Są takie miejsca…

IMG_5432

IMG_5461

… do których chociaż nie planujemy w najbliższej przyszłości wrócić (co nie znaczy, że nie wrócimy), to w pewien – dość wyraźny – sposób rezonują w zakamarkach pamięci. Coś jest w nich tak niezwykłego, specyficznego, że nie można przestać o nich myśleć, nawet gdy poznaje się inne – niekiedy całkowicie odmienne – światy i ich życie. Specyficzna atmosfera restauracji/barów, specyficzny posmak kuchni, specyficzna architektura, specyficzny moment niegdyś, w którym człowiek zdecydował się do nich pojechać. Moment lub Przyczyna… Dla mnie takim miejscem jest Barcelona – impresja jakby już na wpół niewyraźna.

IMG_5531

IMG_5525

IMG_5523

Co ja poradzę? – uwielbiam kuchnię hiszpańską, indyjską też (zresztą i polską, pierogi wielbię miłością niezachwianą!) Szeroki uśmiech W kuchni ukrywa się aż nadto dotykalne piękno danej rzeczywistości, które niemal wszystkimi zmysłami dociera do serca (i duszy). Zagnieżdża się w pamięci – to przecież zapach jest najsilniejszym bodźcem. On utrwala wydarzenia. Potem słuch i wzrok stają się bastionem bezczasu…

IMG_5479

IMG_5784

I Indie, jedno z ostatnich zdjęć, jakie wracając teraz do Mumbaju zrobiłam. Słońce wschodziło, kolejny czaj wypiłam, kilkaset słów w zeszycie się pojawiło (nadal toczy się we mnie ta odwieczna walka, czy impresje lepiej zapisywać piórem w zeszycie, czy na klawiaturze netbooka). Po kawie (i czaju) jakoś mi to wszystko lepiej wychodzi:

DSCN3279

Pociągi też uwielbiam. I te słowa: Strać siebie i odnajdź siebie! Bo to właśnie, gdy jesteśmy najdalej od siebie, najbardziej stajemy się sobą. To właśnie tutaj odkrywamy nowe rzeczy, dorastamy, dzielimy się i jednoczymy z Drugim.

Mysore

Nie, ja nie palę, to tylko biri/bidi. I Mysore pewnego upalnego popołudnia, gdy nic się nie działo, a ja to nic chciałam poobserwować z okna dość obskurnego hotelu.

C’était une nuit comme un état d’âme…

herbata

C’était une nuit.

20150314_151236

Plus sombre qu’un normal manque d’une lumière révélatrice d’une Lune trop pâle et sans un pouvoir. Et pourtant, une couleur qui tirait sur le noir plutôt cachant un mystère qu’un vide d’âme dangereux et sans aucun espoir d’en sortir. Un lieu peu élairé, néanmoins avec une luminosité intérieure qui ne se permettait de s’orienter que par un souvenir trop caché, trop étouffé, quasi un secret sauf qu’il eut été partagé un jour dans le passé plus-qu’imparfait. Une perfection de mots, de gestes, de sentiments, de… tous les non-dits bien révélés par des regards, durant un « aujourd’hui » qui changea en une nuit infinie d’une sombre inertie, une non-action, une stupeur tapageuse d’envie. Hors du temps présent et futur, d’un espace bien placé dans de courtes et étroites ruelles éphémères comme des affections touchées du bout des doigts, un secret flâna, inexistant, bien sûr banalement, pour les mots et noir de sa nature sonore sauf à ce que, dans une autre dimension, il se fût apparu dans des conditions bien différentes d’une clarté aphatique et lache par suite de sa peur.

20141004_141838

20141003_180231

20141004_141759

Empreinte de tristesse et d’inquiétude, une crainte, presque une douleur, égarée parmi les ruelles et les ombres des bâtiments et des réverbères piqués comme des mementos d’une réalité tellement oubliée que presque jamais existante, et pourtant d’une illusion réelle des phénomènes manifestés quelque part ailleurs, et dorénavant vivant d’une façon à mi-fictive et misant en oeuvre son apparence. Dans la noirceur de cette Lune quasi absente, une faible pensée de voir leurs inapriopriété, être sans raison et déplacés ranima l’esprit d’un vagabond « des réverbères d’absurde et inutilement coupant le noirceur ». Et pourtant, cette nuit-là, ils indiquèrent le sens des pas de cet esprit plus fantôme que respirant dans le corps encore vivant, d’une mémoire formée de souvenirs encore pertinants.

20141004_151807

Et puis, soudain, une brume éparpillée ensommeilla la ville dans un état à mi-réel. Dans le temps plus-que-présent, élargie par le brouillard dans des dimensions trop vastes pour se limiter aux exigences de l’espace physique, la ville samblait être dépourvue de contingentement.

20141004_144155

Un bâtiment, des cheminées, des fenêtres avec la lumière allumée, les gens commencèrent leurs réalités. Des consciences invisibles pour le passant mis à part de leurs vies. La brume d’une histoire quasi oubliée qui eut fait du présent un endroit suspendu et inconcrétisé là-bas-et-ici, le temps et l’espace…. le brouillard tout encombrant sans aucun zeste d’une nuit inachevée par des révélations non dites. Rien n’eut été dit mais tout eut été écrit, toute réponse eut été propulsée, et pourtant, la noirceur entre deux espaces s’eut instalée du jour infini dans la nuit du passé. Maintenant, en tant que pont, cette brume-ci ravegea la noirceur d’une nuit secrète…

20141004_143610

20141004_142958

Une personne se fut manifestée en face du vagabond noctambule. Deux enfants de la brume au bout d’un recoin de la rue, sans un chat ni rien de vivant, un calme absolu, et voilà ! Un mot comme un lever (un éveil !) du Soleil encore très délicat de révélation et rougâtre d’existence mais, cette fois-ci, déjà audace d’un dévoilement.

20141004_151839

20141006_111802

Patańdżali – mit czy historia

Wczoraj szkoła jogi Manomani. Joga i pilates (Pałacyk, Wrocław) obchodziła swoje szóste urodziny, z tego względu Mariannie i całej ekipie należą się ogromne gratulacje. Oby Śiwa-Nataradża czuwam równie mocno, a nawet jeszcze bardziej.

m2

Z tej okazji przygotowałam trochę słów, które Marianna odczytała:

m1

JOGA…

Mahariszi Patańdżali, Wielki Mędrzec Patańdżali, zwany także Bhagawan Patańdżali, Czcigodny Patańdżali, uchodzi za autora Jogasutr, klasycznego, podstawowego i można powiedzieć konstytutywnego podręcznika-wykładu o jodze, w najbardziej skompilowanej, jak to tylko możliwe, postaci. Jednak w momencie, gdy pojawia się potrzeba przebadania historyczności dzieła, jego autora i jednorodności tekstu, od razu rozbijamy się jedynie o domniemywania. Tekst datowany jest na mniej więcej II w. n.e. (z widełkami rozbieżności: II w. p.n.e. – V w. n.e.), a badacze nie jest zgodni nawet w kwestii jego jednorodności – czy mamy do czynienia z jednolitością czy raczej złożonością wykładu, kiedy to kilku autorów-redaktorów z biegiem czasu i przekazu wiedzy jogicznej miałoby dodawać własne instrukcje jogiczne.

Jak podaje Leon Cyboran (1928-1977), badacz filozofii indyjskiej, wybitny sanskrytolog i silnie praktykujący jogin, we wstępie do własnego tłumaczenia Jogasutr (wyd. 1986 i wznowienie 2014 – tutaj nowa edycja), w moim odczuciu najdoskonalszego:

„Jest też możliwe, że te bądź inne sutry mógł ktoś dodać z takich czy innych względów. Pobożny bhakta (czciciel Boga osobowego) mógł wpleść sutry o Iśwarze [z tą jednak uwagą, że Iśwara nie jest Bogiem osobowym w rozumienie religii monoteistycznych!]. Ktoś ascetycznie usposobiony mógł dodać jamy (zasady moralne) i nijamy (praktyki ascetyczno-mistyczne) do pierwotnie sześciostopniowej jogangi [sześciostopniowej jogi]. Ktoś inny mógł wstawić sutrę polemizującą z buddystami.” (Cyboran 2014: 15)

Niemniej jednak dr Cyboran nie znalazł żadnej pewnej przesłanki w tekście, która wskazywałaby na jego niejednorodność, i tego się trzymajmy. Bo i dla hindusa, czy też jogina, w gruncie rzeczy nie chodzi o filologiczną doskonałość tekstu, lecz o moc przekazu, czyli to, z jaką siłą instrukcja jogiczna przekształca świadomość-umysł, uwalniając człowieka od cierpienia tak fizycznego, jak i duchowego/mentalnego. A ostatnie – czy przekaz skutecznie wyzwala świadomość z przywiązania do przemijalnego świata, naznaczonego śmiercią – czy doprowadza do wyzwolenia, mokszy, czyli do stanu samadhi.

Joga to bowiem (Cyboran 2014: 9-11):

– osiągnięcie stopnia doskonałości duchowej w postaci najwyższego stopnia świadomości, czy też jakiegoś innego stanu ponad-świadomości; w takim ujęciu joga rozumiana jest jako ujarzmienie zmiennych, a przez to rodzących cierpienie, zjawisk mentalno-emocjonalnych i osiągnięcie jedności z rzeczywistością od nich całkowicie wolną, czyli wolną od cierpienia, przemijania… i śmierci; joga to wyzwolenie, samadhi, moksza, kaiwalja itp.

– wszelka praktyka duchowa, czy też wszelka forma doskonalenia duchowego, zmierzająca do urzeczywistnienia ideałów etyczno-mentalnych

– joga-darśana, czyli jeden z sześciu klasycznych systemów myśli indyjskiej, sparowany z sankhją (sankhja-darśaną)

Kim jest zatem kodyfikator jogi, twórca jogi klasycznej, ów owiany legendami, otoczony największym jogicznym szacunkiem i uznawany za boską inkarnację Patańdżali?

MAHARISZI BHAGAWAN PATAŃDŻALI – ZNACZENIE IMIENIA

Jedna z możliwych etymologii imienia Patańdżalego to:

पतञ्जलि [czyt. patańdżali] = पत् [pat] + अञ्जलि [añjali]

tj. pat + ańdżali, czyli upaść w [gest dłoni zwany] ańdżali

Ańdżali to jeden z najważniejszych gestów dla Indii, w którym dłonie – choć złożone – to górna ich partia pozostaje delikatnie otwarta w geście jakby żebrania, pozdrowienia i szacunku. Jedna z opowieści o narodzinach kodyfikatora jogi, Patańdżalego, jest bowiem taka, iż spadł on w dłonie matki złożone w geście ańdżali…

A był to pewien naga, istota obdarzona ogromną mądrością i siłą, boska istota, która w swej najwyższej widzialnej postaci przejawia się w formie ogromnego kosmicznego węża (skr. naga), zwanego Ananta, czyli Nieskończoność, oraz Śesza, czyli Reszta. I jako taki stanowi on siedzisko-posłanie dla drugiego obok Śiwy najwyższego boga jogi, zwanego również Wielkim Joginem (Maha-Joginem, Mahāyogi) – dla Wisznu. Gdy w momencie wchłonięcia wszechświata, tzw. pralaji (porównywanej do pratjahary, wyciągnięcia uwagi ze zmysłów, czyli 5-tego stopnia klasycznej jogasutrowej jogi), Wisznu w stanie jogicznego snu, w samadhi, unosi się na pierwotnym oceanie, poprzedzającym nowe stworzenie wszechświata, ciało Ananty-Śeszy zwinięte w tysiące zwojów stanowi jego posłanie. Stworzenie i anihilacja wszechświata są cykliczne i gdy doszło do nowego, obecnego, wyjawienia z Wisznu świata, to wąż Śesza-Ananta wcielił się w postać czcigodnego Patańdżalego, a Wisznu, nie wychodząc ze stanu samadhi, inkarnował w postać drugiego równie istotnego dla jogi mędrca i jogina – w osobę Kapili, propagatora teoretycznej podstawy dla jogi, zwanej sankhją. O Kapili wiadomo tyle samo, a może nawet mniej, co o Patańdżalim.

Tyle mitologii, która dla Indii zawsze znaczyła i nadal znaczy dużo więcej niż zbiór legend i opowieści z dawnych czasów. Mitologia jest itihasa – tak zaiste było – i tak zawsze będzie: chociaż boskie historie wydarzyły się w pradawnych czasach, to bogowie nadal obecni są na ziemi w takiej czy innej postaci, a jedną z nich jest np. boski przekaz jogi zawarty w Jogasutrach. Boskość obecna jest także w postaci guru-mistrza i każdej wykonanej z pełnym zaangażowaniem praktyce jogicznej…

A historycznie, indyjska literatura zna trzech Patańdżalich i trzy dzieła z nimi związane:

– Wielki komentarz, czyli Maha-bhaszja, dla fundamentalnego podręcznika indyjskiej gramatyki sanskrytu autorstwa Paniniego,

Traktat medyczny, czyli Patańdżala-tantra,

– oraz Jogasutry.

W kwestii tego, czy ów Patańdżali to jedna i ta sama postać, czy raczej pewnego rodzaju tytuł grzecznościowy – zdania są podzielone. Mimo tego przekaz jego nauki jest konstytutywny dla tradycji jogicznej.

Oczywiście wykładnia Patańdżalego nie stanowi historycznie pierwszego etapu rozwoju indyjskiego ascetyzmu i opisu dróg osiągnięcia wyzwolenia. Joga swoje początki znajduje już w VIII w. p.n.e., a być może i wcześniej, gdyby tak pokusić się o domniemywania jej obecności na podstawie glinianych pieczęci z Cywilizacji Doliny Indusu (rozkwit: 2500 p.n.e. – 1900 p.n.e.). Jednakże traktaty filozoficzno-ascetyczne, zwane Upaniszadami (przekład na język polski: prof. Marta Kudelska, Upaniszady, Kraków 2001), powstające między VIII w. p.n.e. a przełomem naszej ery, nie zawierają w sobie kompletnego, usystematyzowanego i w opatrzonego instrukcjami wykładu sankhji-jogi. Podobnie największy epos świata, Mahabharata (IV w. p.n.e. – IV w. n.e.), z jej słynnymi jogiczno-sankhjanistycznymi ekskursami – słynną Bhagawadgitą oraz niewspółmiernie dłuższą Mokszadharmą, zajmują się bardziej mistycznym i duchowym wymiarem jogi niż jej ludzką stroną, tj. praktyką cielesno-oddechową i ścisłym opisem tego, co dzieje się w psychice-umyśle jogina. I tak oto, ok. II w. pojawia się słynna postać Patańdżalego, który kompilując starożytne nauki Upaniszad i Mahabharaty, wkłada w ręce joginów kompletny podręcznik jogi, który wsparty jest na wizji świata i opisie człowieka, jego mentalno-cielesnej struktury, przedstawianych w szkole sankhji, która swój klasyczny traktat wyda spod ręki Iśwarakriszny – Sankhja-karika, czyli Strofy o sankhji (ok. IV w.). Iśwarakriszna w sankhji jednak nie cieszy się tak wielkim poważaniem jak Patańdżali, w sankhji odpowiednikiem Maha-risziego Patańdżalego pozostaje Kapila.

ZŁĄCZENIE SANKHJI (ŚWIADOMOŚCI WYZWALAJĄCEJ) Z JOGĄ (SIŁĄ WYZWOLENIA)

Gheranda-sanhita, hathajogiczny wykład z XV-wieku, tak oto mówi:

nasti maja-samah paśo nasti jogat-param balam |

nasti-dżnianat-paro bandhur ahankarat paro ripuh ||

Nie ma więzów większych od maji [iluzji],

nie ma potężniejszej siły od jogi.

Nie ma większego przyjaciela od dżniany [wiedzy wyzwalającej = sankhji],

nie ma gorszego wroga od egoizmu.

Wielki mędrzec, Mahariszi muni, czcigodny Patańdżali, Bhagawan Patańdżali jest najznakomitszym głosicielem jogi, czyli siły wyzwolenia i determinacji w dążeniu do nirwany-mokszy-samadhi, która przyjmuje wieloraką postać. Począwszy od silnej woli, która wyraża się w codziennej i nieugiętej praktyce jogicznej: asany i pranajama, poprzez postanowienie etycznego życia zgodnie z jogicznymi jamami i nijamami poprzez – w końcu – uczynienie całego swojego życia jogą, która dosł. oznacza złączenie i jedność – z najwyższą sferą świadomości, czyli wydostanie się poza obręb egoizmu. Patańdżali stanowi rewers absolutu-wyzwolenia, którego awers stanowi, zgodnie z indyjskim światopoglądem jogicznym – wielki mędrzec Kapila, poruszyciel i głosiciel sankhji, zajmującej się opisem wiedzy wyzwalającej, dżniany. Dżniana spoczywa w umyśle każdej świadomej istoty, lecz droga do niej wiedzie poprzez siłę (bala) jogi. Dżniana jest bowiem oczyszczoną świadomością, a tę pielęgnuje i wysubtelnia się jedynie poprzez jogę.

A TAK PO INDYJSKU…

Jakkolwiek może wydać się to dziwne, to w gruncie rzeczy nie ma różnicy, czy Patańdżali był realną osobą, w Indiach bowiem – zwłaszcza w odniesieniu do jogi – najważniejszy pozostaje przekaz, a nie jego autor. Autor, można powiedzieć, jest raczej ucieleśnieniem ideału przekazu i jego mocy wyzwoleńczej:

„[…] wykład ontologii [nauki o bycie] oraz gnoseologii [nauki o poznaniu świata] jest tu [w Jogasutrach] silnie powiązany z praktyką przekształcania świadomości […]. A przecież cechą charakterystyczną filozofii indyjskiej jest cel praktyczny i drogą do tego celu jest właśnie przekształcenie świadomości [poprzez jogę rozumianą w szerokim kontekście].” (Cyboran 2014: 6)

Prezentacja do pobrania: patanjali-prezentacja

Joga jako siła determinacji

DSCN0891

Joga może mieć wiele mniej lub bardziej skomplikowanych i filozoficznych definicji, wymagających często kolejnych komentarzy, by zrozumieć przekaz autora danej definicji. Ostatnio coraz intensywniej zaczyna do mnie przemawiać nazywanie jogi siłą (bala w sanskrycie), w tym także siłą woli, rodzajem nieprzejednanej determinacji, która kształtuje się i wzmacnia zwłaszcza w czasie narzucania na siebie rygoru regularności praktyki, w tym także codziennej medytacji. Drugim jej źródłem jest praktyka asan i koncentracja w trakcie wchodzenia w daną asanę, a następnie wytrwanie w niej. To przecież dzięki sile koncentracji dana asana może być zrealizowana i utrzymana. A oto piękny cytat z Gheranda Sanhity I.4:

Nie ma większych więzów od niewiedzy,

nie ma potężniejszej siły od jogi,

nie ma większego przyjaciela od dżniany [poznanania] i

groźniejszego wroga od egoizmu.

DSCN0804

W ten sposób w jodze generowane są ogromne pokłady subtelnej siły fizycznej: łączącej w sobie zarówno siły cielesnej, jak i siły woli, która idealnie sprawdza się w koncentracji umysłu.

Medytacja – dlaczego jest tak trudna?

IMG_1123

Jest to oczywiście pytanie przewrotne, bo medytacja jest dość łatwa… mimo swej trudności. Kluczem do niej jest dość prosta rzecz – regularność, i to właściwie wszystko. Swami Rama, mój ulubiony i ukochany mistrz himalajski, wypowiedział się mniej więcej tak:

Medytację trzeba ćwiczyć:

– regularnie

– codziennie

– o stałej porze.

Tyle. Ludzki umysł skonstruowany jest w taki sposób, że uwarunkowany jest przez czas i przestrzeń. Kiedy myślimy, zawsze myślimy w kategoriach czasu i przestrzeni, nawet gdy coś sobie wyobrażamy, to zawsze na jakimś tle, gdzieś, i zawsze w jakimś kiedyś… Z tego powodu wyćwiczenie nawyku stałej medytacji o określonej porze jest czymś niezmiernie ważnym dla osadzania umysłu w spokoju. Z tego spokoju rodzą się siła charakteru, radość i energia do działania…

Jest coś, co stoi między Tobą a rzeczywistością: to umysł, który jest świetnym narzędziem. Kiedy chce czegoś ze świata, używa zmysłów, ale by poznać prawdę proces musi być odwrotny. Życie ma dwa wymiary – zewnętrzny i wewnętrzny… – Swami Rama

Jedna z moich ulubionych maksym życiowych brzmi: Naczynie wypełnia się stopniowo, kropla po kropli. Podobnie jest z ćwiczeniem się w regularnej medytacji, w uczeniu umysłu spokoju i… radości, a co za tym idzie wolności.

I to tyle moich himalajskich mądrości na dziś Uśmiech

Praktyka jogi (abhjasa) i wewnętrzna wolność (wairagja)

20160918_091231

Kilkanaście dni temu miałam ogromną przyjemność uczestniczyć we wspaniałej konferencji filozoficznej w Międzygórzu zorganizowanej przez Mieszka Wandowicza (który na gruncie filozofii ukuł kilkanaście miesięcy temu pojęcie feugologii, co stało się dla niego tyleż wewnętrznym impulsem, co przejawioną w działaniu ochotą stworzenia konferencji pod takim szyldem) i Koło Naukowe Filozofii Religii przy Uniwersytecie Wrocławskim. Ćwiczenia z ucieczki, ćwiczenia z umierania – tak brzmiało motto przewodnie. Dawno nie brałam udziału w tak filozoficznych kolokwiach*, choć oczywiście bez egzaminacyjnego podtekstu, chyba że za sprawdzian potraktować wewnętrzny egzamin własnych umiejętności zw. z rozsądkiem (gr. fronesis**, łac. prudentia). Trzy dni i dwie noce spędzone na dosłownie nieschodzących na inne niż filozoficzne zagwozdki rozmowach. Niektórzy tak lubią… Uśmiech Mnie oczywiście najbardziej interesowała kwestia Indii… i kundalini. Pamiętam, że gdy będąc jeszcze w pięknej Indii, spędziłam dobrą chwilę na opracowaniu tematu mego referatu:  nad brzegiem Gangesu w Haridwarze około 6 rano, zanim jeszcze dzień na dobre powstał, naszedł mnie temat. I pokochałam ten widok:

DSCN1595

Praktyka jogi w drodze ku transcendencji – taki był ten temat. Transcendencję zostawmy jednak na boku, bo miałam tutaj na myśli jedynie koncentrację na Iśwarze, czyli boskim przewodniku obecnym we najskrytszej przestrzeni istoty świadomej – w sercu, i funkcjonującym jako wewnętrzny mistrz/guru, a zarazem personifikowany b/Bóg i pozaosobowy absolut (brahman)… tout court!  Jest to technika niezwykle zaawansowana i niekoniecznie niezbędna w (początkowym) jogicznym zmaganiu się z sobą: umysłem, ciałem i emocjami. Przez niekoniecznie niezbędna mam na myśli to, że Iśwara-pranidhana (tutaj kilka moich o niej słów na joga-abc) jest otoczona dość obszerną dyskusją o tym, czy jest to religijna praktyka, czy niezwykle zintensyfikowane oddanie mistrzowi i jego naukom, w końcu Iśwara może oznaczać mistrz/guru. Praktyka jogi… Nie myślę tutaj o dość rozpowszechnionych: Keep calm & do yoga czy Real men do yoga. A w każdym razie nie do końca… Dr Ganpati podczas rozmowy w National Institute of Yoga (Delhi) poradził mi wręcz w początkowych momentach przekazywania wiedzy o jodze słowem nie wspominać o Iśwarze – potrzeba transcendencji w takiej czy innej postaci pojawi się wraz z praktyką jogi  twierdził.

A praktyka jogi w sanskrycie opatrzona jest bardzo pięknym terminem: abhjasa (अभ्यास) i zawsze idzie w parze z wairagją (वैराग्य), czyli utrzymywaniem umysłu w stanie nie-pragnienia, nie-lgnięcia do rzeczy zewnętrznych – swoistej wolności od impulsów pobudzających świadomość. Rzeczy same w sobie nie są złe, nawet pragnienia same w sobie nie są złe – uzależnienie istoty świadomej od przedmiotu pragnienia jest złe. Złe oznacza jedynie tyle, że przeszkadza w szczęściu i osiągnięciu radości i niezależności. Bhagawadgita w tak wspaniałych i boskich (ustami personifikowanego w postaci Kriszny absolutu-brahmana) słowach mówi:

Chwiejny jest umysł, o Waleczny

i niewątpliwie trudno go poskromić.

Ale jednak daje się poskromić (…)

dzięki ćwiczeniu [abhjasie]

i dzięki oderwaniu (od spraw tego świata) [wairagji].  (BhG VI.35)

W ciszę [oświecenie i wyzwolenie] zagłębia się ten tylko,

kto porzuciwszy wszelkie pragnienia,

idzie przez życie

wolny od pożądania, egoizmu i pychy. (BhG II.71)

Jogasutry I.12 jedynie w ściślejszą szatę techniczną ubierają tę naukę: poprzez abhjasę i wairagję następuje powściągnięcie/zatrzymanie/poskromienie (nirodha) aktywności mentalnej, wskutek czego jogin osadza i następnie rozpuszcza swoją świadomość/tożsamość w przestrzeni szczęśliwości i prawdy (Jogasutry I.3)… A sam termin abhjasa utworzony jest na formie czasownikowej ās (आस्) – siedzieć… Siedzieć długo i wytrwale w danej pozycji, i to nie tylko siedzieć fizycznie, lecz także mentalnie – siedzieć w spokoju, wewnętrznej ciszy i refleksji, w powolnym zanurzaniu siebie w przestrzeni błogości i spełnienia.

20160918_101056

I tyle tytułem zachęty do codziennej i regularnej praktyki, abhjasy:  medytacji, jogi w salach ćwiczeń asan, pranajamy (jogicznego oddechu) i studiów nad własnym umysłem i jego aktywnością w postaci różnych mniej lub bardziej przyjemnych scenariuszy i dialogów wewnętrznych. Wairagja, nie-pragnienie lub nie-lgnięcie, jest także praktyką, która przychodzi i udoskonala się wraz z czasem, a jej rezultat okazuje się być bardzo przyjemny i obdarowujący istotę świadomą niezwykle ogromnym pokładem wolności.

 

*Kolokwium (łac. colloquium – rozmowa):  z def. ustny sprawdzian/egzamin wiedzy i umiejętności ucznia.

**Fronesis: termin oznaczający cnotę roztropności, zdolność praktycznego poznania lub rozumowania, umiejętność wglądu w naturę rzeczy, rozumienie, mądrość (zarówno praktyczną, jak i teoretyczną), wiedzę, całość czystej (teoretycznej) filozofii (cyt. za hasłem fronesis w PEF tutaj).

Yerba mate, zielona herbata i indyjski czaj

DSCN2341

Niedawno w konkursie Chatka z yerba mate wygrałam ziołową yerbę, czym moje serce starego pijca yerby niebywale się rozradowało. I nadal raduje, bo zaraz listki yerby doświadczą dna mej tykwy, a co za tym idzie rozsmakuję się w ich pełni. Konkurs trudny nie był, wystarczyło wkleić zdjęcie z własnoręcznie przygotowanego tereré, czyli yerby na zimno (tutaj przepis, bardzo łatwy zresztą). Moją mate udoskonaliłam kawałkami pomarańczy:

DSCN2369

Jednak nie samą yerbą człowiek żyje. A w każdym razie nie jedynie. Przykładny jogin pija także herbatę… zwykłą najlepiej. Do ascetów śiwaizmu dżhuna weszłam w mieścince Sonprayag na dzień przed wyruszeniem do Kedarnath. Marta uciekła, a dokładniej – mnie zachęciła, bym poszła do sadhu, a sama wymknęła się zwiedzać Sonprayag. Długo nie zastanawiałam się i śmiało weszłam do bazy ascetów, czym wzbudziłam nie tylko ich zainteresowanie – co biała kobieta chce od ascetów? – ale także miejscowych policjantów, stacjonujących naprzeciw sadhu. Domyślam się, że mniej więcej to samo pytanie sobie stawiali. A czego ja mogłam chcieć od ascetów w samym środku Himalajów, na wysokości 1800 m. n.p.m.? Poza rozmową, czyli rozpytywaniem o te i inne jogiczne sprawy, poza bananem i posiłkiem z soczewicy, które asceci ochoczo mi zaserwowali, przede wszystkim chciałam herbaty! Z cukrem i chyba tulsi:

DSCN1301

Pośród sześciu rodzajów herbat (czarnej, zielonej, czerwonej, oolong, niebieskiej i białej) można bez końca przebierać w ich podrodzajach. Ja kocham herbatę zieloną. W Indiach kupiłam zielonego Darjeelinga, który smakuje wyśmienicie:

 DSCN2393

DSCN2396

Po zaparzeniu wygląda tak (oczywiście przeparzyłam go, gdy ponad 2 nakazane minuty parzenia robiłam zdjęcia):

DSCN2427

Czarnego Darjeelinga też kupiłam, podobnie jak Assam (na zdjęciu):

DSCN2388

Oba idealnie nadają się na indyjski czaj (tutaj mój niedawny wpis i przepis na czaj wraz z wideo). Tyle że czaj, którego bazę stanowi Darjeeling, dobrze jest jeszcze czymś wzmocnić (nie jest to jednak konieczne) – poniżej w nepalskiej restauracji w Delhi mistrz kuchni dodał dla wzmocnienia koloru saszetkę herbaty jaśminowej:

DSCN2165

Czaj pijało się jednak także i w himalajskich centrach restauracyjnych…:

DSCN0941

a także wraz z prasadem, czyli darmowym świątynnym posiłkiem, na przykład w gurudwarach, sikhijskich świątyniach. Prasad przeznaczony jest bardziej dla Boga niż człowieka, ale to człowiek go spożywa – nadal nie rozwiązałam tej aporii/sprzeczności. Poniższy prasad był wprost przesmaczny!

DSCN2207

Niemniej jednak to yerba mate pozostaje moim głównym napojem dnia. Kiedyś nie bardzo radziłam sobie z jej dymnym posmakiem. Wtedy postanowiłam spróbować kilku jej ziołowych odmian (Pajarito, Campesino itp.), których miętowy posmak skutecznie niweluje dymną siłę.

DSCN2361

Na zdrowie zatem!