarze bez tożsamości. Żywa, ogromna i nieopanowana potrzeba wstąpienia w Matkę Gangę.

 

A gdyby tak postawić się z drugiej strony? Dla Hindusa to normalne, taki tłum, a turysta to zawsze ciekawy obiekt, równie ciekawy, jak ciekawy on jest dla turysty. Kilku dziadków zaproponowało nam wczoraj wypalenie z nimi czegoś w rodzaju shishy z palonym węglem w środku, nie mam pojęcia, co to było. Ale dziadkowie byli w iście szampańskim nastroju!

20170805_183224.jpg

Haridwar trzeba zobaczyć, trzeba wstąpić w to, co się dzieje na ghacie Har-ki Pairi (a może Har-ki Pauri), głównym miejscu do świętych kąpieli. Dziesiątki straganów z dewocjonaliami, restauracje, hotele w samym środku miasta, w samym środku… skrajnej biedy. Z obu stron miejsce to otoczone jest obozowiskiem mieszkalnym „namiotów” ludzi z dnia na dzień żyjących w skrajnych warunkach przeżycia. Trudno to zrozumieć, jeśli cokolwiek można tu rozumieć. Skrajna bieda u stóp Boga, dosłownie, nazwa tego miejsca oznacza odcisk stopy Boga Wisznu, a sam Haridwar to brama, drzwi do Boga (Hari).

Takie było moje odczucie w pierwszy dzień.

20170805_163916.jpg

Drugi dzień, gdy mózg odpoczął, jest już inny, normalny. Przecież to wszystko jest oczywiste, przecież to są właśnie Indie. Przecież w gruncie rzeczy nic się nie dzieje. Ktoś patrzy, ale ja ta też patrzę, wszystko napiera na mnie z każdej strony ulicy, ale ja jestem częścią tego wszystkiego. W barze nikt za bardzo nie reaguje na mnie. Podoba mi się, że mogę trochę rozlać wodę, gdy nalewam z dzbanka do kubka, że mogę jeść rękoma, że jedzenie jest tak tanie, a tak pyszne (30 rupii/2 zł za paranthę poniżej), podoba mi się, że jest tak głośno. Uwielbiam gestykulację Hindusów, ona tak wiele wyraża, hindi nie wystarcza, angielski podobnie, nowa ciała jest numerem jeden w komunikacji tutaj. W gruncie rzeczy lubię ten teatr, w którym łatwo nauczyć się swojej roli.

20170806_131423

I to tylko jedna strona Haridwaru, daleko od głównego ghatu jest centrum miasta, obfitujące w księgarnie i aśramy… Dla kogo jest to miasto? – dla wszystkich. A głównie dla tych, którzy boją się Indii. Bo nagle okazuje się, że nie ma się czego obawiać.

20170805_163555.jpg

Chhattarpur Mandir w Delhi

20130101_074223.jpg

Każde przybycie do Indii ukazuje ten kraj w delikatnie innym świetle. To nie jest żadne odkrycie – z jednej strony Indie ulegają bezustannej zmianie, a z drugiej widz nie jest już ten sam. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć Indie, nie wiem, czy ktokolwiek je rozumie, może sam Wisznu bądź Śiwa… Indie są tak niezwykle zróżnicowane, ale mam wrażenie, że wiele odcieni tej mozaiki wyraża się/siebie w hindi, który choć jest językiem głównym Indii, to delikatnie modyfikowanym w zależności od regionu, a z drugiej strony w kuchni – w każdym miejscu ta sama potrawa jest delikatnie inna, dodana inna przyprawa, inne warzywo, inaczej ciasto wyrobione… Nie ma dwóch takich samych czajów. Jakby Indii nie trzeba było rozumieć, ale czuć każdym z 5 zmysłów, bo każdy tutaj aktywnie uczestniczy w doświadczeniu rzeczywistości. Jest to równie męczące, co fascynujące.

Przylot do Delhi z Dubaju liniami Air India przebiegł zupełnie według planu: na czas, podwójny posiłek na pokładzie samolotu, kilka nowości kinematografii indyjskiej i światowej do zobaczenia w małym ekranu przed siedzeniem. Ja wybrałam nie tak już bardzo nowy, ale nadal nowy, „Raees” z moim ulubionym Shah Rukh Khanem. Film ma różne opinie, w każdym razie nie jest to typowy Bollywood. Indie nie są tak bardzo kolorowe, a miłość nie okazuje się znajdować w centrum akcji. Tym bowiem jest… trudno do końca powiedzieć co: biznes, który stoi ponad wszystkim, nawet ten drobny. Ale pozostaje jeszcze: rodzina, polityka, wiara, nauka, zaangażowanie społeczne… w gruncie rzeczy akcja filmu nie jest tak przejrzysta i jednoznaczna. Jak Indie. Jak człowiek. Wczoraj ze znajomym, który żyje w Delhi, rozmawiałam o tym, co jest najwcześniejsze według niego dla Hindusa/ski? O Gudżaracie, w którym toczy się akcja filmu, krąży przekonanie, że biznes, każdy, jakikolwiek: mały, wielki, legalny, mniej oficjalny, a potem rodzina i devotion – choć tak naprawdę nie był tego pewien. A reszta Indii – rodzina chyba, bo to bezpieczeństwo. Ale pieniądz też jest ważny. I Bhagawadgita. Ta podstawa hinduizmu i jogi. Nie każdy ją tu czyta, prawie nikt w sanskrycie, ale gdzieś tam w zakamarkach ducha rezonuje.

W Delhi znajduje się bardzo ciekawa i piękna świątynia Chhattarpur Mandir. Naprawdę warta zobaczenia. Jest to kompleks 4 świątyń rozciągnięty na dość przepastnym terenie. Nie są to stare świątynie, ale nie jest to też świeży hinduizmu, jak na przykład świątynia Shivoham w Bangalore. Mnie najbardziej podobał się Markandeya Mandir z ogromną salą do różnego rodzaju celebracji świat oraz do… odpoczynku (panuje tu cisza i chłód). Główny altar składa się ze kilku posągów, głównego ukazania Bogini Matki, oraz przybocznych podwójnych bóstw: z jednej strony energia kreacji i boska świadomość, pierwiastek męski i żeński wzajemnie się przenikają w jednym bycie, a z drugiej strony zniszczenie i tworzenie. Ta podwójność wchodzi jednak ma teren tantry i jogi, o tym kiedy indziej (a więcej w książce).

20130101_073104.jpg

Blisko tego hallu znajduje się Shiva Gauri Nageshvar Mandir – świątynia poświęcona Władcy Nagów Śiwie i jego Małżonce (o imieniu np. Gauri). Władca czy też Pan Nagów to jest dopiero… joga! W tym przypadku nie są to po prostu węże, zresztą dla Indii wąż nie jest tylko niebezpiecznym stworzeniem, to także skarbnica wiedzy, strażnik inicjacji… internalizacja i aktywacja energii kreacyjnej, ale też i nie do końca…

I wielka postać Hanumana…:

20130101_072415

A teraz ponownie Haridwar i jego „dziki hinduizm”, jak ja ten fenomen aktywności indyjskiej duchowości w tym świętym miejscu dla Indii nazywam.

20170805_183204.jpg

Global dexterity, czyli powrót do Indii… ponowny

DSCN3223

Do kolejnego wyjazdu do Indii pozostało jedynie kilka dni. Dość często jestem pytana o to, dlaczego właśnie Indie. Nie odpowiadam: joga, sanskryt, kuchnia, praca, filozofia – przy nich zawsze jest jakieś “ale”. Indie, ponieważ… to są Indie! Tout court. Po prostu. Nie wiem, czy Indie są trudną miłością, jednak z pewnością warte są tego, by (po)kochać je z całym dobrodziejstwem inwentarza, który razem ze sobą wnoszą w ludzkie wnętrze. A jest to inwentarz o przeogromnej palecie barw, smaków, emocji i wiedzy.  Indie warte są także tych wszystkich uczuć i doznań, która sprawiają, że niekiedy tak ciężko w Bharata-warszy wytrzymać. To boli głowa, to brzuch, jest za tłoczno, za brudno, za głośno, a potem za cicho, nadmiernie czysto, jakoś nie-indyjsko.

20170226_123425

Indie zmieniają, nie tylko ducha, ale także mózg i układ pokarmowy. Zmieniają kubki smakowe, uwrażliwiają je, nadają sublimacji smaku. W końcu indyjskie masale, mieszanki przypraw, są chyba najróżnorodniejsze na całym świecie. Mózg, początkowo porażony napierającą na niego zewsząd wszystkością, i to z siłą, która bez pardonu atakuje wszystkie układy w ciele, a przede wszystkim sieć neuronalną, musi się zaadaptować. Pokochać albo uciec.

Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie coś innego niż to, po co się przyjechało. Jadąc daleko, spotkacie ludzi zupełnie innych, a tak bardzo podobnych.” – Nicolas Bouvier

20170226_125545

Indie uczą przede wszystkim tolerancji, otwartości i pokory, ale w głębszym wymiarze niż ten ogólnie przyjęty. W meta-fizyczny sposób Indie przenoszą człowieka, tego biednego turystę, w tereny jego własnej duszy (ducha, serca czy po prostu umysłu), których istnienia jedynie domniemywał na podstawie jakichś niejasnych przeczuć czy nie do końca uświadomionych myśli. To nie jest zwykła tolerancja dla innego: innej kultury, religii, obyczajowości czy mentalności. To jest dosłowne spotkanie z Innym, jednak ten Inny nie jest kimś z zewnątrz, ale naszym wewnętrznym Innym, teraz powoli powoływanym do życia. Profesor Andy Molinsky zdolność do dostosowania swojego zachowania do obcej kultury bez – zarazem – utraty siebie nazywa global dexterity (globalna zręczność? – czuję ogromną niezręczność w tłumaczeniu tego terminu Puszczam oczko). Nauka reguł nowej kultury oraz praktyczne używanie właśnie nabywanej wiedzy jest procesem, który angażuje sferę nie tylko mentalną. Także emocje – strach, złość, frustracja, swoista niewygoda – biorą silny udział w kształtowaniu nowego sposobu działania w obcym miejscu. Tylko czy nadal obcym…? Mnie Indie uczą przede wszystkim wolności, spowolnienia i zatrzymywania aktywności mentalno-emocjonalnej… Nigdzie nie czuję się tak swobodnie wolna, jak czuję się w Indii. Nie o zwykła codzienną wolność chodzi, taką praktycznie czuję wszędzie, gdzie prawo funkcjonuje, ale o swobodę. Dopiero w Indii czuję, jak bardzo człowiek Zachodu, człowiek cywilizacji skoncentrowanej na kulcie materialności, jest krępowany mniejszymi i większymi konwenansami (głównie prawnymi) oraz tym, co mu w głowie-sercu siedzi, zasiane tam już w dzieciństwie.

DSCN3211

Himalajskie centra sztuki kulinarnej…

… wprost kocham! Zaplecze kuchenne może nie jest okazałe, wnętrze nie jest wystawne, ba! – ten przybytek często nawet nie jest czysty (jeśli w ogóle jest!), kucharz może i nie pobierał nigdzie nauk, ale kuchni himalajskiej na pewno nie można odmówić serca i smaku. Cóż, Himalaya Coffee Centre za Badrinath w ostatniej indyjskiej wiosce Mana, gdzie zaraz Tybet (moje marzenie!) otwiera swoje przestrzenie:

DSCN0941

A obok – na trasie między domami mieszkalnymi a świątynią Ganeśi i jaskinią mędrca Wjasy – inne rzeczy codziennej potrzeby:

DSCN0942DSCN0984DSCN0985DSCN0986

Za co lubię takie miejsca? Za każdym razem czaj ma inny smak, niby za każdym razem składniki są podobne, ale inna ręka i inne wyczucie je przyrządzają. Centra gastronomiczne rozpostarte są na całej długości każdej trasy, oferując tym samym wytchnienie, gdy człowiek idzie i idzie. Wystarczy usiąść, zamówić czaj, ciasteczka, samosy czy inne drobne zakąski, i po prostu je spożywać. Nic człowieka nie goni, niczego nie trzeba pilnie skończyć, jest tu-i-teraz.

DSCN1033

I czego tutaj pragnąć więcej, skoro wszystko jest? Jest gdzie wysuszyć pranie (pada tutaj obficie), jest, gdzie usiąść, ciasteczka są, wspaniałe towarzystwo również…:

DSCN1192

DSCN1190

I inne zdjęcia z Badrinath (trochę pochmurno wtedy było):

DSCN0833DSCN0852DSCN0993DSCN1015DSCN1022DSCN1058DSCN1059DSCN1065DSCN1091

DSCN1024

A tymczasem na trasie do przepięknej świątyni w Kedarnath:

DSCN1326

Czaj jest jednak do życia niezbędny! Nawet jeśli idzie się na darśan do Boga.

DSCN1463

A idzie się, zaiste, długo – 22 kilometry (z Sonprayag do Kedarnath) górskiej trasy, gdzie dech w piersi wysokość zapiera, nogi odmawiają posłuszeństwa, bo ciągle w pod górę kolana zmuszane są iść, czasem słońce, czasem deszcz Puszczam oczko (mój ulubiony Bollywood), a końca nie widać. Człowiek jednak nigdy nie idzie sam. Jest to pielgrzymkowa trasa i mimo iż kilka lat temu ogromna powódź zabiła setki osób, to hindusi nieustraszenie podążają na spotkanie z Śiwą, panem (natha) Kedar. A hindusi bardzo rozmowni, towarzyscy i pomocni są…

DSCN1281DSCN1283DSCN1329DSCN1407DSCN1408DSCN1445DSCN1496

Na zdrowie (tak ze stolicy jogi w Rishikeshu)!

DSCN0646

I ulice Haridwaru, gdzie pyszny zestaw obiadowy można już za 30 rupii (1,80 zł) kupić. Pali podniebienie, syci i daje radość – czego chcieć więcej?

DSCN1846

RISHIKESH_1, czyli stolica jogi tout court

20160804_143023

Pamiętam jeden poranek w aśramie Paramarth Niketan w Rishikeshu. Bardzo wyraźnie. A nawet dwa poranki, bo podobne były do siebie. Pewnie zdarzyło się ich i więcej, ale nie zwróciłam na nie uwagi – było za wcześnie, a Indie były jeszcze nazbyt głośne i nękające mój spokój. Nazbyt obce, mówiąc krótko. Drugi tydzień pobytu, czego więc się spodziewać? – tym bardziej, że ciało jeszcze nie słuchało woli, a zajęcia jogi o 6:00 rano dopiero się zaczynały.

20160729_15460420160729_15461620160729_15480620160729_15482220160730_08005320160730_11362020160730_12000020160730_13032820160803_150155

6:00 rano jest idealną porą na jogę, bo wszystko dopiero budzi się do życia, jest rześkie, ciche, świat jeszcze nie zaczął swojej gonitwy, a żołądek jest na czczo – taka delikatna asceza jest energetyczna.

20160803_183148

A potem człowiek z radością biegnie do aśramowej stołówki, by jeść śniadanie i pić czaj (10 rupii, czyli jakieś 60 gr), co u mnie oznaczało – zagryzać czaj gulab jamunem (10 rupii), kocham! Niczego nie kocham po jodze (i nie po jodze) tak mocno jak jedzenie – gotowanie i konsumowanie! No dobra, kocham jeszcze filozofię (w tym muzykę) i sanskryt (hiszpański i francuski też).

20160731_075025

20160803_090718

20160804_155403

20160803_133712

Przed świtem wszystko jest lepsze! Warto więc czasem zerwać się skoro przed-świt i spojrzeć na świat i siebie z innej perspektywy. Powąchać świat o poranku, to inny zapach. Posłuchać jego odgłosów, które za dnia nie są już obecne. Pójść na jogę na czczo. Pomedytować, patrząc w głębię swojego serca i dostrzegając, co w danej chwili tam się wydarza, bo wydarza się co innego niż za dnia się objawia.

20160804_131301

20160804_150432

20160731_111719

Krowy są cudowne, trochę jak psy. Lubią być głaskane i ogólnie – traktowane z czułością.

20160802_114439

Śri Ganga-ji