Chhattarpur Mandir w Delhi

20130101_074223.jpg

Każde przybycie do Indii ukazuje ten kraj w delikatnie innym świetle. To nie jest żadne odkrycie – z jednej strony Indie ulegają bezustannej zmianie, a z drugiej widz nie jest już ten sam. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć Indie, nie wiem, czy ktokolwiek je rozumie, może sam Wisznu bądź Śiwa… Indie są tak niezwykle zróżnicowane, ale mam wrażenie, że wiele odcieni tej mozaiki wyraża się/siebie w hindi, który choć jest językiem głównym Indii, to delikatnie modyfikowanym w zależności od regionu, a z drugiej strony w kuchni – w każdym miejscu ta sama potrawa jest delikatnie inna, dodana inna przyprawa, inne warzywo, inaczej ciasto wyrobione… Nie ma dwóch takich samych czajów. Jakby Indii nie trzeba było rozumieć, ale czuć każdym z 5 zmysłów, bo każdy tutaj aktywnie uczestniczy w doświadczeniu rzeczywistości. Jest to równie męczące, co fascynujące.

Przylot do Delhi z Dubaju liniami Air India przebiegł zupełnie według planu: na czas, podwójny posiłek na pokładzie samolotu, kilka nowości kinematografii indyjskiej i światowej do zobaczenia w małym ekranu przed siedzeniem. Ja wybrałam nie tak już bardzo nowy, ale nadal nowy, „Raees” z moim ulubionym Shah Rukh Khanem. Film ma różne opinie, w każdym razie nie jest to typowy Bollywood. Indie nie są tak bardzo kolorowe, a miłość nie okazuje się znajdować w centrum akcji. Tym bowiem jest… trudno do końca powiedzieć co: biznes, który stoi ponad wszystkim, nawet ten drobny. Ale pozostaje jeszcze: rodzina, polityka, wiara, nauka, zaangażowanie społeczne… w gruncie rzeczy akcja filmu nie jest tak przejrzysta i jednoznaczna. Jak Indie. Jak człowiek. Wczoraj ze znajomym, który żyje w Delhi, rozmawiałam o tym, co jest najwcześniejsze według niego dla Hindusa/ski? O Gudżaracie, w którym toczy się akcja filmu, krąży przekonanie, że biznes, każdy, jakikolwiek: mały, wielki, legalny, mniej oficjalny, a potem rodzina i devotion – choć tak naprawdę nie był tego pewien. A reszta Indii – rodzina chyba, bo to bezpieczeństwo. Ale pieniądz też jest ważny. I Bhagawadgita. Ta podstawa hinduizmu i jogi. Nie każdy ją tu czyta, prawie nikt w sanskrycie, ale gdzieś tam w zakamarkach ducha rezonuje.

W Delhi znajduje się bardzo ciekawa i piękna świątynia Chhattarpur Mandir. Naprawdę warta zobaczenia. Jest to kompleks 4 świątyń rozciągnięty na dość przepastnym terenie. Nie są to stare świątynie, ale nie jest to też świeży hinduizmu, jak na przykład świątynia Shivoham w Bangalore. Mnie najbardziej podobał się Markandeya Mandir z ogromną salą do różnego rodzaju celebracji świat oraz do… odpoczynku (panuje tu cisza i chłód). Główny altar składa się ze kilku posągów, głównego ukazania Bogini Matki, oraz przybocznych podwójnych bóstw: z jednej strony energia kreacji i boska świadomość, pierwiastek męski i żeński wzajemnie się przenikają w jednym bycie, a z drugiej strony zniszczenie i tworzenie. Ta podwójność wchodzi jednak ma teren tantry i jogi, o tym kiedy indziej (a więcej w książce).

20130101_073104.jpg

Blisko tego hallu znajduje się Shiva Gauri Nageshvar Mandir – świątynia poświęcona Władcy Nagów Śiwie i jego Małżonce (o imieniu np. Gauri). Władca czy też Pan Nagów to jest dopiero… joga! W tym przypadku nie są to po prostu węże, zresztą dla Indii wąż nie jest tylko niebezpiecznym stworzeniem, to także skarbnica wiedzy, strażnik inicjacji… internalizacja i aktywacja energii kreacyjnej, ale też i nie do końca…

I wielka postać Hanumana…:

20130101_072415

A teraz ponownie Haridwar i jego „dziki hinduizm”, jak ja ten fenomen aktywności indyjskiej duchowości w tym świętym miejscu dla Indii nazywam.

20170805_183204.jpg

Global dexterity, czyli powroty w Indie…

DSCN3223

Do kolejnego wyjazdu do Indii pozostało jedynie kilka dni. Dość często jestem pytana o to, dlaczego właśnie Indie. Nie odpowiadam: joga, sanskryt, kuchnia, praca, filozofia – przy nich zawsze jest jakieś “ale”. Indie, ponieważ… to są Indie! Tout court. Po prostu. Nie wiem, czy Indie są trudną miłością, jednak z pewnością warte są tego, by (po)kochać je z całym dobrodziejstwem inwentarza, który razem ze sobą wnoszą w ludzkie wnętrze. Mit bajecznych i mistycznych Indii – wykreowany w dawnych czasach przez kwieciste i na pół realne relacje greckich podróżników, podboje Aleksandra Wielkiego, wyprawy arabskie, a później filozofujące wojaże Francuzów i Brytyjczyków – uczynił swoje, wzniecając w świadomości człowieka z tzw. Zachodu iskrę zaciekawienia. A nawet bardziej – iskrę i świadomość przynależności do odległej, zamorskiej krainy, której himalajskie przestrzenie ofiarowują więcej niż jakakolwiek książka czy praktyka mentalna. Krainy, która jest inicjacją w głębsze rejony ludzkiego ducha, swiadomości i doświadczenia… To swoiście Platońska iskra (z Listu VII): wskutek długotrwałego obcowania z Dobrem-i-Pięknem nagle zapala się w duszy iskra, której już nic zgasić nie może, a ów miłośnik mądrości (ten filozof) bez niej żyć już nie umie. Mistrz Eckhart, w późniejszych czasach, iskrę tę nazwie twierdzą Boskości, esencją człowieka…

20170226_123425

Indie zmieniają, nie tylko ducha, ale także mózg i układ pokarmowy. Zmieniają kubki smakowe, uwrażliwiają je, nadają sublimacji smaku. W końcu indyjskie masale, mieszanki przypraw, są chyba najróżnorodniejsze na całym świecie. Mózg, początkowo porażony napierającą na niego zewsząd wszystkością, i to z siłą, która bez pardonu atakuje wszystkie układy w ciele, a przede wszystkim sieć neuronalną, musi się zaadaptować. Pokochać albo uciec.

Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie coś innego niż to, po co się przyjechało. Jadąc daleko, spotkacie ludzi zupełnie innych, a tak bardzo podobnych. – Nicolas Bouvier

20170226_125545

Indie uczą przede wszystkim tolerancji, otwartości i pokory, ale w głębszym wymiarze niż ten ogólnie przyjęty. W meta-fizyczny sposób Indie przenoszą człowieka, tego biednego turystę, w tereny jego własnej duszy (ducha, serca czy po prostu umysłu), których istnienia jedynie domniemywał na podstawie jakichś niejasnych przeczuć czy nie do końca uświadomionych myśli. To nie jest zwykła tolerancja dla innego: innej kultury, religii, obyczajowości czy mentalności. To jest dosłowne spotkanie z Innym, jednak ten Inny nie jest kimś z zewnątrz, ale naszym wewnętrznym Innym, teraz powoli powoływanym do życia. Profesor Andy Molinsky zdolność do dostosowania swojego zachowania do obcej kultury bez – zarazem – utraty siebie nazywa global dexterity (globalna zręczność? – czuję ogromną niezręczność w tłumaczeniu tego terminu Puszczam oczko). Nauka reguł nowej kultury oraz praktyczne używanie właśnie nabywanej wiedzy jest procesem, który angażuje sferę nie tylko mentalną. Także emocje – strach, złość, frustracja, swoista niewygoda – biorą silny udział w kształtowaniu nowego sposobu działania w obcym miejscu. Tylko czy nadal obcym…? Mnie Indie uczą przede wszystkim wolności, spowolnienia i zatrzymywania aktywności mentalno-emocjonalnej… Nigdzie nie czuję się tak swobodnie wolna, jak czuję się w Indii. Nie o zwykła codzienną wolność chodzi, taką praktycznie czuję wszędzie, gdzie prawo funkcjonuje, ale o swobodę. Dopiero w Indii czuję, jak bardzo człowiek Zachodu, człowiek cywilizacji skoncentrowanej na kulcie materialności, jest krępowany mniejszymi i większymi konwenansami (głównie prawnymi) oraz tym, co mu w głowie-sercu siedzi, zasiane tam już w dzieciństwie.

plecak

Himalajskie centra sztuki kulinarnej…

… wprost kocham! Zaplecze kuchenne może nie jest okazałe, wnętrze nie jest wystawne, ba! – ten przybytek często nawet nie jest czysty (jeśli w ogóle jest!), kucharz może i nie pobierał nigdzie nauk, ale kuchni himalajskiej na pewno nie można odmówić serca i smaku. Cóż, Himalaya Coffee Centre za Badrinath w ostatniej indyjskiej wiosce Mana, gdzie zaraz Tybet (moje marzenie!) otwiera swoje przestrzenie:

DSCN0941

A obok – na trasie między domami mieszkalnymi a świątynią Ganeśi i jaskinią mędrca Wjasy – inne rzeczy codziennej potrzeby:

DSCN0942DSCN0984DSCN0985DSCN0986

Tuż obok, w jaskini mieszka pewien jogin…:

Za co lubię takie miejsca? Za każdym razem czaj ma inny smak, niby za każdym razem składniki są podobne, ale inna ręka i inne wyczucie je przyrządzają. Centra gastronomiczne rozpostarte są na całej długości każdej trasy, oferując tym samym wytchnienie, gdy człowiek idzie i idzie. Wystarczy usiąść, zamówić czaj, ciasteczka, samosy czy inne drobne zakąski, i po prostu je spożywać. Nic człowieka nie goni, niczego nie trzeba pilnie skończyć, jest tu-i-teraz.

DSCN1033

I czego tutaj pragnąć więcej, skoro wszystko jest? Jest gdzie wysuszyć pranie (pada tutaj obficie), jest, gdzie usiąść, ciasteczka są, wspaniałe towarzystwo również…:

DSCN1192

DSCN1190

I inne zdjęcia z Badrinath (trochę pochmurno wtedy było):

DSCN0833DSCN0852DSCN0993DSCN1015DSCN1022DSCN1058DSCN1059DSCN1065DSCN1091

DSCN1024

A tymczasem na trasie do przepięknej świątyni w Kedarnath:

DSCN1326

Czaj jest jednak do życia niezbędny! Nawet jeśli idzie się na darśan do Boga.

DSCN1463

A idzie się, zaiste, długo – 22 kilometry (z Sonprayag do Kedarnath) górskiej trasy, gdzie dech w piersi wysokość zapiera, nogi odmawiają posłuszeństwa, bo ciągle w pod górę kolana zmuszane są iść, czasem słońce, czasem deszcz Puszczam oczko (mój ulubiony Bollywood), a końca nie widać. Człowiek jednak nigdy nie idzie sam. Jest to pielgrzymkowa trasa i mimo iż kilka lat temu ogromna powódź zabiła setki osób, to hindusi nieustraszenie podążają na spotkanie z Śiwą, panem (natha) Kedar. A hindusi bardzo rozmowni, towarzyscy i pomocni są…

DSCN1281DSCN1283DSCN1329DSCN1407DSCN1408DSCN1445DSCN1496

Na zdrowie (tak ze stolicy jogi w Rishikeshu)!

DSCN0646

I ulice Haridwaru, gdzie pyszny zestaw obiadowy można już za 30 rupii (1,80 zł) kupić. Pali podniebienie, syci i daje radość – czego chcieć więcej?

DSCN1846

RISHIKESH_1, czyli stolica jogi tout court

20160804_143023

Pamiętam jeden poranek w aśramie Paramarth Niketan w Rishikeshu. Bardzo wyraźnie. A nawet dwa poranki, bo podobne były do siebie. Pewnie zdarzyło się ich i więcej, ale nie zwróciłam na nie uwagi – było za wcześnie, a Indie były jeszcze nazbyt głośne i nękające mój spokój. Nazbyt obce, mówiąc krótko. Drugi tydzień pobytu, czego więc się spodziewać? – tym bardziej, że ciało jeszcze nie słuchało woli, a zajęcia jogi o 6:00 rano dopiero się zaczynały.

DSCN0412

20160729_15460420160729_15461620160729_15480620160729_15482220160730_08005320160730_11362020160730_12000020160730_13032820160803_150155

6:00 rano jest idealną porą na jogę, bo wszystko dopiero budzi się do życia, jest rześkie, ciche, świat jeszcze nie zaczął swojej gonitwy, a żołądek jest na czczo – taka delikatna asceza jest energetyczna.

20160803_183148

A potem człowiek z radością biegnie do aśramowej stołówki, by jeść śniadanie i pić czaj (10 rupii, czyli jakieś 60 gr), co u mnie oznaczało – zagryzać czaj gulab jamunem (10 rupii), kocham! Niczego nie kocham po jodze (i nie po jodze) tak mocno jak jedzenie – gotowanie i konsumowanie! No dobra, kocham jeszcze filozofię (w tym muzykę) i sanskryt (hiszpański i francuski też).

20160731_075025

20160803_090718

20160804_155403

20160803_133712

Przed świtem wszystko jest lepsze! Warto więc czasem zerwać się skoro przed-świt i spojrzeć na świat i siebie z innej perspektywy. Powąchać świat o poranku, to inny zapach. Posłuchać jego odgłosów, które za dnia nie są już obecne. Pójść na jogę na czczo. Pomedytować, patrząc w głębię swojego serca i dostrzegając, co w danej chwili tam się wydarza, bo wydarza się co innego niż za dnia się objawia.

20160804_131301

20160804_150432

20160731_111719

Krowy są cudowne, trochę jak psy. Lubią być głaskane i ogólnie – traktowane z czułością.

20160802_114439

Śri Ganga-ji

HARIDWAR, czyli Sawan Shiva Ratri i nieustający deszcz

Ale naprawdę nieustający! Bez przerw padający, błotem rozścielający swoją miałką, oblepiającą i wszechprzenikającą naturę. A w tym błocie jest wszystko, co tylko indyjska ulica może na siebie przyjąć. Cóż, nie to było dla nas problemem.

DSCN0299

20160727_101528

Zanim opiszę pierwsze wrażania z monsunowego Haridwaru, to pokażę Wam film, który jest esencją stolicy jogi: poranna medytacja nad brzegiem Gangesu. Jednak to będzie jakby drugi Haridwar, po powrocie z Himalajów… Piękne doświadczenie:

Sam dojazd do Haridwaru nie był wcale łatwy i z oczywistego w przebiegu wyjazdu z Delhi do Haridwaru okazał się całkiem rozbudowaną Przygodą (tutaj)…

DSCN0293

(No i czekamy, może coś nadjedzie)

DSCN0280 (2)

(Przy tej okazji, proszę zwrócić uwagę, jak idealnie, czyt. pomarańczowo, Marta dostosowała się do wymogów święta Śiwy – strój obowiązkowy to strój pomarańczowy!)

DSCN0292

(Nadjechało, ale bez ni milimetra miejsca… Czekamy dalej, przecież coś musi przyjechać z przestrzenią dla nas!)

DSCN0295

(I zabrał nas wszystkich typowy indyjski autobus, a ja przypomniałam sobie, dlaczego lepiej nie siadać na samym tyle typowego indyjskiego autobusu..)

Problemem nawet nie był napierający, ze wszech stron opływający, zaciskający, aktywny tłum hindusów-śiwaitów zmierzających do świętej rzeki. Masa pomarańczowych szat, a my w niej jako… jej część. Dokładnie – część. (Wpis z Haridwaru tutaj.)

20160727_095107

20160727_094037

20160727_095715

DSCN0305

Problemem była odmienna  indyjska flora bakteryjna. Bez pardonu, bez szansy na walkę, tak całkowicie odbierająca zdrowe zmysły, siłę, a niekiedy – świadomość… Nawet pyszne jedzenie nie smakowało.

20160728_103228

20160728_061009

(5:00 rano, czyli idealna pora na czaj, tak akurat, gdy deszcze jeszcze nie spadają z niebios.)

20160728_174449

20160728_174625

20160728_174720

20160728_172029-1-1

(Hmm.)

Uważałyśmy, że Haridwar wyjątkowo był nam nieprzychylny – to miasto, Brama do Boga, do Himalajów (taka jest etymologia słowa Haridwar), był nam bowiem wyjątkowo surowy, niemiły i trudny w swej naturze, do granic wytrzymałości deszczowej i zdrowotnej. Do czasu…! Z tego powodu uwielbiam to zdjęcie – wyraża sobą całościowy klimat Bramy do Boga, a przy tej okazji nasze samopoczucie oraz niewiarygodną zdolność Hindusów do adaptacji do wszelkich warunków.

DSCN0317

DELHI

DSCN0080

W teraźniejszej serii wpisów będę publikować większe ilości zdjęć z naszej wyprawy w Himalaje. Kończymy pisanie książki i zamysł mamy taki, by opowieści ilustrować obrazkami i filmikami umieszczanymi tutaj, na blogu, a w książce sygnalizować wszystko linkami 🙂

A na początek Przyjaciel, który jak przystało na idealnego nepalskiego (!) Gospodarza, od razu po naszym nocnym przylocie do Delhi zajął się naszymi bagażami i zamówieniem taksówką. Nocą podwiózł nasz do pierwszego zakwaterowania, czyli żeńskiego akademiku Uniwersytetu w Delhi. Niezwykle przyjemne miejsce, z własną kuchnią i jadalnią, za całkiem znośną opłatę.

DSCN0082DSCN0083DSCN0086

Pierwsze widoki na ulicy w Delhi:

DSCN0100DSCN0102

Rano, pierwszego i drugiego dnia, Przyjaciel przyszedł po nas, by zrobić nam wielki tour po świątyniach Delhi. Na początek Wielki Meczet w Delhi (Jama Masjid):

DSCN0104 (2)

DSCN0108 (2)DSCN0110DSCN0111DSCN0116 (2)

DSCN0119

A potem Kalka-ji Mandir dla bogini Kali-Durgi:

DSCN0175

DSCN0179 (2).1

DSCN0176.1

i Gauri Shankar Mandir (raz jeszcze dla bogini Kali-Durgi):

DSCN0120

DSCN0129DSCN0130

To o tym kiczowatym i wielkim posągu Śiwy piszę w książce…:

DSCN0132

DSCN0145

DSCN0134

DSCN0148DSCN0143 (2)

Sikhijska Sis Ganj Gurudwara późnym wieczorem i rzut oka na indyjski ruch uliczny:

DSCN0155

DSCN0158

DSCN0157

Piękne sikhijskie śpiewy podlitewne:

Bahaistyczna Świątynia Lotosu (Bahá’í House of Worship zwana Lotus Temple):

DSCN0186

20160724_155910

Pod-drzewny ołtarzyk i kilku sadhu, lubię ich bardzo:

DSCN0197

DSCN0201DSCN0202

Świątynia krisznaicka ISCON East of Kailash, dość duża i z… prasadem rozdawanym po wizycie w jej progach, po darśanie – ujrzeniu – Kriszny-Boga:

DSCN0212

DSCN0215

I pieśni krisznaitów:

Kilka widoków ulic, od pewnego czasu lubię uchwytywać takie momenty życia, ich czynności, myśli, specyficzne sposoby (za)istnienia:

DSCN0248

20160724_181347 (2)20160724_181356 (2)

Tak, nawet do Indii zabieram yerba mate, bez niej życie nie do końca mi się podoba Uśmiech

20160724_224334

20160725_12591720160725_125946

Wraz z naszymi Sponsorami jedziemy do Haridwaru:

DSCN0252DSCN0256

Wpis na bieżąco z Indii: https://ateliermysli.wordpress.com/2016/07/23/welcome-india-czyli-energetyczne-bindu-od-pudzarich/ .

%d blogerów lubi to: