Nieistniejące ja w nieskończoności Ciszy

Dalekie wyprawy, mniej lub bardziej samotne, zawsze podejmuje się z mniej lub bardziej uświadomionej potrzeby odkrycia czegoś wewnątrz siebie. Dotarcie do czegoś w środku, czegoś, co albo tak bardzo stoi przed oczyma, że oślepia, a przez to jest niewidoczne, albo pozostaje tak mocno skryte pod codziennym doświadczeniem, że zdaje się nie istnieć. A co jeśli to coś rzeczywiście nie istnieje?

Taj

Pewne schematy, marzenia, pragnienia, fantazje i scenariusze w głowie noszone zawsze oscylują wokół wizji ja idealnego, ja prawdziwego, ja gdzieś ukrytego za tym, co trzeba w życiu robić, jakie role pełnić i jakie zadania wykonywać. Lecz nagle człowiek staje w miejscu, do którego tak długo podróżował i odkrywa, że żadnego prawdziwego ja w nim nie ma. A raczej jakaś głucha pustka, która nie do końca wie, co ze sobą dalej zrobić. Plany, marzenia, drogi i wyobrażenia stają się przeźroczyste, nijakie, a wręcz nieistniejące. I co wtedy? Nic… Cisza. Ta idealna długa przepastna nieskończona Cisza (Śanti)…

Jako że Himalaje już tuż tuż…

I niedługo pojawi się większa garść informacji (bilety kupione, wizy przyznane, plan wyjazdu opracowany, sprzęt gotowy, plecaki jeszcze niespakowane), to teraz jedynie pewne w temacie zdanie warte zacytowania:

stay focused but

Bo oczywiście mamy do pewnego stopnia opracowany plan: trasę przejazdu i transport, wiemy, do których aśramów chcemy zawitać i o czym porozmawiać, to chyba najbardziej ciekawe jest to, co wydarzy się poza grafikiem, i jakie wtedy prawdy się ujawnią. Jak to mawiał Martin Buber, filozof dialogu (dialogik) – Prawda może odsłonić się jedynie w szczerej i prawdziwej relacji Ja – Ty… powiedzmy sobie – w tej transcendentnej Otwartości jednego Ja na drugie Ja… nawet to Ja, które jest o wiele bardziej potężniejsze niż Człowiek.

Kiedy Himalaje, Siedziba (alaja) Zimna (hima), ta piękna, niemal nieskończona, przestrzeń transcendencji i dialogów, stają się Twoim Ja i ukazują Prawdę, to dzieje się wydarzenie niezwykłe!

Mistrz i uczeń, czyli o tym, jak źle się dzieje w polskiej szkole

Tipaza4

Od kilku miesięcy wśród różnych coachów [tu, tu i tu] i edukatorów w nurcie nowoczesnej psychologii (sic!) [tu] obserwuję silne zainteresowanie reformą szkoły: metod nauczania i treści programowej. Wszystkiemu temu przyświeca przekonanie, że w szkole dzieje się źle, bardzo źle, właściwie to najgorzej! Dzieci są wyniszczane nadmiarem wiedzy, którą na siłę wkłada się w ich głowy, dokonując tym samym niemal gwałtu na ich niewinnej, pełnej ciekawości i spontaniczności naturze (czego to wiedza z człowiekiem nie robi!). Za dużo wiedzy, za dużo dat, za dużo wzorów matematyczno-logicznych, a przede wszystkich za dużo siedzenia w ławce, za mało natomiast kompetencji miękkich i umiejętności szukania właściwych informacji, które praktycznie są dostępne wszędzie. Głównym źródłem wiedzy jest oczywiście Internet, ale zaraz za nim idą tysiące zajęć pozalekcyjnych, na które dzieci często z powodu ambitnej nadgorliwości rodziców są posyłane, dzień w dzień, a nawet w weekend: taniec, śpiew, rysunek, konie, słonie, karate, skrzypce… a medytacja? Znam niewielu rodziców, którzy uznają, że uczenie dziecka wyciszania siebie, koncentracji i spokojnego przebywania w świecie-teraźniejszości, jest czymś wartym kultywowania w młodym duchu; ale nie o to chodzi.

Główną przyczyną tego, że w szkole dzieje się coraz gorzej, okazuje się być: (1) przepełnienie informacją (daty, wzory, przeterminowane lektury – po co komu czytać Pana Tadeusza, Dziady, Hamleta czy Lalkę?), (2) żmudne uczenie na pamięć zgodnie z zasadą zakuć-zdać-zapomnieć (a sieć neuronalna, wytwarzająca nowe “połączenia informacyjne”, nie ma nic do rzeczy), (3) bezemocjonalne przekazywanie informacji bez wzbudzania ciekawości dziecka, i (4) ten okrutny gwałt na naturze ludzkiej, ta krzywda psychiczna i fizyczna, wskutek której dziecko tak okrutnie cierpi – to paskudne siedzenie w ławce (to ono jest chyba wszystkiemu winne!). Wniosek jest zatem prosty i nie ma sensu dalsza dyskusja: wyrzućmy ławki i krzesła ze szkół, wyrzućmy przestarzałe lektury (zastanawia mnie jednak, czy np. Szymborska nie jest już zdezaktualizowana), koniec z wzorami, z uczeniem się o łańcuchu DNA, koniec z tablicą chemiczną, z wkuwaniem słówek z niemieckiego, angielskiego, francuskiego! Są różne kursy online i programy coachingowe szybkiej nauki języków (i nie tylko), tam nie uczą zbędnych słówek i reguł, tam uczą mówienia: błędnie czy nie, ale dziecko mówić będzie, co prawda jak Kali i nie napisze dobrze maila, listu, eseju, rozprawki, nie przeczyta Murakamiego w oryginale, Tołstoja, Sartre’a czy Owidiusza (bo i po co to komu?), ale 10 języków komunikatywnie znać będzie! Kupi lody zagranicą i zamówi pizzę, starczy. Dobrze, że łacina przestała być w przeważającej większości szkół uczona, przecież nikt jej nie używa, pracy dzięki łacinie się nie dostanie, na co komu accusativus cum infinitivo czy inne podobne twory gramatyczne i językowe (a to, że łacina stanowi świetną podstawę do nauki innych języków romańskich: francuski, włoski, hiszpański, portugalki, ba, jest także świetną podstawą do nauki indyjskiego sanskrytu, dzięki znajomości którego bardzo szybko można opanować inne języki Indii – to już jest poboczne). Kompetencje miękkie – tego trzeba uczyć: skuteczna sprzedaż produktu, komunikatywność, zarządzanie czasem, praca w zespole, odporność na stres… jakoś tak dziwnie podpada mi to pod zespół cech nie człowieka mądrego i szczęśliwego, ale idealnego pracownika korporacji. Do tego dochodzi jest skuteczne szukanie informacji, ich filtrowanie i właściwe wyciąganie wnioski, tylko kto oceni, co jest właściwe, a co nie? A co z inteligencją, tak ogólnie rozumianą bez rozdrabniania się na inteligencję emocjonalną, IQ, społeczną – inteligencja jest jedna, ale jakoś tutaj w tych nowoczesnych propozycja jej nie widać? Co z mądrością? Co ze sztuką koncentracji i twórczością?

Proste jednak pytanie: owszem, umiejętność wyszukiwania informacji, analizy i wyciągania wniosków jest jedną z najważniejszych zdolności. Wniosek trzeba jednak na podstawie czegoś wyciągnąć, głównie na podstawie wiedzy zapamiętanej albo potencjalnie zapamiętanej, czyli takiej, której treści nie pamiętamy dokładnie, ale wiemy, że coś takiego jest, i wiemy, gdzie szukać tego czegoś, bo wcześniej coś o tym na fizyce, biologii, na polskim, na historii, na matematyce słyszeliśmy, kiedyś zdaliśmy egzamin, jakoś ta potencjalna wiedza żyje w nas i… kształtuje naszego ducha, inteligencję i tę niezwykle ważną zdolność niepodlegania manipulacji medialnej, która żywi się ludzką niewiedzą. Historia to coś więcej niż daty, one są jedynie punktem oparcia, to inteligencja dziejowa, która osadza dziecko w mądrości dziejów. Literatura to coś więcej niż zbiór lektur – to próba zrozumienia własnego ducha, próba wykształcenia wrażliwości i otwartości na drugiego człowieka. Matematyka, fizyka i logika to coś więcej niż zbiór wzorów i schematów – to sztuka racjonalnego, spokojnego i analitycznego myślenia – to jest dopiero kompetencja! Biologia i chemia to więcej niż wkuwanie aminokwasów i pierwiastków, to umiejętność… dbania o zdrowie, zwłaszcza w obecnej erze konsumpcji i przepełnienia rynku produktami o bardzo szkodliwym składzie biologiczno-chemicznym. A siedzenie w ławce – to sztuka koncentracji, mentalnego wysiedzenia w jednym miejscu, a nie ciągłego biegania i przeskakiwania z jednej myśli na drugą, z jednej emocji w drugą. Tak jogicznie.

I na koniec: nie, nie uważam, że polska szkoła jest idealna, że nie ma skazy. W tym świecie dwójni we wszystkim jest po trochę przeciwieństwa, lecz nie w ławkach i wiedzy tkwi problem. Jeśli nauczyciel-mistrz jest osobą cudowną, obdarzoną wielką charyzmą, mądrością i empatią, to i uczeń takim się stanie. Zmiany programowe czy wyrzucenie ławek nie sprawi, że dziecko stanie się ciekawe świata i rozwinie swoją samoświadomość, talenty i pasje, bo szkoła to nie budynek, nie treść programowa, lecz interakcja nauczyciel-uczeń. Tutaj dokonuje się przekaz mądrości, pasji naukowej i ciekawości świata.

Jogiczne Himalaje, jakich nie znacie

Artaktywnie kulturalny blog

Kultowe miejsca praktyki jogicznej w Himalajach stały się celem wyprawy dwóch indolożek. Specjalizująca się w jodze doktor filologii indyjskiej oraz stypendystka Indyjskiego Rządu wyruszają na poszukiwania nauk udzielanych przez lokalnych mistrzów. W serwisie PolakPotrafi.pl można wesprzeć wyjazd badawczy do Chota Char Dham. Pod tą nazwą kryją się cztery hinduskie świątynie rozsiane w regionie Garhwal stanu Uttarakhand w północnych Indiach. Inicjatorki projektu pragną rozpropagować wiedzę na temat jogi dostępną dotychczas tylko dla wąskiego grona odbiorców.

– Chcemy dotrzeć do czterech (a nawet pięciu) świętych miejsc jogi w Himalajach. Zamieszkamy w tamtejszych aśramach, aby zebrać materiał audiowizualny i tekstowy oraz dostać pouczenia tamtejszych guru. Zwieńczeniem tych jogicznych wysiłków będzie książka, w której zawrzemy zdobyte wskazówki do praktyki jogi i medytacji, m.in. przekłady z sanskrytu i hindi ginących powoli źródeł. – mówi Artaktywnie Joanna Jerzyk, jedna z uczestniczek projektu.

Badania naukowe połączone z praktyką jogi

Dwie pasjonatki jogi nie tylko będą przebywać w…

View original post 381 słów więcej

Problematy, czyli życie bez problemów

jesień1

Podręczny słownik życia szczęśliwego nie potrzebuje takich słów jak trudny czy problem. Zamiast trudny praktyczniej i dużo bardziej poręczniej używać jest: wymagający czasu, praktyki i skoncentrowanej uwagi; a od problemu o wiele lepiej wygląda problemat, czyli pewna kwestia wymagająca dłuższego namysłu, wytężonej uwagi w celu znalezienia nowego sposobu rozwiązania, bo stare zawodzą.

Podręczny słownik życia szczęśliwego nie zna słowa ani wewnętrznego przekonania, które nosi nazwę “muszę”. Muszę nie istnieje. Istnieje natomiast: chcę, pragnę, potrafię. Jeśli cokolwiek muszę, oznacza, że wkrótce wypalę wewnętrzną energię i wpadnę w stan przemęczenia i stresu, a ostatecznie zagubię się gdzieś w międzyczasie swojego życia i marzeń.

Podręczny słownik życia szczęśliwego nie unika głosu intuicji, czyli tego odczucia, gdy czuje-wie, fajnie jest coś zrobić, że to ma sens i wyjdzie z tej czynności przyjemna rzecz, rzecz, która jest zgodna z wewnętrznymi przekonaniami i marzeniami.

k8

Podręczny słownik życia szczęśliwego ma wytłuszczone takie słowa, jak: medytacja (choć krótka, ale codzienna), sztuka, dobra lektura, inspirująca rozmowa, dobra herbata czy kawa, kontakt z naturą, szczerość w wewnętrznych dialogach, tych samym, z którymi bezustannie we wnętrzu głowy się spotykamy.

Podręcznik słownik życia szczęśliwego zna takie słowa, jak strach, rezygnacja, upadek, smutek, bo ma i takie hasła, jak: pozwolenie sobie na odczucie każdego wrażenia, ale swobodne i nieprzylegające do danego uczucia. Czuję, to czuję, odejdzie, jak i wszystko.

Podręczny słownik życia szczęśliwego posiada definicję umysłu jako procesu, którego natura jest zawsze czysta i spontaniczna, łatwa w osiągnięciu i zawsze obecna, jeśli tylko człowiek pozwoli sobie na chwile spokoju i koncentracji w medytacji. Jeśli zostawi zewnętrzny świat zamętu, biegu, lenistwa, rezygnacji, zwątpienia, gniewu, strachu, pragnienia na zewnątrz, i poćwiczenia technikę oddychania. Bo podręczny słownik życia szczęśliwego wie, jak bardzo ważny jest oddech.