KAZA (buddyzm tybetański w Indiach)

Nie zdarzyło mi się nigdy zacząć wpisu od cytatu, a już na pewno nie od wyimku z filozofii Platona. Jednak te kilka słów okazuje się idealnym wprowadzeniem w samo sedno buddyzmu tybetańskiego. Tak, tybetańskiego, choć rdzennie indyjskiego również. Kilka najbliższych postów chcę poświęcić miastom i (często tantrycznej) tradycji buddyzmu tybetańskiego w Indiach.

Paniczny, otchłanny lęk przed śmiercią jest więc wyrazem pozbawionego miary przywiązania do “ciała”, czyli do żądzy, a więc zupełnego zatracenia i zagubienia się w świecie konkretu, który jest światem zmysłowych przyjemności ([Platon “Fedon”] 68b8-c2; 64d2-e3).*

Lęk przed śmiercią, identyfikacja z ciałem i aktywnością mentalną, opartą na treści dochodzącej do umysłu poprzez zmysły, pragnienie, świat zmienności, przemijalności, a w konsekwencji śmierci. Ten, którego każde zamierzenie jest spełnione (Siddhartha), zwany także Gautamą (z rodu Gotamy), mędrzec z rodu Śakjów (Śakjamuni), po urzeczywistnieniu nirwany określany szlachetnym mianem buddhy (przebudzony i oświecony), zaczął swoje kolejne wcielenie jako zwykły człowiek… chociaż nie tak do końca zwykły. Książę, ukryty przez ojca króla w pałacu, by tylko syn, przyszły następca tronu, nie dojrzał rzeczywistości świata – śmierci, choroby, starości i ascezy-jogi. Król nie może porzucić swojego królestwa. Król nie może wyrzec się potęgi władzy, nie może odłożyć miecza, by przywdziać szaty ascety i poszukiwać w głębinach swego jestestwa, swej świadomości, medytacji, postu i jogi drogi wyjścia spod władzy (wszech)świata śmierci. A jednak książę uciekł, wymknął się z pałacu. Bał się. Pobierając nauki w głębinach medytacji u swoich pierwszych mistrzów – A(r/l)ady Kalamy i Ramaputry – nadal bał się strachem bezdennym, głębinowym, strachem sięgającym samych podstaw oddechu, życia i tożsamości – bał się śmierci. I nawet wszedłszy w najgłębszą medytację, gdzie umysł wykroczył poza poczucie “ja”, bał się. Nie poddał się jednak. Złożył najcięższy i najstraszliwszy ślub jogiczny – tak długo pozostanie we wchłonięciu medytacyjnym, póki nie zdobędzie odpowiedzi na śmierć. Znalazł.

20170824_141236

W przeróżnych wersjach, obfitując w niuanse, tak właśnie przedstawia się początek buddyzmu, który w późniejszych czasem, z biegiem rozwoju przekazu i praktyk(i) wydzielił się na różne szkoły i linie przekazu. Buddyzm, który wraz z V w. naszej ery zaczął docierać na ziemie Tybetu okazał się brzemienny w skutkach tantrycznych oraz łączeniu rdzennej praktyki z silnie etycznym oraz medytacyjnym przekazem Buddy. Tutaj śmierć, ten demon Siddharty, nie jawi się jedynie jako koniec, straszliwe widziadło, Mara na pół senna, tutaj śmierć jest wpisana w praktykę, staje się narzędziem, który odpowiednio przez umysł wykorzystany, przynosi nirwanę, może nie całkowitą, ale na pewno pozwalającą na dalsze doskonalenie siebie ku pomocy innym istotom. Tantra służy ciału, także subtelnemu (wewnętrznej strukturze człowieka, złożonej z sieci subtelnych kanałów energii-prany oraz tejże energii przez nie przepływającej), mantra umysłowi, pradżnia (wiedza) – oczyszcza całość człowieka, ale podstawę stanowi bodhiczitta oświecona świadomość, czyli… właśnie? Ku czemu dąży tak na prawdę jogin (tyb. ngagpo), mnich czy też zwykły buddysta w tradycji tybetańskiej? O tym stopniowo w późniejszych wpisach. Tantra jest zjawiskiem niezwykle skomplikowanym i trudnym w wyjaśnieniu.

Medytuj, ale przede wszystkim bezustannie ucz się świętych nauk, wtenczas pojmiesz. Bo bez nauki – jak mawia Jego Świątobliwość Dalajlama XIV – nie ma nawet, nad czym medytować. Nad pustką w swojej głowie chcesz…?

– tak posłyszałam razu pewnego w tybetańskiej dzielnicy Majnu-ka-Tilla w Delhi.

Kaza, urokliwe miasteczko oraz węzeł komunikacyjny do wielu ważnych klasztorów himalajskich, do których można stąd dojechać zarówno transportem publicznym, jak i jeepami-taksówkami (śmietnik ustawiony w niezwykle niefortunnym miejscu):

20170826_161819

Także i Kaza posiada swój piękny, nowy, klasztor szkoły Śakja (Sakya Monastery), w którym codziennie odbywa się pudża. Do środka może wejść każdy (po uprzednim zdjęciu obuwia – to właściwie tyle z nakazów) i na przykład usiąść z boku, na rozłożonych na całej długości sali medytacyjno-rytualnej, zamknąć oczy i medytować. Nie bardzo ktoś zwróci na nas uwagę nawet, jeśli spędzimy w tym miejscu wiele minut czy nawet godzin. Bo czy jest tak naprawdę jakiś powód, by przyglądać się turyście?

Samo miasteczko może wydawać się nudne, ospałe, bez atrakcji turystycznych, ale to chyba nie jest prawda. Kaza posiada swój urok i znaczy coś więcej niż węzeł komunikacji i biuro, które wydaje pozwolenia dla turystów, by jechać do rejonu Kinnaur (północno-indyjski stan Himachal Pradesh podzielony jest na 12 dystryktów, nie do każdego można wjechać bez uprzedniej rejestracji i pozwolenia). Nocleg można wynająć od ręki, bez uprzedniej rezerwacji. Do wyboru mamy różnej ceny hostele, o dość dobrej jakości, kilka dedykowanych backpackersom, a także bardzo dobrą i czystą noclegownię (Lhasa Guesthouse). Generalnie Kaza dzieli się na dwie części: pierwszy przy stacji autobusowej oraz drugą, w której znajduje się Klasztor, biuro i inne hostele. Wystarczy jedynie przejść przez most, obecnie został postawiony jeszcze drugi most. W jednej i drugiej Kazie możemy próbować lokalnej kuchni zarówno w mieszczuchowym, jak i turystycznym wydaniu. Obie dobre, choć oczywiście ta pierwsza jest znacznie tańsza i mniej sterylna, ale nadal pozostaje czysta.

20170826_122333

20170826_145716

Okolice Klasztoru wyglądają znakomicie. Nad nim znajdują się: czorten (świątynka tybetańska) oraz świątynia hinduistyczna (dla Hanumana, a także Śiwy). Warto wspiąć się po krętej, piaszczystej ścieżce, by spojrzeć na świat z góry i… nabrać trochę dystansu.

20170826_110204

20170826_110845

20170826_111125

20170826_111020

20170826_111642

Tutaj człowiek nagle zaczyna delektować się pięknem Himalajów. A skoro owo piękno skąpane jest w spokoju i swoistym medytacyjnym skupieniu, to zachwyt staje się jeszcze potężniejszy. Kaza to jakby brama, miejsce inicjacji, w te wszystkie monastery i miejsca wyciszenia, które buddyzm tybetański wybudował w tym himalajskim rejonie. W Kazie człowiek pozostawia za sobą zgiełk miast indyjskich, z których tutaj dojechał, i przygotowuje się na Ciszę – na wejście w samo serce buddyzmu tybetańskiego i himalajskiej tradycji medytacyjnej. I na tantrę, ów trzeci pojazd nauk Buddy, który w Tybecie od VI w. zaczął się rozwijać i przybrał miano Diamentowego Pojazdu, Wadżrajany…

20170826_114251-1

*Piotr Augustyniak, Fedon i “inna nowoczesność”. Pomiędzy filozofią a lękiem przed śmiercią (Kronos, 4/2011).

Reklamy

Góra Kailash i chillout w Himalajach

20170902_180913-1

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu (opublikowałam go mniej więcej tydzień po napisaniu, bo dopiero po tygodniu dostaliśmy internet). Ogromne tereny Himalajów w Himachal Pradesh poza lokalną siecią wyzbyte są zasięgu komórkowego, co z jednej strony jest denerwujące, ale z drugiej – człowiek odcina się od pewnej części siebie, która potrzebuje odpoczynku, a zarazem umysł/serce poznaje nowe rzeczywistości wewnątrz siebie, o których nie do końca wiedział, że istnieją. Naprawdę cudowne uczucie.

20170903_102938

W dużej grupie poznanych po drodze – w guest house’ach, na szlakach i restauracjach – Izraelczykach, parze z Kerali (przepięknie zielony stan na południu Indii), Chińczyku, parze z Turcji, kilku Amerykanach i Polce, zwiedziliśmy kilka unikatowych, mniejszych i większych wiosek przepięknych dolin Spiti i Kinnaur: Leh, Manali, Kaza, Ki, Dhankar, Tabo, Kalpa (szczegółowiej o każdym z nich później).

20170902_134144-1-1-1

A teraz siedzimy w lesie, na przeciw dzikiej rzeki (Baspa), łowiąc ryby, przygotowując tybetańską herbatę na krystalicznie czystej wodzie ze strumienia:

20170903_133542

Z tyłu za nami malutka buddyjska gompa patrzy razem z nami na majestatyczny, czasem schowany w białych obłokach Kailash, świętą górę każdego jogina, wypełnioną mocą Pierwszego Jogina i jego Energii (Śiwy i jego małżonki Parwati)…

20170903_124255

20170903_133604

Wiele wieków temu jogini spędzali na tych świętych terenach wiele długich lat medytując w ascezie… Wczorajszej nocy z włoskimi Hindusami i Amerykaninem (właśnie otworzył backpackerski hostel, w którym teraz śpimy) rozmawialiśmy o tym, kim jest jogin. Bardzo trudne jest życie jogina – oddane jedynie ascezie i duchowości… A najwspanialsze jest to, że ta duchowa tradycja nadal jest w Indiach żywa, ukryta w Himalajach.

20170903_091527-1

Gdzieś w pobliżu tej mądrości, która skrywa siebie w kamieniach, potokach, skałach, pustynnym widoku, mantrach pisanych na kamieniach przy buddyjskich gompach, w medytacji pojawiającej się, gdy uwaga zostaje skoncentrowana na szczycie Góry…

Nocleg prawie w jaskini i trasy na krawędzi przepaści w sercu Himalajów

20170824_133614

Przejazdy na krawędzi drogi, kończącej się w przepaści kamieni, głazów, resztek kamieni z zabudowy, która nie wytrzymała obsuwy terenu i ulewy, trzęsący się autobus i taxi jeep skaczące niczym delikatne samochody osobowe, ubijając pasażerów jak śmietanę na masło, i te widoki…! Te zapierające dech w piersiach, niesamowite przestrzenie górskich zieleni, skalnych zboczy, niekiedy złoto połyskujących, z bijącymi z ośnieżonych szczytów potokami, płynącymi wodospadami przez zielone, porośnięte drzewami, dżunglami lub obłożone skałami zbocza, wodospadami zamieniającymi się w krystalicznie czyste, idealnie przejrzyste rzeki.

20170828_114400

A z drugiej strony nieustający ludzki wysiłek, by budować, poprawiać, dowodzić towar i turystów, mieszkańców dalej, w Nieznane, w Nowe lub po prostu do Domu, jakkolwiek ten dom wygląda: mała himalajska wioska, obowiska namiotów pasterzy kóz, krów, owiec, kóz, czasem bawołów, koni (tych udomowionych spośród wielu stad dzikich himalajskich koni (piękne są!), a czasem miasteczko po części należące do autochtonów, a pozostałe dzielnice oddając przestrzeni turystycznej, gdzie panuje inna kultura, inny rytm życia, a mieszkańcy zdają się dla nieobeznanego turysty tylko egzystować, by handlować i prowadzić swoje małe biznesy (hotele, guest house’y, restauracje, sklepy, kramy, biura podróży), gdzie powstają jak grzyby po monsunie szkoły jogi przeróżnej (absolutnym fenomenem jest według mnie freestyle yoga w Manali), kursy reiki, leczenia misami, ajurwedy, otwierania czakr, tu i tam mniejsze i większe świątynie wszelkiego wyznania (hinduistyczne, buddyjskie, sikhijskie, muzułmańskie, dżinijskie, a zdarzają się i chrześcijańskie).

Wszystko wije się i zakręca niczym himalajskie drogi oplatające górskie szczyty jak potężne węże z indyjskiej mitologii, ci dobrzy nagowie, chroniący świat i dostarczający wiedzy tajemnej, wiedzy wydobywającej ze świata cierpienia i śmierci. Niczym sama kobra na szyi patrona Himalajów, boga bogów, patrona jogi, najwyższego guru, mistrza, którego główną siedzibą jest serce każdej czującej istoty – Śiwy, ta objęta jogiczną kontrolą i siłą samoopanowania i perfekcyjnie etycznego zachowania, moc mentalna i cielesne, ta boska śakti, energia stworcza i niszcząca, energia wyzwolenia i uwięzienia… Śakti, wąż, kręte szlaki Himalajów, prowadzące do centrum kręte puste przestrzenie mandali, tego boskiego pałacu, tworzonego wskutek medytacyjnej wizji przez jogina, buddystę…

Nie są to łatwe trasy, nie odbywają się bez poświęcenia nerwów, zmęczenia, ale dają o wiele więcej niż zabierają, czasem nawet można coś wyhandlować (to Indie przecież!). Wkuwają w człowieka siłę woli, samozaparcie, otwartość na cokolwiek, co się wydarzy (planowanie nie jest dobrą postawą, po drodze może przecież wydarzyć się wszystko: landslide, rockslide, popsute auto, choroba, przemarsz stada krów czy kóz i owiec).

20170824_140218

Himalaje przede wszystkim dają s/Siebie – ogromną ufność do Natury, moc jej majestatu i piękna, które tylko z mocą miłości może być porównane. Himalajska miłość jest szczególna – to potęga jogicznej ascezy, tapasu, Córki Himalajów, Parwati, która w jogicznym wchłonięciu, samadhi, dotarła do serca samadhi Śiwy, zresztą od zawsze była jego śakti, energią, życiem, spełnieniem, racją jego istnienia…

20170824_160923
Po tybetańskiej stronie jest trochę inaczej. Tam pojawia się namiętna miłości Olbrzymki i kierowanej współczuciem wielkiej Małpy, która rodzi lud Tybetańczyków. Tam matrycą wszechświata jest tajemne tantryczne Samantabhadry i Samantabhadri, tj. nieustającej manifestacji zdarzeń i pustki, leżącej u podłoża ich aktywności. Trudne? Nad tym właśnie buddysta, jogin, turystyka odwiedzający świetnie i przyglądający się ich malunkom medytuje…

20170831_132314

Majestatycznie piękna przestrzeń Himalajów, wydająca się dobywać z pustki o niewyczerpanym potencjale energii, zamieniająca się stopniowo w tereny zamieszkałe przez żywe istoty. Energia w czującej istocie zwana praną, nad którą zdobywa się kontrolę mocą jogicznych oddechów (prana-ajama) oraz etycznym zachowaniem, które hartuje umysł, serce, ducha. A mózg to trasą, często przebiegającą przez wodospady i błota, jest przykładnie „trzepany” w górę i dół, i na boki, mózg i muladhara czakra, czyli czakra podstawy, „siedzenia”, czakra związku z Naturą.

20170824_122433

Ledwo zdążyłam napisać (tydzień temu) te słowa, gdy autobus jadący z Manali do Kazy, w samym środku himalajskiej drogi, zatrzymał się. Okazało się, że… dalszej jazdy nie ma.  Wodospad przed nami płynie i ciężarówka, która niedawno go przekraczała, uszkodziuszkodziła bardzo poważnie koło. Nie wiadomo, co się stało, bo kierowcy nie ma w środku. Wyszedł czas jakiś temu po pomoc. Nie mógł zadzwonić, bo tu brak zasięgu, a do najbliższej wioski jakieś 8 kilometrów. Minęło kilka godzin, w końcu okazało się, że w piątkę (!) śpimy w czymś jakby jaskini… Ale o tym wkrótce.

Kawa, herbata i ciasto karmelowe w DHARAMSALI

20170815_142053

Dharamsala to nie tylko wątpliwej czystości malutkie knajpki z widocznym u wejścia kucharzem, nie tylko stragany z buddyjskimi dewocjonaliami czy ubraniami, książkami. To duch otwartości i życzliwości, spokoju, rodzaju spowolnionych myśli i oddechu, który wywołany jest Himalajami, błogosławieństwem obecności Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy, mentalności Tybetańczyków, który wydają się być bardziej serdeczni niż Hindusi, szczerzy. To nie to, że krytykuję Hindusów, po prostu – to inny sposób bycia i zachowania, inny powód do życia. Zupełnie inna duchowość i postrzeganie świata.

20170815_134241

Chociaż buddyzm wyrósł na ziemi indyjskiej w VI w. p.n.e. i tym samym przejął wiele z indyjskiej etyki samodyscypliny, kultywowania jogi i medytacji, zasady niekrzywdzenia nikogo (nawet w myśli, nie mówiąc już o słowie czy czynie), tolerancji, to większą odpowiedzialność położył na indywidualną odpowiedzialność za Drugą czującą istotę – to słynne buddyjskie współczucie (tylko czasem pojawiające się w pismach hinduizmu), stało się żyzną glebą, jedyną glebą, na której inne jakości etyczne mogą wzrosnąć: cierpliwość, hojność, spokój, otwartość, szacunek dla drugiej osoby…

2017-08-15 15.06.13.jpg

Dharamsala to centrum różnych, lepszej i gorzej, jakości kursów jogi, ajurwedy, masażu, leczenia czakr… Oraz miejsce wielu chillout-owych knajpek, w stylu zupełnie zachodnim, choć prowadzonych przez Tybetańczyków i Hindusów. Najlepsze momosy na świecie: smażone, z ziemniakami, warzywami ze smacznym sosem na ostro:

20170815_154904

Znajdą się tu także KFC czy sklepy z markową odzieżą sportową po tańszej niż zachodnia cenie (nie lubię, mimo wszystko, takiego podziału na zachodni – wschodni…).

20170815_153643

Jest np. Shambhala Coffee tuż naprzeciw Chortenu (zdjęcie u góry) w centrum:

20170815_142031

20170815_134252

Kawa jest tu pyszna, ciasta też, atmosfera i muzyka cudownie spokojne, widok… Ten widok z tarasu na Himalaje!

Jest Crêpes-Pancakes zaraz przy centrum kulturalnym Tibet World:

20170815_173724.jpg

Tu można wypić słynne herbaty tybetańskie: z masłem i solą oraz domowej roboty (fermentacji) kambuczę na zimno o smaku trudnym do opisania, ale bardzo orzeźwiającym, kuchnia też jest bardzo dobra…

20170814_124519

Kombucha podana w butelce, rogal z sera jaka i ciastko tybetańskie:

20170815_173523

Jest także Tibetan Tea House, o którym pisałam trochę w poprzednim poście, z przekochaną właścicielką, pochodzącą z Tybetu. Całkiem niedawno otworzyła swoją herbaciarnię – spełniła swoje marzenie.

20170810_144051

Herbaciarnia jest malutka – jeden pokój i kuchnia, w której właścicielka własnoręcznie przygotowuje posiłki i herbaty. Choć nie ma nic przeciwko, to nie bardzo wyznaje potrzebę nowoczesnych technologii. Ma Facebook, używa maili, ale woli rozmowy oko w oko. Ja też.

FB_IMG_1502724769804-1

20170815_153735

Shimla – górska stolica indyjskich Himalajów (w stanie Himachal Pradesh)

20170809_161058-1

Shimla to już inne Indie. Dość daleko od Delhi (10 godzin pociągiem lub autobusem), czyste (plastikowe siatki są zakazane, częste są napisy na murach, by dbać o wodę i nie śmiecić), nie tak nachalne w spojrzeniach, nie tak upalne – wilgotność powietrza jest tu bardzo wysoka. Shimla położona na wysokości prawie 3000 m n.p.m. w zachodniej części Himalajów – nie jest to jednak wysokość, która jest odczuwalna dla organizmu.

20170808_154309

Na zdjęciu sadhu ucina sobie popołudniową drzemkę na środku ruchliwej ulicy, przy okazji zbierając trochę rupii do menażki.

20170809_151752.jpg

Chociaż Shimla jest relatywnie małym miastem, to na tutejszym bazarze, rozciągającym się i wijącym między tysiącem uliczek i zaułków, znajduje się wszystko, czego dusza turysty i mieszkańca może zapragnąć. Ceny za pokój nie są jednak tak małe, w końcu Shimla to stolica północnoindyjskiego stanu Himachal Pradesh.

20170808_163441

Jest to niezwykle urokliwe miejsce, posiadające swój niepowtarzalny urok, doskonale połączone z Delhi, z Chandigarh (stolicą północno-wschodnich stanów Punjab i Haryana) i z Dharamsalą (siedzibą rządu tybetańskiego na uchodźstwie, istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że wizyta u Dalajlamy zostanie zwieńczona sukcesem – to jest dopiero Coś!).

20170809_143302

Poza możliwością obkupienia się we wszelkiej maści indyjskie specyfiki oraz firmowe ubrania (w centrum miasta znajduje się mnóstwo sklepów z firmową sportową odzieżą), Shimla jest doskonałym punktem startu do górskiego trekkingu. Znajdujące się w centrum miasta biuro informacji turystycznej proponuje kilkugodzinne wycieczki objazdowe wkoło Shimli (350 rupii / 20 zł). Zresztą nie tylko biuro to proponuje, dużo hoteli czy guesthousów ma swoje oferty turystyczne. Ogólnie… ludzie są tu mniej natrętni w propozycji swoich usług niż w Delhi czy niżej położonych miastach Indii, nie znaczy to jednak, że nie są uparci w zachwalaniu swej oferty. Wystarczy jednak uprzejma indyjska odmowa w postaci: tak, tak, jutro zobaczymy (yes, yes, we’ll see tomorrow), i można iść dalej.

20170810_150322

Rejon Himachal Pradesh tak bardzo różni się od stereotypowych Indii, po części dlatego, że w X w. znajdował się pod tybetańską kontrolą – nadal ludność tybetańska zamieszkuje te tereny, a kultura buddyzmu tybetańskiego jest tutaj żywa. W 1864 roku Shimla stała się letnią stolicą British Raj, przed przybyciem Brytyjczyków raczej nic szczególnego tutaj nie istniało, górska wioska i las znamy jako Shyamala, lokalna nazwa bogini Kali, czarnej, groźnej dla zła, okrutnie wyglądającej, ale dla swoich wyznawców łaskawej i przychylną). Simla to zanglicyzowany sposób wymowy cofający się do kolonialnych czarów… czasów).

20170808_193817

Centrum miasta stanowi Mall, wolna od ruchu samochodów, riksz i skuterów, sfera pełna sklepów, restauracji, hoteli, ludzi, turystów, Hindusów, Tybetańczyków, psów (którym bardziej zależy na spaniu niż jedzeniu <3), małp (wczoraj walkoverem oddałam małpie walkę o kręconego loda z automatu, i tak bym przegrała!). Centrum spotkań znane jest Scandal Point: tutaj stoi pomnik Ojca indyjskiego narodu Mahatmy Gandhiego oraz Żelaznej Damy Indii Indiry Gandhi, kościół, ogromna flaga Indii i zejścia do bazarów…

20170808_142741

20170808_142701-1

Miasto może nie jest duże, budynki często są niedokończone w budowie, żeby nie powiedzieć – znajdują się w stanie rustykalnym i pogrążonym w ruinie, wiele mieszkańców żyje w skrajnej biedzie, a miasto, choć czyste, to strona budowlana nie jest nic a nic urokliwa, to przepiękne góry, lasy, niepowtarzalna atmosfera miejsca, przyjazne nastawienie mieszkańców (ile przypadkowych rozmów odbyłyśmy w małych knajpach, nie grzeszących czystością, ale o przepysznej kuchni). Shimla jest zdecydowanie miastem, które trzeba zobaczyć, jeśli dusza pragnie posmakować spokojnych, nie tak upalnych i gapiących Indii. Warto być otwartym na rozmowy, warto wchodzić do miejsc autochtonów, warto nie izolować się od Indii.

20170808_163639

Specyfika Shimli polega na kilku rzeczach: krów tu raczej nie ma, święte są psy, które śpią, gdzie tylko je sen złapie, oraz Hinduski, które idą, jak chcą, i przepychają się, jak chcą (my więc też!), jest tu czysto, budynki są wbudowane w skały górskie, upchane do granic przestrzeni…

20170810_144051

Jak dojechać? Autobusy stają w New Bus Station, zwanej Tutikandi, stamtąd trzeba wziąć lokalny bus do Old Bus Station (7 rupii) lub taxi (300 rupii), jazda trwa ok. 20-30 minut.

20170809_141216

Gdzie nocować? Albo szukamy hotelu, idąc po mieście, albo negocjujemy cenę z kimś, kto na pewno nas zaczepi (do ceny pokoju doliczany tu jest podatek).

Nowe wyzwanie Indii – do 2022 roku Indie są czyste, natomiast bezustannie i bez przerwy trwa walka o prawa i godność kobiet:

Korytarz od naszego pokoju i kilka słów o misji społecznej, jaką indyjscy projektanci mody czują w sobie (więcej w książce):

20170809_152008

W Haridwarze kilka myśli o…

20170806_134937.jpg

Hinduizm to złożone i szalenie charyzmatyczne wyznanie, posiadające bogatą tradycję literacką, czyli filozoficzną, o treściach często trudno dostępnych dla zrozumienia u kogoś, kto nie bardzo jest obyty z filozofią Wschodu. W świątyniach możemy spotkać tłumy wyznawców, usłyszeć gwar rozmów, śpiewów, modlitw, lecz są też takie święte miejsca, gdzie absolutna cisza jest nakazana. Cisza, która jest drugą twarzą Boga. Święte kąpiele w Gangesie, świeci asceci (płci żeńskiej i męskiej), tłumnie obchodzone aarti (powitania i pożegnania słońca)… doświadczenie tego wszystkiego na własnej skórze, dosłownie – ogromny upał albo przenikliwy chłód z monsunem nie pozostawiają ciała obojętnym.

20170805_165043.jpg

Z jednej strony dla człowieka spoza Indii, turysty głównie, to wszystko zdaje się przerażające, niezrozumiałe, dzikie, wyzbyte sensu nawet, tym bardziej, że natrętność Hindusów balansuje niekiedy na granicy wytrzymałości tegoż turysty.

20170806_155422-1.jpg

Spojrzenia, ciągle prośby o ek photo (jedno zdjęcie), ale na jednym selfy nigdy oczywiście się nie kończy, ciągle próby sprzedania czegoś, czegokolwiek, co tylko można sprzedać, ciągle żebrania… Oczywiście w rzeczywistości to nie jest „ciągle” i wszędzie, żebranie jest chyba bardziej natrętne względem Hindusów. Zresztą wszystko to jest od miasta. Co miasto to inne Indie.

20170805_183240

Pierwszy dzień po roku nieobecności w Haridwarze. Wtedy miasto przywitało nas okrutną ulewą, błoto płynęło ulicami, chodnikami, wszędzie, i ten ostry zapach kadzideł i palonego drewna (jedno i drugie na ofiary) uderzał w zmysł powonienia. Teraz zapach tak samo uderza, ale jest już swojski, oczywisty, znany, błota nie ma, let za to upał i wilgotność powietrza. Da rady oczywiście żyć. Ma to nawet swój urok. To święte miejsce przeznaczone jest zarówno dla sadhu (ascetów), wyznawców hinduizmu, jak i praktykantów jogi. Przyciąga tysiące pielgrzymów i joginów, turystów też. Po ghatach nad Gangesem niekiedy nie można swobodnie przejść, bo taki jest tłum, tak silna potrzeba dokonania rytualnego oczyszczenia. Dziki hinduizm… i dziki turysta czy też indolog, który chce przejść!

20170806_142658

Dziki, bo człowiek z zewnątrz ma wrażenie wstąpienia w żywioł, który choć składa się z tysięcy osób i tworzy całość, to jednocześnie nie są twarze bez tożsamości. Żywa, ogromna i nieopanowana potrzeba wstąpienia w Matkę Gangę.

 

A gdyby tak postawić się z drugiej strony? Dla Hindusa to normalne, taki tłum, a turysta to zawsze ciekawy obiekt, równie ciekawy, jak ciekawy on jest dla turysty. Kilku dziadków zaproponowało nam wczoraj wypalenie z nimi czegoś w rodzaju shishy z palonym węglem w środku, nie mam pojęcia, co to było. Ale dziadkowie byli w iście szampańskim nastroju!

20170805_183224.jpg

Haridwar trzeba zobaczyć, trzeba wstąpić w to, co się dzieje na ghacie Har-ki Pairi (a może Har-ki Pauri), głównym miejscu do świętych kąpieli. Dziesiątki straganów z dewocjonaliami, restauracje, hotele w samym środku miasta, w samym środku… skrajnej biedy. Z obu stron miejsce to otoczone jest obozowiskiem mieszkalnym „namiotów” ludzi z dnia na dzień żyjących w skrajnych warunkach przeżycia. Trudno to zrozumieć, jeśli cokolwiek można tu rozumieć. Skrajna bieda u stóp Boga, dosłownie, nazwa tego miejsca oznacza odcisk stopy Boga Wisznu, a sam Haridwar to brama, drzwi do Boga (Hari).

Takie było moje odczucie w pierwszy dzień.

20170805_163916.jpg

Drugi dzień, gdy mózg odpoczął, jest już inny, normalny. Przecież to wszystko jest oczywiste, przecież to są właśnie Indie. Przecież w gruncie rzeczy nic się nie dzieje. Ktoś patrzy, ale ja ta też patrzę, wszystko napiera na mnie z każdej strony ulicy, ale ja jestem częścią tego wszystkiego. W barze nikt za bardzo nie reaguje na mnie. Podoba mi się, że mogę trochę rozlać wodę, gdy nalewam z dzbanka do kubka, że mogę jeść rękoma, że jedzenie jest tak tanie, a tak pyszne (30 rupii/2 zł za paranthę poniżej), podoba mi się, że jest tak głośno. Uwielbiam gestykulację Hindusów, ona tak wiele wyraża, hindi nie wystarcza, angielski podobnie, nowa ciała jest numerem jeden w komunikacji tutaj. W gruncie rzeczy lubię ten teatr, w którym łatwo nauczyć się swojej roli.

20170806_131423

I to tylko jedna strona Haridwaru, daleko od głównego ghatu jest centrum miasta, obfitujące w księgarnie i aśramy… Dla kogo jest to miasto? – dla wszystkich. A głównie dla tych, którzy boją się Indii. Bo nagle okazuje się, że nie ma się czego obawiać.

20170805_163555.jpg

Chhattarpur Mandir w Delhi

20130101_074223.jpg

Każde przybycie do Indii ukazuje ten kraj w delikatnie innym świetle. To nie jest żadne odkrycie – z jednej strony Indie ulegają bezustannej zmianie, a z drugiej widz nie jest już ten sam. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć Indie, nie wiem, czy ktokolwiek je rozumie, może sam Wisznu bądź Śiwa… Indie są tak niezwykle zróżnicowane, ale mam wrażenie, że wiele odcieni tej mozaiki wyraża się/siebie w hindi, który choć jest językiem głównym Indii, to delikatnie modyfikowanym w zależności od regionu, a z drugiej strony w kuchni – w każdym miejscu ta sama potrawa jest delikatnie inna, dodana inna przyprawa, inne warzywo, inaczej ciasto wyrobione… Nie ma dwóch takich samych czajów. Jakby Indii nie trzeba było rozumieć, ale czuć każdym z 5 zmysłów, bo każdy tutaj aktywnie uczestniczy w doświadczeniu rzeczywistości. Jest to równie męczące, co fascynujące.

Przylot do Delhi z Dubaju liniami Air India przebiegł zupełnie według planu: na czas, podwójny posiłek na pokładzie samolotu, kilka nowości kinematografii indyjskiej i światowej do zobaczenia w małym ekranu przed siedzeniem. Ja wybrałam nie tak już bardzo nowy, ale nadal nowy, „Raees” z moim ulubionym Shah Rukh Khanem. Film ma różne opinie, w każdym razie nie jest to typowy Bollywood. Indie nie są tak bardzo kolorowe, a miłość nie okazuje się znajdować w centrum akcji. Tym bowiem jest… trudno do końca powiedzieć co: biznes, który stoi ponad wszystkim, nawet ten drobny. Ale pozostaje jeszcze: rodzina, polityka, wiara, nauka, zaangażowanie społeczne… w gruncie rzeczy akcja filmu nie jest tak przejrzysta i jednoznaczna. Jak Indie. Jak człowiek. Wczoraj ze znajomym, który żyje w Delhi, rozmawiałam o tym, co jest najwcześniejsze według niego dla Hindusa/ski? O Gudżaracie, w którym toczy się akcja filmu, krąży przekonanie, że biznes, każdy, jakikolwiek: mały, wielki, legalny, mniej oficjalny, a potem rodzina i devotion – choć tak naprawdę nie był tego pewien. A reszta Indii – rodzina chyba, bo to bezpieczeństwo. Ale pieniądz też jest ważny. I Bhagawadgita. Ta podstawa hinduizmu i jogi. Nie każdy ją tu czyta, prawie nikt w sanskrycie, ale gdzieś tam w zakamarkach ducha rezonuje.

W Delhi znajduje się bardzo ciekawa i piękna świątynia Chhattarpur Mandir. Naprawdę warta zobaczenia. Jest to kompleks 4 świątyń rozciągnięty na dość przepastnym terenie. Nie są to stare świątynie, ale nie jest to też świeży hinduizmu, jak na przykład świątynia Shivoham w Bangalore. Mnie najbardziej podobał się Markandeya Mandir z ogromną salą do różnego rodzaju celebracji świat oraz do… odpoczynku (panuje tu cisza i chłód). Główny altar składa się ze kilku posągów, głównego ukazania Bogini Matki, oraz przybocznych podwójnych bóstw: z jednej strony energia kreacji i boska świadomość, pierwiastek męski i żeński wzajemnie się przenikają w jednym bycie, a z drugiej strony zniszczenie i tworzenie. Ta podwójność wchodzi jednak ma teren tantry i jogi, o tym kiedy indziej (a więcej w książce).

20130101_073104.jpg

Blisko tego hallu znajduje się Shiva Gauri Nageshvar Mandir – świątynia poświęcona Władcy Nagów Śiwie i jego Małżonce (o imieniu np. Gauri). Władca czy też Pan Nagów to jest dopiero… joga! W tym przypadku nie są to po prostu węże, zresztą dla Indii wąż nie jest tylko niebezpiecznym stworzeniem, to także skarbnica wiedzy, strażnik inicjacji… internalizacja i aktywacja energii kreacyjnej, ale też i nie do końca…

I wielka postać Hanumana…:

20130101_072415

A teraz ponownie Haridwar i jego „dziki hinduizm”, jak ja ten fenomen aktywności indyjskiej duchowości w tym świętym miejscu dla Indii nazywam.

20170805_183204.jpg