Chhattarpur Mandir w Delhi

20130101_074223.jpg

Każde przybycie do Indii ukazuje ten kraj w delikatnie innym świetle. To nie jest żadne odkrycie – z jednej strony Indie ulegają bezustannej zmianie, a z drugiej widz nie jest już ten sam. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć Indie, nie wiem, czy ktokolwiek je rozumie, może sam Wisznu bądź Śiwa… Indie są tak niezwykle zróżnicowane, ale mam wrażenie, że wiele odcieni tej mozaiki wyraża się/siebie w hindi, który choć jest językiem głównym Indii, to delikatnie modyfikowanym w zależności od regionu, a z drugiej strony w kuchni – w każdym miejscu ta sama potrawa jest delikatnie inna, dodana inna przyprawa, inne warzywo, inaczej ciasto wyrobione… Nie ma dwóch takich samych czajów. Jakby Indii nie trzeba było rozumieć, ale czuć każdym z 5 zmysłów, bo każdy tutaj aktywnie uczestniczy w doświadczeniu rzeczywistości. Jest to równie męczące, co fascynujące.

Przylot do Delhi z Dubaju liniami Air India przebiegł zupełnie według planu: na czas, podwójny posiłek na pokładzie samolotu, kilka nowości kinematografii indyjskiej i światowej do zobaczenia w małym ekranu przed siedzeniem. Ja wybrałam nie tak już bardzo nowy, ale nadal nowy, „Raees” z moim ulubionym Shah Rukh Khanem. Film ma różne opinie, w każdym razie nie jest to typowy Bollywood. Indie nie są tak bardzo kolorowe, a miłość nie okazuje się znajdować w centrum akcji. Tym bowiem jest… trudno do końca powiedzieć co: biznes, który stoi ponad wszystkim, nawet ten drobny. Ale pozostaje jeszcze: rodzina, polityka, wiara, nauka, zaangażowanie społeczne… w gruncie rzeczy akcja filmu nie jest tak przejrzysta i jednoznaczna. Jak Indie. Jak człowiek. Wczoraj ze znajomym, który żyje w Delhi, rozmawiałam o tym, co jest najwcześniejsze według niego dla Hindusa/ski? O Gudżaracie, w którym toczy się akcja filmu, krąży przekonanie, że biznes, każdy, jakikolwiek: mały, wielki, legalny, mniej oficjalny, a potem rodzina i devotion – choć tak naprawdę nie był tego pewien. A reszta Indii – rodzina chyba, bo to bezpieczeństwo. Ale pieniądz też jest ważny. I Bhagawadgita. Ta podstawa hinduizmu i jogi. Nie każdy ją tu czyta, prawie nikt w sanskrycie, ale gdzieś tam w zakamarkach ducha rezonuje.

W Delhi znajduje się bardzo ciekawa i piękna świątynia Chhattarpur Mandir. Naprawdę warta zobaczenia. Jest to kompleks 4 świątyń rozciągnięty na dość przepastnym terenie. Nie są to stare świątynie, ale nie jest to też świeży hinduizmu, jak na przykład świątynia Shivoham w Bangalore. Mnie najbardziej podobał się Markandeya Mandir z ogromną salą do różnego rodzaju celebracji świat oraz do… odpoczynku (panuje tu cisza i chłód). Główny altar składa się ze kilku posągów, głównego ukazania Bogini Matki, oraz przybocznych podwójnych bóstw: z jednej strony energia kreacji i boska świadomość, pierwiastek męski i żeński wzajemnie się przenikają w jednym bycie, a z drugiej strony zniszczenie i tworzenie. Ta podwójność wchodzi jednak ma teren tantry i jogi, o tym kiedy indziej (a więcej w książce).

20130101_073104.jpg

Blisko tego hallu znajduje się Shiva Gauri Nageshvar Mandir – świątynia poświęcona Władcy Nagów Śiwie i jego Małżonce (o imieniu np. Gauri). Władca czy też Pan Nagów to jest dopiero… joga! W tym przypadku nie są to po prostu węże, zresztą dla Indii wąż nie jest tylko niebezpiecznym stworzeniem, to także skarbnica wiedzy, strażnik inicjacji… internalizacja i aktywacja energii kreacyjnej, ale też i nie do końca…

I wielka postać Hanumana…:

20130101_072415

A teraz ponownie Haridwar i jego „dziki hinduizm”, jak ja ten fenomen aktywności indyjskiej duchowości w tym świętym miejscu dla Indii nazywam.

20170805_183204.jpg

BARDINATH i KEDARNATH – pielgrzymka do wnętrza siebie

DSCN1375

Nie było łatwo dotrzeć do Kedarnath, świątyni wzniesionej na ponad 3500 m. w Himalajach. Patrząc z perspektywy: oczywiście widoki były piękne, towarzystwo wspaniałe (idąc tyle kilometrów naturalnym jest, że rozmawiamy z innymi pielgrzymami, trochę zdziwionymi na nasz widok), a przekąski (samosy i czaj) wyśmienite. Jednak wysokość, ciągłe wchodzenie pod górę i ciężkość oddechu, a u mnie ból w udach (z sercem nigdy nie mam problemów) w pewnych momentach stawały się nieznośne. Odbierały nadzieję: 22 kilometry bezustannej, nieprzerwanej, raz skąpanej w deszczu i błocie, a raz w palącym słońcu pielgrzymce. Lecz człowiek szedł dalej. Nie do świątyni, nie dla widoków, ale… to są Himalaje, to święte, subtelne, miejsce, w którym przed wiekami narodziła się joga. I jak głoszą legendy, przestrzeń ta wypełniona jest mocą ascezy i dobrej energii.

To nie była tylko wędrówka, ale ogromna walka ze sobą: można wrócić, można wynająć w którejś z mijanych wiosek nocleg, można wynająć kucyka czy nawet kupić przelot helikopterem. Jednak nie o to chodzi. Nie po to człowiek pół świata leci, jedzie przez połowę północy Indii po wijących się wąskich jezdniach himalajskich dróg, by teraz poddać się, bo ciało buntuje się. 22 kilometry wspinaczki i po 10 godzinach nagle ukazuje się świątynia, piękna, ocalała po ogromnej powodzi z 2013 roku, która zabiła tysiące pielgrzymów i zalała błotnistą wodą okoliczne wsie z ich domami.

DSCN1450

Do Badrinath dostęp jest dużo łatwiejszy, wystarczy wynająć biały jeep i wytrzymać jazdę po kręcącej się do granic jezdni w samochodzie, który skacze jak zabawka. W tym miejscu medytacja przynosi niebywałe efekty. Nie jest to dziwne, tereny są przepastne, niekończące się i piękne, a chmury, które otaczają człowieka, tworzą fenomenalną atmosferę. Rano dosłownie można chodzić w chmurach, a nawet po chmurach!

Człowiek na to wszystko patrzy, dwie z kilku głównych świątyń hinduizmu a zarazem ważniejsze miejsca jogi, i rozumie. Powoli, delikatnie, systematycznie zaczyna pojmować i odczuwać, że świątynia, do której idzie… to nic innego jak आत्मा हृदये स्थितः (czyt. atma hridaje sthitaha) – w jego własnym sercu obecna świętość. Jednak czym to serce jest? Człowiek powoli zaczyna odczuwać, że ta nieskończona i piękna przestrzeń wkoło jego ciała i umysłu jest i wewnętrzną rzeczywistością.

Teraz czas na Gangotri i Yamunotri.

DSCN1392

Święto Naag panchami i boska energia w joginie

DSCN3040

Kilka dni temu (27 lipca 2017, chociaż Indie nie są spójne w datowaniu tego święta), odbyło się Naag Panchami (tutaj). Zaiste dziwny i niezrozumiały dla umysłowości pozaindyjskiej rytuał. Niby jest to święto ku czci Władcy i Pana Węży – Ananty (Nieskończoność), zwanego także Śesza (Reszta), lecz… Dziwne imię! Nieskończoność i to, co z niej pozostaje – to jest dopiero zagadka matematyczna. Władca węży czczony jest w kulcie oddawanym indyjskim wężom, głównie kobrom.

DSCN3047

Ów przewspaniały Śesza-Ananta jest istotą jak najbardziej doskonałą, dobrą i ze wszechstron idealną, ba – na Ziemi inkarnował na przykład w postać Patańdżalego, kodyfikatora jogi, który swoje pouczenia zawarł w słynnych Jogasutrach (tutaj najwspanialsze tłumaczenie dostępne na rynku światowym, i jest nasze, polskie, dr. Leona Cyborana, przedwcześnie zmarłego w wypadku indologa i jogina). Leżąc na ogromnym oceanie, który poprzedza moment kreacji wszechświata (czy też go transcenduje), na swoim ogromnym ciele Śesza-Ananta utrzymuje boga Wisznu. Bóg Wisznu-Narajana pozostaje pogrążony w kosmicznym śnie, porównywanym niekiedy do stanu najwyższego jogicznego wchłonięcia, samadhi.

DSCN03251

Niby jest to święto ku czci tego boskiego węża, ale jego potęga nie spoczywa jedynie w przestrzeni pozaświatowej. Jogin tradycji hatha-jogi (chociaż nie tylko) w drodze długiego i niebezpiecznego procesu pod okiem mistrza odkrywa tę moc w sobie, gdzieś w głębiach swojej subtelnej konstytucji cielesno-mentalnej. Miejsce to zwane jest przestrzenią wspierającą podstawę, muladhara czakrą, w żaden sposób nie jest to jednak przestrzeń fizyczna (podstawa kręgosłupa), a jakby jej subtelny (sukszma) korelat. Jest to jednak nauka sekretna, tu i tam w małym kawałeczku ujawniona, lecz zakodowana w milionie symboli. Bez mistrza, który pełni rolę opiekuna i drogowskazu, tej potęgi nikt nie budzi. Zagrożenie jest bowiem dosłownie śmiertelne. Przebudzenie, obudzenie czy tez pobudzenie tej kosmicznej energii nie równa się jednak przebudzeniu rozumianemu jako oświecenie, nirwana, czy wyzwoleniu, mokszy  – do tego (nad)stanu droga pozostaje niezwykle daleka i usłana ogromną ilością przeszkód. I tak też mówią dwa niezwykle ważne teksty jogiczne datowane na czasy po XV w. (tutaj datowanie jest płynne): Hathajoga-pradipika i Widżniania-Bhairawa-Tantra. Hathajogapradipika (HJP) Lampa hatha-jogi, główny podręcznik współczesnej praktyki jogicznej, wychwala i wielbi jogę królewską, radżajogę (jogę spisaną przez Patańdżalego), jako najdoskonalszą postać nauki jogicznej, o sobie mówiąc jedynie tyle, że jest zaledwie wstępem do zaawansowanej praktyki opiewanej przez Patańdżalego. Asany, pranajamy, mudry  i bandhy w HJP tak obficie opisane są istotne, lecz na gruncie celu jogi (joga-artha) są tylko pierwszym krokiem. Celem jogi jest bowiem samadhi. Stan jakby nad-świadomości, nad-indywidualności, ponad-czasoprzestrzenności… Widżniania-Bhairawa-Tantra (WBT), Tajemne Pouczenie Bhairawy (o) Niedualnej Świadomości, to z kolei relatywnie niedawno, bo wiek temu, odkryty tekst tantryczny (śiwaickiej jogicznej tradycji trika). Bardzo bardzo zagadkowy i praktycznie nie do rozkodowania tekst!

DSCN3048

Patańdżali nic nie wspomina o owej potężnej energii, śakti, równie tworzącej, co niszczącej, ożywającej samego Śiwę (Bhairawa jest przydomkiem Śiwy), Mistrza Jogi, w indyjskich wierzeniach boga nad bogami, podobnie jak Wisznu-Kriszna (Patańdżali mówi z kolei o mocy (śakti) widza… w tym momencie pojawiłby się nam rozległy wykład filozofii jogi). Owa Dewi, Bogini władająca całym kosmosem, jest w pewien sposób obecna także w ciele każdej świadomej istoty. Nie będę przytaczać tutaj wykładni mitologiczno-śaktyjskiej, zacytuję jedynie dość wymowne fragmenty HJP i WBT:

DSCN3049

Zaiste, poprzez łaskę guru śpiąca i posiadająca zwinięty kształt (kundali) jest budzona, wtedy wszystkie lotosy [czakry] i łodyżki [subtelne kanały] również są otwierane. (HJP III.2)

Podobnie jak kluczem otwiera drzwi z wysiłkiem, tak samo jogin [z wysiłkiem] poprzez kundali otwiera wrota do wyzwolenia. (HJP III.105)

[Opowiedz mi] O tym stanie wolnym od czasu i przestrzeni, wyzbytym wszelkiej definicji i charakterystyki [zwanym Bhairawa-Śiwa]. (WBT 22)

Te [centra] powinny być przebite/otwarte/wyważone, a wyzwoliwszy się od materialnego i subtelnego [ciała], staje się niczym Śiwa [tj. w samadhi]. (WBT 30)

DSCN3055

Dla hindusa-jogina joga to kunsztowna kontrola prany, ujarzmienie siebie poprzez ujarzmienie prany. Prana natomiast zgodnie z HJP i WBT wchodzi w ścisłą korelację z energią o zwiniętej postaci na kształt węża. Bez mistrza jednak ni rusz! I oto jest powód, dla jakiego te dwa teksty (jak i reszta literatury hatha-jogi i tantry) milczy w  temacie szczegółowego opisu tej energii. Wierzenie hinduizmu nie byłby sobą, gdyby nie obfitowały w różnorodne legendy dotyczące nagów, czyli węży. Właściwie, jest to temat bardzo rozbudowany i posiadający rozbudowaną mitologię. Dla przykładu młodziutki Kriszna odtańczył niemal śmiertelne ruchy na głowie naga Kaliji, który zatruwał wody wioski, w której Kriszna się wychowywał. Wąż obiecał nie szkodzić już ludziom, a jogini uważają ten taniec Kriszna za poskromienie niższego-ja istoty świadomiej, czyli akt ściśle inicjacyjny w głębsze nauki.

Banaras1

Himalajskie centra sztuki kulinarnej…

… wprost kocham! Zaplecze kuchenne może nie jest okazałe, wnętrze nie jest wystawne, ba! – ten przybytek często nawet nie jest czysty (jeśli w ogóle jest!), kucharz może i nie pobierał nigdzie nauk, ale kuchni himalajskiej na pewno nie można odmówić serca i smaku. Cóż, Himalaya Coffee Centre za Badrinath w ostatniej indyjskiej wiosce Mana, gdzie zaraz Tybet (moje marzenie!) otwiera swoje przestrzenie:

DSCN0941

A obok – na trasie między domami mieszkalnymi a świątynią Ganeśi i jaskinią mędrca Wjasy – inne rzeczy codziennej potrzeby:

DSCN0942DSCN0984DSCN0985DSCN0986

Za co lubię takie miejsca? Za każdym razem czaj ma inny smak, niby za każdym razem składniki są podobne, ale inna ręka i inne wyczucie je przyrządzają. Centra gastronomiczne rozpostarte są na całej długości każdej trasy, oferując tym samym wytchnienie, gdy człowiek idzie i idzie. Wystarczy usiąść, zamówić czaj, ciasteczka, samosy czy inne drobne zakąski, i po prostu je spożywać. Nic człowieka nie goni, niczego nie trzeba pilnie skończyć, jest tu-i-teraz.

DSCN1033

I czego tutaj pragnąć więcej, skoro wszystko jest? Jest gdzie wysuszyć pranie (pada tutaj obficie), jest, gdzie usiąść, ciasteczka są, wspaniałe towarzystwo również…:

DSCN1192

DSCN1190

I inne zdjęcia z Badrinath (trochę pochmurno wtedy było):

DSCN0833DSCN0852DSCN0993DSCN1015DSCN1022DSCN1058DSCN1059DSCN1065DSCN1091

DSCN1024

A tymczasem na trasie do przepięknej świątyni w Kedarnath:

DSCN1326

Czaj jest jednak do życia niezbędny! Nawet jeśli idzie się na darśan do Boga.

DSCN1463

A idzie się, zaiste, długo – 22 kilometry (z Sonprayag do Kedarnath) górskiej trasy, gdzie dech w piersi wysokość zapiera, nogi odmawiają posłuszeństwa, bo ciągle w pod górę kolana zmuszane są iść, czasem słońce, czasem deszcz Puszczam oczko (mój ulubiony Bollywood), a końca nie widać. Człowiek jednak nigdy nie idzie sam. Jest to pielgrzymkowa trasa i mimo iż kilka lat temu ogromna powódź zabiła setki osób, to hindusi nieustraszenie podążają na spotkanie z Śiwą, panem (natha) Kedar. A hindusi bardzo rozmowni, towarzyscy i pomocni są…

DSCN1281DSCN1283DSCN1329DSCN1407DSCN1408DSCN1445DSCN1496

Na zdrowie (tak ze stolicy jogi w Rishikeshu)!

DSCN0646

I ulice Haridwaru, gdzie pyszny zestaw obiadowy można już za 30 rupii (1,80 zł) kupić. Pali podniebienie, syci i daje radość – czego chcieć więcej?

DSCN1846

RISHIKESH_1, czyli stolica jogi tout court

20160804_143023

Pamiętam jeden poranek w aśramie Paramarth Niketan w Rishikeshu. Bardzo wyraźnie. A nawet dwa poranki, bo podobne były do siebie. Pewnie zdarzyło się ich i więcej, ale nie zwróciłam na nie uwagi – było za wcześnie, a Indie były jeszcze nazbyt głośne i nękające mój spokój. Nazbyt obce, mówiąc krótko. Drugi tydzień pobytu, czego więc się spodziewać? – tym bardziej, że ciało jeszcze nie słuchało woli, a zajęcia jogi o 6:00 rano dopiero się zaczynały.

20160729_15460420160729_15461620160729_15480620160729_15482220160730_08005320160730_11362020160730_12000020160730_13032820160803_150155

6:00 rano jest idealną porą na jogę, bo wszystko dopiero budzi się do życia, jest rześkie, ciche, świat jeszcze nie zaczął swojej gonitwy, a żołądek jest na czczo – taka delikatna asceza jest energetyczna.

20160803_183148

A potem człowiek z radością biegnie do aśramowej stołówki, by jeść śniadanie i pić czaj (10 rupii, czyli jakieś 60 gr), co u mnie oznaczało – zagryzać czaj gulab jamunem (10 rupii), kocham! Niczego nie kocham po jodze (i nie po jodze) tak mocno jak jedzenie – gotowanie i konsumowanie! No dobra, kocham jeszcze filozofię (w tym muzykę) i sanskryt (hiszpański i francuski też).

20160731_075025

20160803_090718

20160804_155403

20160803_133712

Przed świtem wszystko jest lepsze! Warto więc czasem zerwać się skoro przed-świt i spojrzeć na świat i siebie z innej perspektywy. Powąchać świat o poranku, to inny zapach. Posłuchać jego odgłosów, które za dnia nie są już obecne. Pójść na jogę na czczo. Pomedytować, patrząc w głębię swojego serca i dostrzegając, co w danej chwili tam się wydarza, bo wydarza się co innego niż za dnia się objawia.

20160804_131301

20160804_150432

20160731_111719

Krowy są cudowne, trochę jak psy. Lubią być głaskane i ogólnie – traktowane z czułością.

20160802_114439

Śri Ganga-ji

Śladami jogina w pielgrzymce do Kedarnath

20160813_134716

Droga do Kedarnath, być może najbardziej czczonej świątyni Śiwy, jest 22 kilometrowym trekkingiem, który punkt wyjścia znajduje w dość nieśmiałej i maleńkiej mieścinie Sonprayag, składającej się z jakichś 4 hosteli, 2 razy większej liczby restauracji (w cudzysłowie rzecz jasna), punktu wynajmowania koni i chatki sadhu, do której oczywiście nie omieszkałam wejść. I to mniej więcej tyle. Jeśli ktoś pragnie większej wygody, to może cofnąć się kilometr i w Sitapur spotka go więcej atrakcji. By przejść te 22 kilometry do Kedarnath, najlepiej wyjść około 7 nad ranem. Można także wynająć konia, a dokładniej kucyka (1900 rupii), lub helikopter (3500 rupii), jednak wprawny jogin woli pielgrzymkę. Początkujący także, bo trasa do Pana (natha) Kedar przyjmuje formę inicjacji. I tak oto 21 kilometrów czystej górskiej wędrówki się rozpoczyna:

20160814_161851

Na szlaku można spotkać oczywiście konie, psy, krowy, sadhu (na pomarańczowo to śiwaici, w białych koszulkach to wisznuici, przeważnie tak jest, choć reguły bywają zmienne, niemniej jednak sadhu doskonale rozpoznają swoje powinowactwo), lokalnych mieszkańców, którzy żyją w pobliskich wioskach oraz oczywiście H/hindusów, jeden z nich nawet szedł z flagą indyjską, być może dlatego, że dziś jest Święto Niepodległości w Indiach. Szedł także jeden jogin.

FB_IMG_1471264669599

 

 

 

 

 

Trasa obfituje w różne wodospady, pozostałości po niedawnych obsunięciach skał, błota, kamieni itp. Spowodowane jest to bardzo obfitymi ulewami, które zdarzają się kilka razy dziennie. Wodospady także niekiedy znacznie wychodzą poza swoje pierwotne granice. Ale nic to jednak…

20160813_143440

Trasa bezustannie i ciągle, bez przerwy wije się w bezlitosną górę, 22 kilometry walki z własną słabością, a bój trwa około 12 godzin. Dla niektórych jest to ból fizyczny, coraz mniej tlenu boli coraz bardziej, dla innych ból mięśni, dla jeszcze innych walka z własnym umysłem, który mówi, że trasa jest za ciężka. Niemniej jednak w sukurs przychodzą dość gęsto umieszczone mini restauracje z chajem, samosami, snacksami itp.

20160813_144205

Zatem napiwszy się czaju, ruszamy przed siebie, za nami dopiero ok 5 kilometrów.

20160813_082506

Postój po kolejnych kilku kilometrach potrzebny, i po dość trudnym wodospadzie, którego barierki nie do końca były w stanie pełnić swoją rolę.

20160813_091140

Idziemy…

20160813_084115

Lecz teren zaczyna niemiłosiernie podchodzić w górę, w górę i jeszcze w górę, było dopiero początek.

Czas na postój, nawet dla psów:

20160813_151900

20160813_134416

Choć sadhu mają swoją domostwa skonstruowane na trasie, ale są one ściśle przypisane do danej grupy inicjowanych.

20160814_122259

Nadal idziemy:

20160812_151306

I jest! Po niemal 12 godzinach ciągłego podchodzenia pod górę siedziba dla Śiwy (w której figurki Kriszny, pięciu braci Pandu – Kriszna-Narajana oczywiście en face Ardżuny-Nary [więcej w poprzednim wpisie o Badrinath], ich żony Draupadi i matki Kunti także są umieszczone, kiedyś napiszę więcej).

20160813_172042

Manas (umysł) wygrał walkę z samym sobą i swoim pojazdem, czyli ciałem! Poranna pudża i można iść dalej. Bhagawadgita ma rację – największym wrogiem człowieka jest on sam, a także największym przyjacielem człowieka jest on sam – jego umysł, serce, ja, myśli, przekonania, temperament, tout court atman. I wracamy w dzień następny. A w trakcie postój na przesmaczne nudle, ale tak ostre. Makaron smażony na czerwonym chilli, doprawiony zielonym chilli i vinegret (tyle o nim wiem, nie widziałam składu). Pali jak największy asura! Dziewczynka jednak z taką lubością przygotowała, że nie wypada marudzić. Po tej inicjacji w serce Mistrza jogi nic już nie jest straszne… ani pikantne!

 

Z Badrinath (miejsca medytacji Wisznu) ku Kedarnath (ascezie Śiwy)

20160810_111644

Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu, wszystko z powodu tego, że święte miejsce ascezy Wisznu pod postacią Narajany, czyli Badrinath, jest niestety (albo właśnie stety) całkowicie odcięte od internetu. Nie ma co się dziwić, to przecież ponad 3000 m n.p.m. Dobrze, że cywilizacja tam w ogóle działa, a działa całkiem sprawnie: miasteczko dość skromnych rozmiarów, ale są aśramy, guest housy, hotele (!), restauracje (szczególnie smaczna Sardeshwar), apteki z mini szpitalem, mnóstwo krów i sadhu (powoli oswajam się z tą instytucją, na stałe wrośniętą w indyjską społeczność/kulturę, a nawet cywilizację).

20160806_101617-1

I ludzie… to zupełnie inne Indie niż te w Delhi, Bombaju czy Udaipurze, bardziej życzliwi, uśmiechnięci, nie tak pędzący, w końcu to góry i czasemtrochę brak tlenu (czego ja nie odczułam ani razu, ale chyba tylko ja…).

20160810_163443

Badrinath to bardzo ważne miejsce dla hinduskiej religii (dharmy), jogi, pielgrzymki i mitologii, to wręcz fundamentalne miejsce dla Mahabharaty (indyjskiego eposu, znacznie większego od dzieł Homera). To bowiem w Himalajach, w Badari aśramie, w pradawnych czasach Najwyższy Wisznu (przejaw absolutu-brahmana) w podwójnej postaci Nary (Człowieka) i Narajany (Boga), czyli w postaci dwóch świętych mędrców-ascetów, mocą ich boskiej jogi i medytacji utrzymywać święty i idealny porządek świata, dharmę. Inne ich wcielenie to Kriszna i Ardżuna, którzy mieczem bronią dharmę… Tyle mitologii, która dla hindusów jest bezustannie żywa i w żadnym razie nie ogranicza się do dawnych legend o bogach. Asceta zna te opowieści, jogin podobnie, jak i sadhu, co zresztą daje powód do pozytywnej dumy i stanowi punkt odniesienia w indyjskiej geografii i cywilizacji, a także życiu społecznym. Mitologia to serce Indii.

20160807_123326

Nie było łatwo dotrzeć do Badari aśramu, a obecnie świątyni Badrinath. Wyjechałyśmy z Rishikeshu o 5 rano, mając nadzieję, że po jakichś 13 godzinach dojedziemy. W trakcie trasy autobus zmienił się 2 razy, i chyba nie muszę mówić, że nie był to żaden autokar czy choćby w miarę przyjemny pojazd. Pewnie, że nie, ale to Indie, człowiek szybko przyzwyczaja się do tłumu, do wąskich i ciasnych siedzeń, z którymi szybko się skleja, do niezapachu starego silnika… Nie to było zaskoczeniem, ale coś, co powinno być logiczną oczywistością, skoro jedzie się wzdłuż gór, trasa coraz wyżej i wyżej – bezustannie kręta trasa w górę, w coraz wyższe Himalaje, niczym po spirali, w kółko i kółko. Idealna, by nabyć (a potem pozbyć się) choroby lokomocyjnej. Błędnik szaleje, żołądek głupieje, a plat przedczołowy pęka, lecz widoki przepiękne – kolejne mniejsze i większe szczyty, a w dole różne rzeki, czerpiące swoje źródło w Himalajach.

20160810_102024

Rozum też początkowo nie jest pewien, czy słusznie postępuje, że siedzi w tak pędzącym pojeździe – droga jest niezwykle wąska, czasem więcej niż metr, a czasem mniej, od przepaści, która wije się równolegle do trasy, czasem pozostałości po jakimś niedawnym odsunięciu się terenu (landslide), ogromnym błocie czy lawinie kamienie i głazów (rockslide), czasem trzeba zdecydowanym pędem przejechać przez jeden z tysięcy wodospadów, tryskających wprost z Himalajów (piękny widok). Nie każdy samochód czy autobus daje radę, dlatego najlepiej jest wynająć taxi-jeep (średnio mieści się w niej 15 osób plus bagaże). I nadal wić się w górę, skacząc niczym skakun, bo to jest chyba idealny opis sposobu jazdy jeepa w Himalajach, którym kieruje wprawny kierowca!

20160810_161711

Delikatny landslide widoczny u góry, a poniżej rockslide

20160810_104432

i przeprawa przez wodospad, tylko że najpierw trzeba chwilę pomyśleć, co dalej, bo jeden samochód nie dał rady i stoi w samym środku wodospadu, tamując przejazd:

20160805_175121

No nic, jedziemy na pełnym gazie:

20160805_175419

A poniżej widok taki:

20160805_175422

Zaczynam powoli rozumieć, dlaczego Mahabharata jako jedną z idealnych postaw jogi proponuje – styl życia na wzór węża adżagary… Tyle że busy i taksówki nie jadą wcale wolno, można nawet powiedzieć, że pędzą jak oszalałe i dość sprawnie wymijają się na tej i tak już wąskiej drodze.

20160810_102029

Po pewnym czasie rozum oswaja się i nie widzi w tak swoistej trasie nic niebezpiecznego, skupia się na zawierających dech w piersiach widokach i myśli, niekiedy znajdując się w kontemplacji (dhjanie) tym bardziej, że szybko pędzące rzeki wyprzedzają bieg/strumień myśli (czitta-writti). W Badrinath ktoś powiedział, że Himalaje same w sobie, ich kontemplacja, wprowadza w stan jogi, jedności…

20160810_111653

Dotarliśmy na miejsce, cała nasza 15 w całości, po 20.00, a patrząc na całość naszej podróży z Rishikeshu, która miała trwać 13 godzin, a trwała 15, dość sprawnie to wszystko poszło. Szybkie zameldowanie się w aśramie i kolacja:

20160805_191357-1

I śniadanie:

20160806_103823

A w następny dzień wizyta w świątyni (fotografia w środku zabroniona):

20160806_100204

A wieczorem aar(a)ti, czyli puja na dobranoc dla Nary i Narajany: przy wspólnym intonowaniu hymnów wedyjskich figurki są rozbierane, a następnie odkrywanie kocem na noc, by o 4 zostać ubrane i przyozdobione, będąc w ten sposób gotowe na nowy dzień. Kapłan podczas wieczornej pudży rozdaje najbliżej usadzonym bardzo cenny wieniec z tulsi, idealnie nadawającej się do herbaty. Jeden taki wieniec dość łatwo zdobyłam, bo mój nepalski „przewodnik” odpowiednio mnie wprowadził i przedstawił głównemu braminowi, który wpuścił mnie pod samo sanctum sanctorum. W następne dni były wyprawy w inne święte miejsca, o których kiedy indziej, oraz rozmowy, dużo rozmów, o których również kiedy indziej.

A potem wyjazd z Badrinath

równie narowistą trasą i taxi po równie niepewnym terenie, co przyjazd.

20160810_103118

Lecz trasa przy Lambagad (20 km od Badrinath) została zamknięta i trzeba było nałożyć niemal 20 kilogramowe plecaki na siebie, zebrać w sobie siły i razem z Hindusami, pogodzonymi z życiem, iść 3 kilometry bardzo w górę i ślisko w dół, w słońcu, przy ponoć małej ilości tlenu (czego nie czuję).

20160810_105508

I balansować, napinając niekiedy mięśnie do granic, i nie myśleć, że to i owo trzeba jeszcze pokonać, a nie wiadomo, co zaraz się wydarzy – czysta joga! Przejście przez himalajską dżunglę trwało prawie 2 godziny. Potem złapanie taxi do Joshimat, a następnie busu do Rudraprayag. Jak się okazało, bus dojechał do Karnaprayag, więc ponownie skaczącą niczym skakun taxi trzeba było wziąć.

20160811_105302

Dlaczego nie bus dojechał, dlaczego tyle przesiadek? – właśnie z powodu land i rockslides, które ciągle drogę blokują, o czym zresztą policja smsami zawiadamia (przed wyjazdem w te tereny trzeba się darmowo na dworcu w Rishikeshu zarejestrować, podając także nr telefonu).

20160811_113324

I tak oto jest Rudraprayag (u góry i poniżej)

20160811_092418

i wyczekiwanie, czy aby jutro autobus w stronę Kedarnath ruszy… I dalsza trasa: