W Haridwarze kilka myśli o…

20170806_134937.jpg

Hinduizm to złożone i szalenie charyzmatyczne wyznanie, posiadające bogatą tradycję literacką, czyli filozoficzną, o treściach często trudno dostępnych dla zrozumienia u kogoś, kto nie bardzo jest obyty z filozofią Wschodu. W świątyniach możemy spotkać tłumy wyznawców, usłyszeć gwar rozmów, śpiewów, modlitw, lecz są też takie święte miejsca, gdzie absolutna cisza jest nakazana. Cisza, która jest drugą twarzą Boga. Święte kąpiele w Gangesie, świeci asceci (płci żeńskiej i męskiej), tłumnie obchodzone aarti (powitania i pożegnania słońca)… doświadczenie tego wszystkiego na własnej skórze, dosłownie – ogromny upał albo przenikliwy chłód z monsunem nie pozostawiają ciała obojętnym.

20170805_165043.jpg

Z jednej strony dla człowieka spoza Indii, turysty głównie, to wszystko zdaje się przerażające, niezrozumiałe, dzikie, wyzbyte sensu nawet, tym bardziej, że natrętność Hindusów balansuje niekiedy na granicy wytrzymałości tegoż turysty.

20170806_155422-1.jpg

Spojrzenia, ciągle prośby o ek photo (jedno zdjęcie), ale na jednym selfy nigdy oczywiście się nie kończy, ciągle próby sprzedania czegoś, czegokolwiek, co tylko można sprzedać, ciągle żebrania… Oczywiście w rzeczywistości to nie jest „ciągle” i wszędzie, żebranie jest chyba bardziej natrętne względem Hindusów. Zresztą wszystko to jest od miasta. Co miasto to inne Indie.

20170805_183240

Pierwszy dzień po roku nieobecności w Haridwarze. Wtedy miasto przywitało nas okrutną ulewą, błoto płynęło ulicami, chodnikami, wszędzie, i ten ostry zapach kadzideł i palonego drewna (jedno i drugie na ofiary) uderzał w zmysł powonienia. Teraz zapach tak samo uderza, ale jest już swojski, oczywisty, znany, błota nie ma, let za to upał i wilgotność powietrza. Da rady oczywiście żyć. Ma to nawet swój urok. To święte miejsce przeznaczone jest zarówno dla sadhu (ascetów), wyznawców hinduizmu, jak i praktykantów jogi. Przyciąga tysiące pielgrzymów i joginów, turystów też. Po ghatach nad Gangesem niekiedy nie można swobodnie przejść, bo taki jest tłum, tak silna potrzeba dokonania rytualnego oczyszczenia. Dziki hinduizm… i dziki turysta czy też indolog, który chce przejść!

20170806_142658

Dziki, bo człowiek z zewnątrz ma wrażenie wstąpienia w żywioł, który choć składa się z tysięcy osób i tworzy całość, to jednocześnie nie są twarze bez tożsamości. Żywa, ogromna i nieopanowana potrzeba wstąpienia w Matkę Gangę.

 

A gdyby tak postawić się z drugiej strony? Dla Hindusa to normalne, taki tłum, a turysta to zawsze ciekawy obiekt, równie ciekawy, jak ciekawy on jest dla turysty. Kilku dziadków zaproponowało nam wczoraj wypalenie z nimi czegoś w rodzaju shishy z palonym węglem w środku, nie mam pojęcia, co to było. Ale dziadkowie byli w iście szampańskim nastroju!

20170805_183224.jpg

Haridwar trzeba zobaczyć, trzeba wstąpić w to, co się dzieje na ghacie Har-ki Pairi (a może Har-ki Pauri), głównym miejscu do świętych kąpieli. Dziesiątki straganów z dewocjonaliami, restauracje, hotele w samym środku miasta, w samym środku… skrajnej biedy. Z obu stron miejsce to otoczone jest obozowiskiem mieszkalnym „namiotów” ludzi z dnia na dzień żyjących w skrajnych warunkach przeżycia. Trudno to zrozumieć, jeśli cokolwiek można tu rozumieć. Skrajna bieda u stóp Boga, dosłownie, nazwa tego miejsca oznacza odcisk stopy Boga Wisznu, a sam Haridwar to brama, drzwi do Boga (Hari).

Takie było moje odczucie w pierwszy dzień.

20170805_163916.jpg

Drugi dzień, gdy mózg odpoczął, jest już inny, normalny. Przecież to wszystko jest oczywiste, przecież to są właśnie Indie. Przecież w gruncie rzeczy nic się nie dzieje. Ktoś patrzy, ale ja ta też patrzę, wszystko napiera na mnie z każdej strony ulicy, ale ja jestem częścią tego wszystkiego. W barze nikt za bardzo nie reaguje na mnie. Podoba mi się, że mogę trochę rozlać wodę, gdy nalewam z dzbanka do kubka, że mogę jeść rękoma, że jedzenie jest tak tanie, a tak pyszne (30 rupii/2 zł za paranthę poniżej), podoba mi się, że jest tak głośno. Uwielbiam gestykulację Hindusów, ona tak wiele wyraża, hindi nie wystarcza, angielski podobnie, nowa ciała jest numerem jeden w komunikacji tutaj. W gruncie rzeczy lubię ten teatr, w którym łatwo nauczyć się swojej roli.

20170806_131423

I to tylko jedna strona Haridwaru, daleko od głównego ghatu jest centrum miasta, obfitujące w księgarnie i aśramy… Dla kogo jest to miasto? – dla wszystkich. A głównie dla tych, którzy boją się Indii. Bo nagle okazuje się, że nie ma się czego obawiać.

20170805_163555.jpg

Himalaje i ich mistrzowie

Himalaje są nie tylko siedzibą śniegu, ale od setek lat są domem jogicznej mądrości i duchowości otwartej dla milionów ludzi, niezależnie od ich wyznania i pochodzenia. – swami Rama

2

Jeszcze tylko kilka dni i kilkanaście godzin zostało do naszego wylotu w Himalaje, a dokładniej do Chota Char Dham. Lecimy do Delhi, a potem wyruszamy do Haridwaru, dosł. Brama/Drzwi (do) Hariego (przydomek Kriszny), a szerzej – brama w Himalaje. Wracamy przez Rishikesh (mapa trasy na zdjęciu poniżej). Mniej więcej wszystko jest zaplanowane – mniej więcej, bo z uwagi na ochoczo aktywną porę deszczową, jesteśmy otwarte na wszelkie modyfikacje i nieprzewidziane spotkania, które po drodze się wydarzą. Jedną z moich ulubionych tradycji filozoficznych była zawsze filozofia dialogu. Lecz nie byle jakiego dialogu, bo dialogu w pełni tego słowa znaczeniu, czyli dialogu jako sytuacji egzystencjalnej, w której Prawda ujawnia się jakby–pośrodku między rozmówcami, całkowicie otwartymi na tę rozmowę… Zresztą w tym chyba leży istota jogi – przekazie prosto z umysłu mistrza (niekiedy nawet bez medium słowa) wprost do serca ucznia pewnych treści, które transformują umysł ucznia…

Ale po kolei, wyruszamy w ten oto poniżej przedstawiony sposób, a naszymi głównymi celami są oczywiście cztery miasta Chota Char Dham, czyli: Yamunotri, Gangotri, Kedarnath i Badrinath, oraz dwie bramy ku nim prowadzące, czyli Haridvar i Rishikesh. Ten ostatni zwany światową stolicą jogi! Część trasy pokonamy autobusami, a część pieszo (albo wpław Uśmiech ):

route map (strzałki)

Uttarkhand pilgrim mapp

Niedawno skończyłam czytać świetną książkę o himalajskich mistrzach spod pióra swamiego Ramy pt. Living with the Himalayan Masters (tutaj za darmo dostępny pdf), która utwierdziła mnie w przekonaniu, że nasza wyprawa ma jak najbardziej duchowy sens. Przeważnie możemy spotkać się z albo turystycznymi relacjami z pobytu w Himalajach, albo materiałem przedstawiającym jedynie powierzchowną stronę jogi i praktyki hinduizmu. W tej książce, bardzo osobistym pamiętniku, swami Rama opisuje swoje doświadczenia, nauki i różne przedziwne sytuacje, których doznawał, dorastając w Himalajach i pobierając nauki u joginów pochodzących z różnorodnych tradycji ascezy, praktyki, a nawet wiary hinduskiej (i tybetańskiej). Kilka cytatów:

Istotne jest to, by uczynić swoje życie twórczym i pomocnym innym, niemniej jednak zanim się to uczyni, trzeba wejść w bliższy kontakt ze swoją głębszą naturą i zdobyć kontrolę nad własnym umysłem, mową i czynami.

Wairagja (nie-przywiązanie) i abhjasa (praktyka jogi, uważność) oto skrzydła ptaka, który z łatwością wzlatuje ponad śmiertelny świat i zdąża w stronę nieśmiertelności. Wiele osób myli jednak przywiązanie z miłością. Jednak w przywiązaniu człowiek staje się samolubny i zainteresowany jedynie własną przyjemnością, używając miłości do złych celów. Przywiązanie buduje więzy, podczas gdy miłość tworzy największa wolność. Kiedy jogin mówi o nieprzywiązywaniu się, nie uczy wtedy obojętności, przeciwnie, chce przekazać naukę o szczerej i nieegoistycznej miłości do innych. Nieprzywiązywanie się – jeśli właściwie rozumiane – oznacza właśnie miłość.

Próbuj z całych sił! Lecz jeśli kiedykolwiek uczynisz coś, by pożywić własne ego, jeśli kiedykolwiek uczynisz  w sposób egoistyczny, spotka cię niepowodzenie. Oto moja klątwa!

Obudź w sobie silne pragnienie doświadczenia Prawdy. Jednak nie żyw w sobie egoistycznie pobudki do zdobywania rzeczy dla siebie. Pokonaj gniew, smutek i przywiązanie i praktykuj regularnie medytacje. Jedynie wtedy, gdy podejmiesz się sumiennego wykonywania tych czterech rzeczy, staniesz się doskonały.

Ludzki umysł jest potężnym magikiem. Za każdym razem, gdy tylko tego zapragnie, może przybierać podwójna formę – być zarówno demonem, jak i świetlistą istotą. Może być wspaniałym przyjacielem, jak i najstraszliwszym wrogiem, tworząc zarazem niebiosa i piekła. W nieświadomej części umysłu znajdują się tendencje-dyspozycje (samskary), które muszą być odkryte, którym należy stawić czoło, by – w końcu – je przekroczyć. Jedynie wtenczas oświecenie stanie się możliwe.

Pamiętaj, że ahinsa (niekrzywdzenie nikogo w myśli, słowie i czynie) jest najważniejszą zasadą i powinnością!

Chociaż Paul Deussen, Max Müller i Johann Wolfgang von Goethe oraz kilku innych pisarzy stworzyło książki o jodze i indyjskich systemach filozoficznych, to niezrozumienie i pomieszanie nadal panuje wśród zachodnich czytelników. Przed Annie Besant i sir Johnem Woodroffem ani jedna dobra książka nie została napisana przez badacza z Zachodu… [a można powiedzieć, że i po nich nie wiele dobrych książek na temat jogi się pojawiło].

Joga jest całkowitą re-integracją wszystkich poziomów mentalnych, zmysłu, emocji, instynktów i wszystkich wymiarów osobowości. Jest to proce stawania się pełnią.

DSC_0779

Niedawno trafiłam także na niezwykle frapujący artykuł prof. Piotra Augustyniaka dotyczący nowej możliwości interpretacji duszy w platońskim Fedonie. Dzieło to obiegowo uchodzi za – ustami Sokratesa – udawadniające nieśmiertelność duszy w jej tzw. metafizycznym rozumieniu jako będącej indywidualnym, myślącym i odrębnym od otoczenia podmiotem, można powiedzieć – ukonkretnieniem uniwersalnej (zdolności do posiadania) świadomości w danym ciele. A gdyby tak, co prof. Augustyniak proponuje, spróbować na słowa i intencje Mistrza (Sokratesa) spojrzeć inaczej? – A wtenczas dusza ukazałoby siebie jako: (1) życie, które ożywia każdą istotę, czyli jest samą li tylko zasadą życia, a nie istotą żyjącą (świadomą) – indywidualnie ukonkretyzowanym podmiotem; oraz (2) jako phronesis, czyli czysty ogląd, i tutaj prof. Augustyniak podaje piękną definicję roztropności:

(…) czysty ogląd tego, co wieczne, który osiąga się przez skupienie duszy w sobie samej (sama w sobie jest bowiem tym oglądem!)

Ad rem zatem! Jak to się ma do Himalajów i jogi? Wbrew pozorom, psychologia jogi nie zakłada istnienia istoty-podmiotu, który istniałby niezależnie od otoczenia i który przechodziłby do kolejnego życia. Owszem, joga klasyczna (Jogasutry) i przedklasyczna (Bhagawadgita) głosi teorię reinkarnacji, czyli ponownych narodzin, jednak to nie konkretna osoba się odradza, a dokładnie – przywdziewa nowe ciało. Przechodzi natomiast tzw. dżiwa, a to pojęcie w sanskrycie oznacza albo życie, albo zasadę życia, albo istotę żyjącą, lecz nigdy konkretny podmiot doświadczenia. Owszem, dżiwa przenosi w sobie zapis pamięciowy i dyspozycje emocjonalne (czyli tzw. karmana), lecz uświadomienie sobie, przypomnienie, tego zapisu dla zwykłego człowieka jest relatywnie niemożliwe. Innymi słowy – tym, co przechodzi do kolejnego życia zgodnie z teorią jogi, jest sama zasada życia, która posiada w sobie odpowiedni ładunek emocjonalno-wolicjonalny, to wszystko, wszelka konkretyzacja zanika. Podobnie z ową Sokratejską roztropnością (phronesis) coś podobnego jest obecnego i w jodze – najwyższa medytacja (dhjana), wychodząca poza doświadczenie ja-indywidualnego, jest samym tylko oglądem i zanurzaniem się w tej błogości… Na razie tyle z używania słów.

I tak oto zrodziło we mnie pewne wewnętrzne rozmyślanie: co jest moim głównym jogicznym, czy też soteriologicznym**, pytaniem, z którym jadę do Chota Char Dham? Nie jest nim ani zrozumienie jogi (chociaż to jest również bardzo interesujące), nie jest nim istota wyzwolenia (mokszy, nirwany, samadhi), nie jest nawet doświadczenie piękna i ogromu Himalajów, tego świętego dla każdego jogina miejsca. W pamięci ciągle rozbrzmienia mi pytanie, które Pani Profesor Joanna Sachse (indolog i tłumacz Bhagawadgity z sanskrytu na język polski) mi kilkakrotnie zadawała: co jest tym, co się wyzwala – co w człowieku jako istocie świadomej i zniewolonej w świecie sansary dokonuje aktu wyzwolenia? Coś w joginie, ale czym to owe coś jest? – voilà la question!

DSC_0534

*Piotr Augustyniak, „Fedon i „inna nowoczesność”. Między filozofią a lękiem przed śmiercią”, Kronos („Orfeusz. Hölderlin”), 4/2011, s. 174-183.

**Soteriologia to nauka o wyzwoleniu, o tym, czym ono jest, jakimi środkami można je osiągnąć, a także kto jest tą osobą, która osiąga wyzwolenie.