Himalajskie centra sztuki kulinarnej…

… wprost kocham! Zaplecze kuchenne może nie jest okazałe, wnętrze nie jest wystawne, ba! – ten przybytek często nawet nie jest czysty (jeśli w ogóle jest!), kucharz może i nie pobierał nigdzie nauk, ale kuchni himalajskiej na pewno nie można odmówić serca i smaku. Cóż, Himalaya Coffee Centre za Badrinath w ostatniej indyjskiej wiosce, gdzie zaraz Nepal otwiera swoje przestrzenie:

DSCN0941

A obok – na trasie między domami mieszkalnymi a świątynią Ganeśi i jaskinią mędrca Wjasy – inne rzeczy codziennej potrzeby:

DSCN0942DSCN0984DSCN0985DSCN0986

Za co lubię takie miejsca? Za każdym razem czaj ma inny smak, niby za każdym razem składniki są podobne, ale inna ręka i inne wyczucie je przyrządzają. Centra gastronomiczne rozpostarte są na całej długości każdej trasy, oferując tym samym wytchnienie, gdy człowiek idzie i idzie. Wystarczy usiąść, zamówić czaj, ciasteczka, samosy czy inne drobne zakąski, i po prostu je spożywać. Nic człowieka nie goni, niczego nie trzeba pilnie skończyć, jest tu-i-teraz.

DSCN1033

I czego tutaj pragnąć więcej, skoro wszystko jest? Jest gdzie wysuszyć pranie (pada tutaj obficie), jest, gdzie usiąść, ciasteczka są, wspaniałe towarzystwo również…:

DSCN1192

DSCN1190

I inne zdjęcia z Badrinath (trochę pochmurno wtedy było):

DSCN0833DSCN0852DSCN0993DSCN1015DSCN1022DSCN1058DSCN1059DSCN1065DSCN1091

DSCN1024

A tym czasem na trasie do przepięknej świątyni w Kedarnath:

DSCN1326

Czaj jest jednak do życia niezbędny! Nawet jeśli idzie się na darśan do Boga.

DSCN1463

A idzie się, zaiste, długo – 22 kilometry (z Sonprayag do Kedarnath) górskiej trasy, gdzie dech w piersi wysokość zapiera, nogi odmawiają posłuszeństwa, bo ciągle w pod górę kolana zmuszane są iść, czasem słońce, czasem deszcz Puszczam oczko (mój ulubiony Bollywood), a końca nie widać. Człowiek jednak nigdy nie idzie sam. Jest to pielgrzymkowa trasa i mimo iż kilka lat temu ogromna powódź zabiła setki osób, to hindusi nieustraszenie podążają na spotkanie z Śiwą, panem (natha) Kedar. A hindusi bardzo rozmowni, towarzyscy i pomocni są…

DSCN1281DSCN1283DSCN1329DSCN1407DSCN1408DSCN1445DSCN1496

Na zdrowie (tak ze stolicy jogi w Rishikeshu)!

DSCN0646

I ulice Haridwaru, gdzie pyszny zestaw obiadowy można już za 30 rupii (1,80 zł) kupić. Pali podniebienie, syci i daje radość – czego chcieć więcej?

DSCN1846

RISHIKESH_1, czyli stolica jogi tout court

20160804_143023

Pamiętam jeden poranek w aśramie Paramarth Niketan w Rishikeshu. Bardzo wyraźnie. A nawet dwa poranki, bo podobne były do siebie. Pewnie zdarzyło się ich i więcej, ale nie zwróciłam na nie uwagi – było za wcześnie, a Indie były jeszcze nazbyt głośne i nękające mój spokój. Nazbyt obce, mówiąc krótko. Drugi tydzień pobytu, czego więc się spodziewać? – tym bardziej, że ciało jeszcze nie słuchało woli, a zajęcia jogi o 6:00 rano dopiero się zaczynały.

20160729_15460420160729_15461620160729_15480620160729_15482220160730_08005320160730_11362020160730_12000020160730_13032820160803_150155

6:00 rano jest idealną porą na jogę, bo wszystko dopiero budzi się do życia, jest rześkie, ciche, świat jeszcze nie zaczął swojej gonitwy, a żołądek jest na czczo – taka delikatna asceza jest energetyczna.

20160803_183148

A potem człowiek z radością biegnie do aśramowej stołówki, by jeść śniadanie i pić czaj (10 rupii, czyli jakieś 60 gr), co u mnie oznaczało – zagryzać czaj gulab jamunem (10 rupii), kocham! Niczego nie kocham po jodze (i nie po jodze) tak mocno jak jedzenie – gotowanie i konsumowanie! No dobra, kocham jeszcze filozofię (w tym muzykę) i sanskryt (hiszpański i francuski też).

20160731_075025

20160803_090718

20160804_155403

20160803_133712

Przed świtem wszystko jest lepsze! Warto więc czasem zerwać się skoro przed-świt i spojrzeć na świat i siebie z innej perspektywy. Powąchać świat o poranku, to inny zapach. Posłuchać jego odgłosów, które za dnia nie są już obecne. Pójść na jogę na czczo. Pomedytować, patrząc w głębię swojego serca i dostrzegając, co w danej chwili tam się wydarza, bo wydarza się co innego niż za dnia się objawia.

20160804_131301

20160804_150432

20160731_111719

Krowy są cudowne, trochę jak psy. Lubią być głaskane i ogólnie – traktowane z czułością.

20160802_114439

Śri Ganga-ji

Śladami jogina w pielgrzymce do Kedarnath

20160813_134716

Droga do Kedarnath, być może najbardziej czczonej świątyni Śiwy, jest 22 kilometrowym trekkingiem, który punkt wyjścia znajduje w dość nieśmiałej i maleńkiej mieścinie Sonprayag, składającej się z jakichś 4 hosteli, 2 razy większej liczby restauracji (w cudzysłowie rzecz jasna), punktu wynajmowania koni i chatki sadhu, do której oczywiście nie omieszkałam wejść. I to mniej więcej tyle. Jeśli ktoś pragnie większej wygody, to może cofnąć się kilometr i w Sitapur spotka go więcej atrakcji. By przejść te 22 kilometry do Kedarnath, najlepiej wyjść około 7 nad ranem. Można także wynająć konia, a dokładniej kucyka (1900 rupii), lub helikopter (3500 rupii), jednak wprawny jogin woli pielgrzymkę. Początkujący także, bo trasa do Pana (natha) Kedar przyjmuje formę inicjacji. I tak oto 21 kilometrów czystej górskiej wędrówki się rozpoczyna:

20160814_161851

Na szlaku można spotkać oczywiście konie, psy, krowy, sadhu (na pomarańczowo to śiwaici, w białych koszulkach to wisznuici, przeważnie tak jest, choć reguły bywają zmienne, niemniej jednak sadhu doskonale rozpoznają swoje powinowactwo), lokalnych mieszkańców, którzy żyją w pobliskich wioskach oraz oczywiście H/hindusów, jeden z nich nawet szedł z flagą indyjską, być może dlatego, że dziś jest Święto Niepodległości w Indiach. Szedł także jeden jogin.

FB_IMG_1471264669599

 

 

 

 

 

Trasa obfituje w różne wodospady, pozostałości po niedawnych obsunięciach skał, błota, kamieni itp. Spowodowane jest to bardzo obfitymi ulewami, które zdarzają się kilka razy dziennie. Wodospady także niekiedy znacznie wychodzą poza swoje pierwotne granice. Ale nic to jednak…

20160813_143440

Trasa bezustannie i ciągle, bez przerwy wije się w bezlitosną górę, 22 kilometry walki z własną słabością, a bój trwa około 12 godzin. Dla niektórych jest to ból fizyczny, coraz mniej tlenu boli coraz bardziej, dla innych ból mięśni, dla jeszcze innych walka z własnym umysłem, który mówi, że trasa jest za ciężka. Niemniej jednak w sukurs przychodzą dość gęsto umieszczone mini restauracje z chajem, samosami, snacksami itp.

20160813_144205

Zatem napiwszy się czaju, ruszamy przed siebie, za nami dopiero ok 5 kilometrów.

20160813_082506

Postój po kolejnych kilku kilometrach potrzebny, i po dość trudnym wodospadzie, którego barierki nie do końca były w stanie pełnić swoją rolę.

20160813_091140

Idziemy…

20160813_084115

Lecz teren zaczyna niemiłosiernie podchodzić w górę, w górę i jeszcze w górę, było dopiero początek.

Czas na postój, nawet dla psów:

20160813_151900

20160813_134416

Choć sadhu mają swoją domostwa skonstruowane na trasie, ale są one ściśle przypisane do danej grupy inicjowanych.

20160814_122259

Nadal idziemy:

20160812_151306

I jest! Po niemal 12 godzinach ciągłego podchodzenia pod górę siedziba dla Śiwy (w której figurki Kriszny, pięciu braci Pandu – Kriszna-Narajana oczywiście en face Ardżuny-Nary [więcej w poprzednim wpisie o Badrinath], ich żony Draupadi i matki Kunti także są umieszczone, kiedyś napiszę więcej).

20160813_172042

Manas (umysł) wygrał walkę z samym sobą i swoim pojazdem, czyli ciałem! Poranna pudża i można iść dalej. Bhagawadgita ma rację – największym wrogiem człowieka jest on sam, a także największym przyjacielem człowieka jest on sam – jego umysł, serce, ja, myśli, przekonania, temperament, tout court atman. I wracamy w dzień następny. A w trakcie postój na przesmaczne nudle, ale tak ostre. Makaron smażony na czerwonym chilli, doprawiony zielonym chilli i vinegret (tyle o nim wiem, nie widziałam składu). Pali jak największy asura! Dziewczynka jednak z taką lubością przygotowała, że nie wypada marudzić. Po tej inicjacji w serce Mistrza jogi nic już nie jest straszne… ani pikantne!

 

Z Badrinath (miejsca medytacji Wisznu) ku Kedarnath (ascezie Śiwy)

20160810_111644

Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu, wszystko z powodu tego, że święte miejsce ascezy Wisznu pod postacią Narajany, czyli Badrinath, jest niestety (albo właśnie stety) całkowicie odcięte od internetu. Nie ma co się dziwić, to przecież ponad 3000 m n.p.m. Dobrze, że cywilizacja tam w ogóle działa, a działa całkiem sprawnie: miasteczko dość skromnych rozmiarów, ale są aśramy, guest housy, hotele (!), restauracje (szczególnie smaczna Sardeshwar), apteki z mini szpitalem, mnóstwo krów i sadhu (powoli oswajam się z tą instytucją, na stałe wrośniętą w indyjską społeczność/kulturę, a nawet cywilizację).

20160806_101617-1

I ludzie… to zupełnie inne Indie niż te w Delhi, Bombaju czy Udaipurze, bardziej życzliwi, uśmiechnięci, nie tak pędzący, w końcu to góry i czasemtrochę brak tlenu (czego ja nie odczułam ani razu, ale chyba tylko ja…).

20160810_163443

Badrinath to bardzo ważne miejsce dla hinduskiej religii (dharmy), jogi, pielgrzymki i mitologii, to wręcz fundamentalne miejsce dla Mahabharaty (indyjskiego eposu, znacznie większego od dzieł Homera). To bowiem w Himalajach, w Badari aśramie, w pradawnych czasach Najwyższy Wisznu (przejaw absolutu-brahmana) w podwójnej postaci Nary (Człowieka) i Narajany (Boga), czyli w postaci dwóch świętych mędrców-ascetów, mocą ich boskiej jogi i medytacji utrzymywać święty i idealny porządek świata, dharmę. Inne ich wcielenie to Kriszna i Ardżuna, którzy mieczem bronią dharmę… Tyle mitologii, która dla hindusów jest bezustannie żywa i w żadnym razie nie ogranicza się do dawnych legend o bogach. Asceta zna te opowieści, jogin podobnie, jak i sadhu, co zresztą daje powód do pozytywnej dumy i stanowi punkt odniesienia w indyjskiej geografii i cywilizacji, a także życiu społecznym. Mitologia to serce Indii.

20160807_123326

Nie było łatwo dotrzeć do Badari aśramu, a obecnie świątyni Badrinath. Wyjechałyśmy z Rishikeshu o 5 rano, mając nadzieję, że po jakichś 13 godzinach dojedziemy. W trakcie trasy autobus zmienił się 2 razy, i chyba nie muszę mówić, że nie był to żaden autokar czy choćby w miarę przyjemny pojazd. Pewnie, że nie, ale to Indie, człowiek szybko przyzwyczaja się do tłumu, do wąskich i ciasnych siedzeń, z którymi szybko się skleja, do niezapachu starego silnika… Nie to było zaskoczeniem, ale coś, co powinno być logiczną oczywistością, skoro jedzie się wzdłuż gór, trasa coraz wyżej i wyżej – bezustannie kręta trasa w górę, w coraz wyższe Himalaje, niczym po spirali, w kółko i kółko. Idealna, by nabyć (a potem pozbyć się) choroby lokomocyjnej. Błędnik szaleje, żołądek głupieje, a plat przedczołowy pęka, lecz widoki przepiękne – kolejne mniejsze i większe szczyty, a w dole różne rzeki, czerpiące swoje źródło w Himalajach.

20160810_102024

Rozum też początkowo nie jest pewien, czy słusznie postępuje, że siedzi w tak pędzącym pojeździe – droga jest niezwykle wąska, czasem więcej niż metr, a czasem mniej, od przepaści, która wije się równolegle do trasy, czasem pozostałości po jakimś niedawnym odsunięciu się terenu (landslide), ogromnym błocie czy lawinie kamienie i głazów (rockslide), czasem trzeba zdecydowanym pędem przejechać przez jeden z tysięcy wodospadów, tryskających wprost z Himalajów (piękny widok). Nie każdy samochód czy autobus daje radę, dlatego najlepiej jest wynająć taxi-jeep (średnio mieści się w niej 15 osób plus bagaże). I nadal wić się w górę, skacząc niczym skakun, bo to jest chyba idealny opis sposobu jazdy jeepa w Himalajach, którym kieruje wprawny kierowca!

20160810_161711

Delikatny landslide widoczny u góry, a poniżej rockslide

20160810_104432

i przeprawa przez wodospad, tylko że najpierw trzeba chwilę pomyśleć, co dalej, bo jeden samochód nie dał rady i stoi w samym środku wodospadu, tamując przejazd:

20160805_175121

No nic, jedziemy na pełnym gazie:

20160805_175419

A poniżej widok taki:

20160805_175422

Zaczynam powoli rozumieć, dlaczego Mahabharata jako jedną z idealnych postaw jogi proponuje – styl życia na wzór węża adżagary… Tyle że busy i taksówki nie jadą wcale wolno, można nawet powiedzieć, że pędzą jak oszalałe i dość sprawnie wymijają się na tej i tak już wąskiej drodze.

20160810_102029

Po pewnym czasie rozum oswaja się i nie widzi w tak swoistej trasie nic niebezpiecznego, skupia się na zawierających dech w piersiach widokach i myśli, niekiedy znajdując się w kontemplacji (dhjanie) tym bardziej, że szybko pędzące rzeki wyprzedzają bieg/strumień myśli (czitta-writti). W Badrinath ktoś powiedział, że Himalaje same w sobie, ich kontemplacja, wprowadza w stan jogi, jedności…

20160810_111653

Dotarliśmy na miejsce, cała nasza 15 w całości, po 20.00, a patrząc na całość naszej podróży z Rishikeshu, która miała trwać 13 godzin, a trwała 15, dość sprawnie to wszystko poszło. Szybkie zameldowanie się w aśramie i kolacja:

20160805_191357-1

I śniadanie:

20160806_103823

A w następny dzień wizyta w świątyni (fotografia w środku zabroniona):

20160806_100204

A wieczorem aar(a)ti, czyli puja na dobranoc dla Nary i Narajany: przy wspólnym intonowaniu hymnów wedyjskich figurki są rozbierane, a następnie odkrywanie kocem na noc, by o 4 zostać ubrane i przyozdobione, będąc w ten sposób gotowe na nowy dzień. Kapłan podczas wieczornej pudży rozdaje najbliżej usadzonym bardzo cenny wieniec z tulsi, idealnie nadawającej się do herbaty. Jeden taki wieniec dość łatwo zdobyłam, bo mój nepalski „przewodnik” odpowiednio mnie wprowadził i przedstawił głównemu braminowi, który wpuścił mnie pod samo sanctum sanctorum. W następne dni były wyprawy w inne święte miejsca, o których kiedy indziej, oraz rozmowy, dużo rozmów, o których również kiedy indziej.

A potem wyjazd z Badrinath

równie narowistą trasą i taxi po równie niepewnym terenie, co przyjazd.

20160810_103118

Lecz trasa przy Lambagad (20 km od Badrinath) została zamknięta i trzeba było nałożyć niemal 20 kilogramowe plecaki na siebie, zebrać w sobie siły i razem z Hindusami, pogodzonymi z życiem, iść 3 kilometry bardzo w górę i ślisko w dół, w słońcu, przy ponoć małej ilości tlenu (czego nie czuję).

20160810_105508

I balansować, napinając niekiedy mięśnie do granic, i nie myśleć, że to i owo trzeba jeszcze pokonać, a nie wiadomo, co zaraz się wydarzy – czysta joga! Przejście przez himalajską dżunglę trwało prawie 2 godziny. Potem złapanie taxi do Joshimat, a następnie busu do Rudraprayag. Jak się okazało, bus dojechał do Karnaprayag, więc ponownie skaczącą niczym skakun taxi trzeba było wziąć.

20160811_105302

Dlaczego nie bus dojechał, dlaczego tyle przesiadek? – właśnie z powodu land i rockslides, które ciągle drogę blokują, o czym zresztą policja smsami zawiadamia (przed wyjazdem w te tereny trzeba się darmowo na dworcu w Rishikeshu zarejestrować, podając także nr telefonu).

20160811_113324

I tak oto jest Rudraprayag (u góry i poniżej)

20160811_092418

i wyczekiwanie, czy aby jutro autobus w stronę Kedarnath ruszy… I dalsza trasa:

 

Sawan Shivratri i koniec tłumów w Rishikeshu

DSCN0625

Pierwszy sierpnia okazał się być zbawiennym dniem dla spokojnego życia Rishikeshu (nie wspominając o nas, w końcu można spokojnie chodzić po relatywnie wyludnionych ulicach). Już w Haridwarze tłumy śiwaitów wypełniały sobą (a nawet – przepełniały) całą przestrzeń: autobusy, drogi, miasta, zakamarki, świątynie, aśramy, hostele, dharamsale. W pewnym momencie drogi zostały całkowicie zamknięte dla samochodów, riksz  i taksówek. Wszystko po to, by autobusy przepełnione ponad granicę pielgrzymami, dojechały do Rishikeshu i Haridwaru. Mężczyźni różnego przekroju wiekowego, ubrani na pomarańczowo, z obrazkami Śiwy na koszulkach,  nabierali z Gangesu  wodę i nieśli ją piechotą do domu, by w świątyniach ofiarować ją Śiwie. Raz nawet dojrzałam kobietę, ubraną w zwyczajne (niepomarańczowe) sari, niosącą świętą wodę. Po dotarciu nad brzeg Gangesu, przed nabraniem do pojemników wody z rzeki, należy oczywiście dokonać rytualnej kąpieli w Gandze-ji. Zacna inicjatywa, ale ogromnie utrudniająca życie turysty.

DSCN0528

DSCN0547

Niemniej jednak wraz z początkiem sierpnia nastąpił koniec pielgrzymek, a dla mnie okazał się dniem w całości i zupełnie przypadkowo spędzonym w różnych miejscach związanych z patronem jogi, Śiwą. Najpierw pojawiła się możliwość uczestniczenia w południowej pudży dla Śiwy w Vanaprastha aśramie:

DSCN0507

Następnie darśana (widzenie/spotkanie) z Śiwą w Bhootnath świątyni i skromna prasada, czyli ofiarowanie posiłku dla boga, przejawiające się… spożyciem tego posiłku przez wiernego (tym razem był to ryż z bardzo pikantnym sosem, ale naprawdę ostrym):

DSCN0561

Bhootnath jest bardzo wysoką świątynią,  w połowie wspinania się po dość krętych schodach można przysiąść między czterema lingami Śiwy, obok głównej lingi, nad którą znajdują się dzwony (można nimi dzwonić):

bhoot

Po powrocie do aśramu naszym oczom ukazała się wstępna pudża z ofiarowaniem obiaty do ognia i recytacją hymnów wedyjskich (niezwykle pięknie i śpiewnie to brzmi):

DSCN0634

O godzinie 18:00 (do mniej więcej 19:00) jak co dzień odbywa się rytualne pożegnanie Słońca, polegające na tym, że h/Hindusi i turyści wspólnie siedzą na ghacie przy aśramie Parmarth Niketan:

aśram

i przyglądają się Gandze i powoli zachodzącemu słońcu, a wychowankowie aśramu i tutejsza mistrzyni jogi wyśpiewują/recytują wedyjskie wersety:

DSCN0579

Nim jednak Słońce zaszło, pod ghatem (można to tak powiedzieć) odbywała się kolejna pudża, oczywiście ku Śiwie:

DSCN0574

Na tym jednak koniec nie nastąpił, ponieważ zaraz po powrocie do aśramu w satsang hall (sali przeznaczonej na ogólne odczyty dewocyjne i pouczenia dla hindusów przyjeżdżających do aśramu), rozpoczęła dwugodzinna ofiara ku Śiwie polegająca na przyozdabianiu, polewaniu mlekiem i śpiewaniu przez wychowanków aśramu oraz ich opiekunów fragmentów Wed:

DSCN0620

Tak oto patron jogi w dzień swej nocy (ratri) został przeze mnie (nieświadomie) uczczony.

DSCN0490

A Ganga-ji w niewielkiej odległości od ghatów spokojnie kontynuuje swój wzburzony monsunem bieg poprzez dżunglę:

DSCN0638

Tajemna nauka Indii i jej wszechobecne podróbki

20160730_171320-1

Kolejny wpis zaczyna się zdjęciem patrona jogi, Wielkiego Jogina, Śiwy-Mahadewy… powodem jest chyba zbliżające się święto Sawan Śiwaratri (Sawan Shivratri)…

DSCN0404

Dziś napiszę trochę być może za mocno, może za bardzo zachodnim okiem oceniając, a może właśnie przeciwnie.

DSCN0353

Niedawno bowiem, pewnej pięknej i cieplej nocy, w parku otoczonym palmami, rozmawiałam z przyjacielem, żyjącym w Delhi. Jego guru jest cudowną kobietą (być może uda nam się spotkać, ale to istny cud). Tematem ten później pogawędki była oczywiście joga, lecz przede wszystkim tantra (kiedyś coś napiszę) i te ogromne ilości oszukujących ascetów i sadhu (świętych mędrców), których można na każdym rogu w Indiach spotkać. Dosłownie wszędzie, nawet w świątyni sikhijskiej. Trzeba mieć naprawdę wprawne oko, chyba nawet trzecie oko, by przecedzić ascetyczną prawdę od fake babów (fałszywych mędrców). Zapytałam więc przyjaciela, po czym można odróżnić? Nie po ubraniu, nie po wyposażeniu (miseczka, kij, male…), wszystko to może być zarazem prawdą, jak i pozorem. Oto odpowiedź, parafrazując, jaką otrzymałam: bardzo trudno jest odróżnić prawdziwego ascetę, któremu chce się żyć w mieście, czy też przez miasto przechodzić, ale nie można też zakładać, że każdy jest oszustem –

Patrz w oczy i zobacz, co w nich jest: głębia czy pustka, nicość. Większość jednak z tych ludzi udaje, bo chce pieniędzy, to ich sposób na życie i jest to bardzo, bardzo smutne, bo przez to szkodzą indyjskiej duchowości (spirituality).

DSCN0373

Pewnie zatem i zręczność w odróżnieniu sadhu od fake baby wymaga praktyki. Zresztą tak to już jest z tym trzecim okiem, że nim się otworzy, to jogin (czy tantryk) najpierw spędza lata w nabieraniu sprawności w bycia panem (iśwarą… kiedyś o tym także będzie) we własnym domu, czyli ciele, oddechu i umyśle.

DSCN0362

Dziś miałam przyjemność, serio przyjemność, potargowania się co nieco o spodnie. Niby nic takiego, odruchowo człowiek targuje się w Indiach, więc kilkadziesiąt rupii więcej zostało w mej kieszeni…

DSCN0365

Potem poszłam do Wieży Milczenia/Wyciszenia/Ciszy/Spokoju, jak komu podoba się tłumaczyć termin śanti, który jest synonimem wyzwolenia (mokszy) czy nirwany:

20160730_130434

Zdjęcie zrobione, co oczywiście wzbudziło uwagę wszystkich, nawet osób, w owej wieży zażywających spokoju. Pewnien raczej-nie-sadhu, jak mi moje trzecie oko podpowiadało, postanowił skorzystać z okazji i wyszedł do mnie:

20160730_130444

A następnie usiadł w tak pięknej pozie naprzeciw mnie:

20160730_130529

Cóż mogłam? Zrobiłam zdjęcie (gratis gołąb w locie). I nigdy, ale to nigdy, nie przyszłoby mi na myśl, że będę targować się z „sadhu” o opłatę za pozowanie do zdjęcia! Chciał at least (przynajmniej) 100 rupii, dostał 20, co i tak myślę, że jest dużo.

20160730_155818

Wstęp do dziś kupionej Gheranda Sanhity, tak oto mówi:

Oby udało ci się dotrzeć do duchowej głębi starożytnych riszich i joginów poprzez ich sekretne nauki!

A oto, co pozostało z pięknego posągu Śiwy, znajdującego się naprzeciw Wieży Ciszy. Cóż, być może taka jest reakcja Mistrza Joginów na poczynania za bardzo zaopatrzonych w potrzeby ciała (fake) sadhu…:

DSCN0343

 

Himalaje i ich mistrzowie

Himalaje są nie tylko siedzibą śniegu, ale od setek lat są domem jogicznej mądrości i duchowości otwartej dla milionów ludzi, niezależnie od ich wyznania i pochodzenia. – swami Rama

2

Jeszcze tylko kilka dni i kilkanaście godzin zostało do naszego wylotu w Himalaje, a dokładniej do Chota Char Dham. Lecimy do Delhi, a potem wyruszamy do Haridwaru, dosł. Brama/Drzwi (do) Hariego (przydomek Kriszny), a szerzej – brama w Himalaje. Wracamy przez Rishikesh (mapa trasy na zdjęciu poniżej). Mniej więcej wszystko jest zaplanowane – mniej więcej, bo z uwagi na ochoczo aktywną porę deszczową, jesteśmy otwarte na wszelkie modyfikacje i nieprzewidziane spotkania, które po drodze się wydarzą. Jedną z moich ulubionych tradycji filozoficznych była zawsze filozofia dialogu. Lecz nie byle jakiego dialogu, bo dialogu w pełni tego słowa znaczeniu, czyli dialogu jako sytuacji egzystencjalnej, w której Prawda ujawnia się jakby–pośrodku między rozmówcami, całkowicie otwartymi na tę rozmowę… Zresztą w tym chyba leży istota jogi – przekazie prosto z umysłu mistrza (niekiedy nawet bez medium słowa) wprost do serca ucznia pewnych treści, które transformują umysł ucznia…

Ale po kolei, wyruszamy w ten oto poniżej przedstawiony sposób, a naszymi głównymi celami są oczywiście cztery miasta Chota Char Dham, czyli: Yamunotri, Gangotri, Kedarnath i Badrinath, oraz dwie bramy ku nim prowadzące, czyli Haridvar i Rishikesh. Ten ostatni zwany światową stolicą jogi! Część trasy pokonamy autobusami, a część pieszo (albo wpław Uśmiech ):

route map (strzałki)

Uttarkhand pilgrim mapp

Niedawno skończyłam czytać świetną książkę o himalajskich mistrzach spod pióra swamiego Ramy pt. Living with the Himalayan Masters (tutaj za darmo dostępny pdf), która utwierdziła mnie w przekonaniu, że nasza wyprawa ma jak najbardziej duchowy sens. Przeważnie możemy spotkać się z albo turystycznymi relacjami z pobytu w Himalajach, albo materiałem przedstawiającym jedynie powierzchowną stronę jogi i praktyki hinduizmu. W tej książce, bardzo osobistym pamiętniku, swami Rama opisuje swoje doświadczenia, nauki i różne przedziwne sytuacje, których doznawał, dorastając w Himalajach i pobierając nauki u joginów pochodzących z różnorodnych tradycji ascezy, praktyki, a nawet wiary hinduskiej (i tybetańskiej). Kilka cytatów:

Istotne jest to, by uczynić swoje życie twórczym i pomocnym innym, niemniej jednak zanim się to uczyni, trzeba wejść w bliższy kontakt ze swoją głębszą naturą i zdobyć kontrolę nad własnym umysłem, mową i czynami.

Wairagja (nie-przywiązanie) i abhjasa (praktyka jogi, uważność) oto skrzydła ptaka, który z łatwością wzlatuje ponad śmiertelny świat i zdąża w stronę nieśmiertelności. Wiele osób myli jednak przywiązanie z miłością. Jednak w przywiązaniu człowiek staje się samolubny i zainteresowany jedynie własną przyjemnością, używając miłości do złych celów. Przywiązanie buduje więzy, podczas gdy miłość tworzy największa wolność. Kiedy jogin mówi o nieprzywiązywaniu się, nie uczy wtedy obojętności, przeciwnie, chce przekazać naukę o szczerej i nieegoistycznej miłości do innych. Nieprzywiązywanie się – jeśli właściwie rozumiane – oznacza właśnie miłość.

Próbuj z całych sił! Lecz jeśli kiedykolwiek uczynisz coś, by pożywić własne ego, jeśli kiedykolwiek uczynisz  w sposób egoistyczny, spotka cię niepowodzenie. Oto moja klątwa!

Obudź w sobie silne pragnienie doświadczenia Prawdy. Jednak nie żyw w sobie egoistycznie pobudki do zdobywania rzeczy dla siebie. Pokonaj gniew, smutek i przywiązanie i praktykuj regularnie medytacje. Jedynie wtedy, gdy podejmiesz się sumiennego wykonywania tych czterech rzeczy, staniesz się doskonały.

Ludzki umysł jest potężnym magikiem. Za każdym razem, gdy tylko tego zapragnie, może przybierać podwójna formę – być zarówno demonem, jak i świetlistą istotą. Może być wspaniałym przyjacielem, jak i najstraszliwszym wrogiem, tworząc zarazem niebiosa i piekła. W nieświadomej części umysłu znajdują się tendencje-dyspozycje (samskary), które muszą być odkryte, którym należy stawić czoło, by – w końcu – je przekroczyć. Jedynie wtenczas oświecenie stanie się możliwe.

Pamiętaj, że ahinsa (niekrzywdzenie nikogo w myśli, słowie i czynie) jest najważniejszą zasadą i powinnością!

Chociaż Paul Deussen, Max Müller i Johann Wolfgang von Goethe oraz kilku innych pisarzy stworzyło książki o jodze i indyjskich systemach filozoficznych, to niezrozumienie i pomieszanie nadal panuje wśród zachodnich czytelników. Przed Annie Besant i sir Johnem Woodroffem ani jedna dobra książka nie została napisana przez badacza z Zachodu… [a można powiedzieć, że i po nich nie wiele dobrych książek na temat jogi się pojawiło].

Joga jest całkowitą re-integracją wszystkich poziomów mentalnych, zmysłu, emocji, instynktów i wszystkich wymiarów osobowości. Jest to proce stawania się pełnią.

DSC_0779

Niedawno trafiłam także na niezwykle frapujący artykuł prof. Piotra Augustyniaka dotyczący nowej możliwości interpretacji duszy w platońskim Fedonie. Dzieło to obiegowo uchodzi za – ustami Sokratesa – udawadniające nieśmiertelność duszy w jej tzw. metafizycznym rozumieniu jako będącej indywidualnym, myślącym i odrębnym od otoczenia podmiotem, można powiedzieć – ukonkretnieniem uniwersalnej (zdolności do posiadania) świadomości w danym ciele. A gdyby tak, co prof. Augustyniak proponuje, spróbować na słowa i intencje Mistrza (Sokratesa) spojrzeć inaczej? – A wtenczas dusza ukazałoby siebie jako: (1) życie, które ożywia każdą istotę, czyli jest samą li tylko zasadą życia, a nie istotą żyjącą (świadomą) – indywidualnie ukonkretyzowanym podmiotem; oraz (2) jako phronesis, czyli czysty ogląd, i tutaj prof. Augustyniak podaje piękną definicję roztropności:

(…) czysty ogląd tego, co wieczne, który osiąga się przez skupienie duszy w sobie samej (sama w sobie jest bowiem tym oglądem!)

Ad rem zatem! Jak to się ma do Himalajów i jogi? Wbrew pozorom, psychologia jogi nie zakłada istnienia istoty-podmiotu, który istniałby niezależnie od otoczenia i który przechodziłby do kolejnego życia. Owszem, joga klasyczna (Jogasutry) i przedklasyczna (Bhagawadgita) głosi teorię reinkarnacji, czyli ponownych narodzin, jednak to nie konkretna osoba się odradza, a dokładnie – przywdziewa nowe ciało. Przechodzi natomiast tzw. dżiwa, a to pojęcie w sanskrycie oznacza albo życie, albo zasadę życia, albo istotę żyjącą, lecz nigdy konkretny podmiot doświadczenia. Owszem, dżiwa przenosi w sobie zapis pamięciowy i dyspozycje emocjonalne (czyli tzw. karmana), lecz uświadomienie sobie, przypomnienie, tego zapisu dla zwykłego człowieka jest relatywnie niemożliwe. Innymi słowy – tym, co przechodzi do kolejnego życia zgodnie z teorią jogi, jest sama zasada życia, która posiada w sobie odpowiedni ładunek emocjonalno-wolicjonalny, to wszystko, wszelka konkretyzacja zanika. Podobnie z ową Sokratejską roztropnością (phronesis) coś podobnego jest obecnego i w jodze – najwyższa medytacja (dhjana), wychodząca poza doświadczenie ja-indywidualnego, jest samym tylko oglądem i zanurzaniem się w tej błogości… Na razie tyle z używania słów.

I tak oto zrodziło we mnie pewne wewnętrzne rozmyślanie: co jest moim głównym jogicznym, czy też soteriologicznym**, pytaniem, z którym jadę do Chota Char Dham? Nie jest nim ani zrozumienie jogi (chociaż to jest również bardzo interesujące), nie jest nim istota wyzwolenia (mokszy, nirwany, samadhi), nie jest nawet doświadczenie piękna i ogromu Himalajów, tego świętego dla każdego jogina miejsca. W pamięci ciągle rozbrzmienia mi pytanie, które Pani Profesor Joanna Sachse (indolog i tłumacz Bhagawadgity z sanskrytu na język polski) mi kilkakrotnie zadawała: co jest tym, co się wyzwala – co w człowieku jako istocie świadomej i zniewolonej w świecie sansary dokonuje aktu wyzwolenia? Coś w joginie, ale czym to owe coś jest? – voilà la question!

DSC_0534

*Piotr Augustyniak, „Fedon i „inna nowoczesność”. Między filozofią a lękiem przed śmiercią”, Kronos („Orfeusz. Hölderlin”), 4/2011, s. 174-183.

**Soteriologia to nauka o wyzwoleniu, o tym, czym ono jest, jakimi środkami można je osiągnąć, a także kto jest tą osobą, która osiąga wyzwolenie.