KLASZTOR KI (buddyzm tybetański w Indiach)

20170827_112413

Moc himalajskich przestrzeni

Do buddyjskiego klasztoru w Kee (Ki), utrzymanego w tradycji tybetańskiej, jechać nie planowałyśmy, bo i nawet nie wiedziałyśmy o jego istnieniu, uroku i… jogicznej mocy. Na himalajskich trasach dzieje się jednak tak wiele, że w pewnym momencie człowiek decyduje się zaprzestać planowania i poddaje Górom, ich wszechobecnej woli tym bardziej, że Himalaje same człowiekiem kierują. Można walczyć z obsuwą błota i ziemi (landslide) i kamieni (rockslide), można denerwować się, gdy autobus nagle się psuje i długie godziny trzeba wyczekiwać, aż pojawi się rozwiązanie, można źle znosić kręte niczym wąż trasy nad urwiskiem… Można pozwalać umysłowi generować tysiące myśli, uczuć i niepokojów, snuć scenariusze o fantastycznych historiach, a można po prostu sprowadzić go do jednego punktu koncentracji – utwierdzić w jednym przedmiocie uwagi i utrzymywać ten stan. W Himalajach nie jest to trudne – wystarczy spojrzeć przez okno autobusu czy jeepa (dzielonej z innymi podróżnikami taksówki, tzw. shared taxi), a następnie pozwolić [po/w]chłonąć się temu widokowi, tej wizji… wizji, która wnika na samo dno świadomości, po sam kres poczucia “ja” i transformuje je siłą swego spokoju, majestatu i swoistej nieskończoności.

Chwiejny jest umysł i trudno go okiełznać, ale jednak daje się opanować poprzez abhjasę [wytrwałe ćwiczenie] i wairagję [brak przywiązania do owoców swoich czynów]. Jogi nie zdoła osiągnąć ten, kto nie panuje nad sobą. – Bhagawadgita* VI.35

20170817_133316

Wszechogarniająca wola Himalajów ostatecznie zagnieżdża się i w sercu podróżnika, rezonuje z rytmem uderzeń jego serca i oddechów. W ten sposób człowiek już nie wie, czy to serce jest jeszcze jego, czy już dzielone z Himalajami… Pojawia się naturalna pranajama, nieświadoma, nietechniczna, ale generująca spokój, którego oddech jest spowolniony, negatywne myśli i emocje ustały. Energia nadal jednak pozostaje nazbyt subtelna, by się przejawić w świadomości. Podróżnik czuje, że otacza go Dobro i Piękno, ale jeszcze nie umie podać jego przyczyn. Nie wie, co będzie dalej – czy dojedzie na miejsce w pierwotnie zaplanowanym czasie, czy zaraz nie będzie musiał nagle zmienić planów, czy za chwilę nie pozna nowego podróżnika, z którym na rozmowie spędzi długie godziny. Wie jednak, że cokolwiek się wydarzy, będzie Dobre i Piękne, bo podsycone pięknem Himalajów.

20170817_122021

Buddyjski klasztor w Kee (Ki)

20170827_112537

Godzinę drogi od Kazy autobusem lub jeepem, na wzniesieniu, między szczytami górskimi, zanurzonymi jakby w pustynnym terenie, znajduje się Kee Monastery. Nie jest to miejsce jak każde inne, nie jest to nawet zwyczajny klasztor, chociaż oczywiście nie jest on unikatem. Podróżnik może wynająć tutaj nocleg (300 rupii za łóżko z całodziennym wyżywieniem przygotowywanym przez mnichów, choć oczywiście w kuchni można pomagać, czajem i mlekiem z solą – to jest dopiero dobry napój), pokoje są 4-osobowe, utrzymane w bardzo dobrym stanie czystości (jeśli w danym momencie klasztor nie jest oblężony przez turystów, adeptów jogi i medytacji, czy po prostu podróżników, to w jednym pokoju mogą mieszkać tylko jedna czy dwie osoby). Wewnątrz klasztornego kompleksu obowiązuje całkowity zakaz palenia i spożywania alkoholu. Nie ma tutaj także zasięgu telefonicznego (chyba że ktoś kupił lokalny sim). Zresztą na co komu potrzebny jest zasięg, skoro atmosfera miejsca jest wszystkim, co do życia niezbędne?

20170827_113358

Medytacja w klasztorze czasie porannej modlitwy (pudży)

Co jest jednak specyfiką tego miejsca, tak odmienną od innych klasztorów tybetańskich Himaćal Pradeśu? Nie jest to widok nocnego nieba usianego miliardami gwiazd, które niemożliwością jest policzyć. Nie jest nią przewspaniała i perfekcyjnie wyciszająca umysł atmosfera miejsca, widok gór i życzliwe nastawienie mnichów, tych starszych, jak i dzieci, które dopiero co przywdziały czerwone szaty przyszłego mnicha. Nie jest to nawet śniadanie spożywane razem z mnichami podczas porannej pudży, ceremonii, która ma na celu podtrzymanie mocy buddyzmu… Iście tantryczne zachowanie! Śniadanie jest pyszne i co chwila – w przerwach między recytowanymi przez mnichów modlitwami – pojawia się czaj, gorące mleko z solą, tsampa (mąka jęczmienna), którą miesza się z mlekiem (bardzo to smaczne i sycące), bułka z dżemem; trzeba mieć tylko swoją miseczkę czy kubek i czekać, aż mnich pełniący w danym dniu dyżur “kelnera” podejdzie do nas. Mnisi odpowiedzialny za pudżę siedzą w dwóch równoległych rzędach prostopadle do wejścia, przed nimi na malutkich stolikach stoją rytualne przybory, miseczka na tsampę i czaj/mleko, teksty modlitwy wydane w formie pothi. Inni mnisi siedzą z boku. Podróżnicy i buddyści mają dla siebie wyznaczone miejsca na czerwonych dywanach pod ścianą, skąd wszystko idealnie można obserwować. I to jest właśnie to!

20170827_114321

Mnisi recytują modlitwy, podróżnicy wchodzą i wychodzą, czasem na dłuższą bądź krótszą chwilę przysiadają, piją czaj, pozostają w skupieniu, wychodzą, a ten turysta-jogin siada w stałej (sthira) i wygodnej (sukha) asanie, zamyka oczy i medytuje. Może minąć godzina (pudża zaczyna się o 7:30), może minąć 10 minut, a mogą minąć o 3 godziny – modlitwa-rytuał kończy się po 11:30. Nie ma to żadnej różnicy.

Stan, w którym ucisza się myśl ujarzmiona spełnianiem jogi… w którym poznaje się to, co jest bezgranicznym, dostępnym dzięki przebudzonej inteligencji, wykraczającym poza zmysły szczęściem… niech wie, że jogą zwie się owo z więzów nieszczęścia wyzwolenie. – Bhagawadgita VI.20-23

20170826_172121

* Tłumaczenia Bhagawadgity oparte na tłum. prof. Joanny Sachse, Bhagawadgita, czyli Pieśń Pana, Ossolineum 1988.

Reklamy

KAZA (buddyzm tybetański w Indiach)

Nie zdarzyło mi się nigdy zacząć wpisu od cytatu, a już na pewno nie od wyimku z filozofii Platona. Jednak te kilka słów okazuje się idealnym wprowadzeniem w samo sedno buddyzmu tybetańskiego. Tak, tybetańskiego, choć rdzennie indyjskiego również. Kilka najbliższych postów chcę poświęcić miastom i (często tantrycznej) tradycji buddyzmu tybetańskiego w Indiach.

Paniczny, otchłanny lęk przed śmiercią jest więc wyrazem pozbawionego miary przywiązania do “ciała”, czyli do żądzy, a więc zupełnego zatracenia i zagubienia się w świecie konkretu, który jest światem zmysłowych przyjemności ([Platon “Fedon”] 68b8-c2; 64d2-e3).*

Lęk przed śmiercią, identyfikacja z ciałem i aktywnością mentalną, opartą na treści dochodzącej do umysłu poprzez zmysły, pragnienie, świat zmienności, przemijalności, a w konsekwencji śmierci. Ten, którego każde zamierzenie jest spełnione (Siddhartha), zwany także Gautamą (z rodu Gotamy), mędrzec z rodu Śakjów (Śakjamuni), po urzeczywistnieniu nirwany określany szlachetnym mianem buddhy (przebudzony i oświecony), zaczął swoje kolejne wcielenie jako zwykły człowiek… chociaż nie tak do końca zwykły. Książę, ukryty przez ojca króla w pałacu, by tylko syn, przyszły następca tronu, nie dojrzał rzeczywistości świata – śmierci, choroby, starości i ascezy-jogi. Król nie może porzucić swojego królestwa. Król nie może wyrzec się potęgi władzy, nie może odłożyć miecza, by przywdziać szaty ascety i poszukiwać w głębinach swego jestestwa, swej świadomości, medytacji, postu i jogi drogi wyjścia spod władzy (wszech)świata śmierci. A jednak książę uciekł, wymknął się z pałacu. Bał się. Pobierając nauki w głębinach medytacji u swoich pierwszych mistrzów – A(r/l)ady Kalamy i Ramaputry – nadal bał się strachem bezdennym, głębinowym, strachem sięgającym samych podstaw oddechu, życia i tożsamości – bał się śmierci. I nawet wszedłszy w najgłębszą medytację, gdzie umysł wykroczył poza poczucie “ja”, bał się. Nie poddał się jednak. Złożył najcięższy i najstraszliwszy ślub jogiczny – tak długo pozostanie we wchłonięciu medytacyjnym, póki nie zdobędzie odpowiedzi na śmierć. Znalazł.

20170824_141236

W przeróżnych wersjach, obfitując w niuanse, tak właśnie przedstawia się początek buddyzmu, który w późniejszych czasem, z biegiem rozwoju przekazu i praktyk(i) wydzielił się na różne szkoły i linie przekazu. Buddyzm, który wraz z V w. naszej ery zaczął docierać na ziemie Tybetu okazał się brzemienny w skutkach tantrycznych oraz łączeniu rdzennej praktyki z silnie etycznym oraz medytacyjnym przekazem Buddy. Tutaj śmierć, ten demon Siddharty, nie jawi się jedynie jako koniec, straszliwe widziadło, Mara na pół senna, tutaj śmierć jest wpisana w praktykę, staje się narzędziem, który odpowiednio przez umysł wykorzystany, przynosi nirwanę, może nie całkowitą, ale na pewno pozwalającą na dalsze doskonalenie siebie ku pomocy innym istotom. Tantra służy ciału, także subtelnemu (wewnętrznej strukturze człowieka, złożonej z sieci subtelnych kanałów energii-prany oraz tejże energii przez nie przepływającej), mantra umysłowi, pradżnia (wiedza) – oczyszcza całość człowieka, ale podstawę stanowi bodhiczitta oświecona świadomość, czyli… właśnie? Ku czemu dąży tak na prawdę jogin (tyb. ngagpo), mnich czy też zwykły buddysta w tradycji tybetańskiej? O tym stopniowo w późniejszych wpisach. Tantra jest zjawiskiem niezwykle skomplikowanym i trudnym w wyjaśnieniu.

Medytuj, ale przede wszystkim bezustannie ucz się świętych nauk, wtenczas pojmiesz. Bo bez nauki – jak mawia Jego Świątobliwość Dalajlama XIV – nie ma nawet, nad czym medytować. Nad pustką w swojej głowie chcesz…?

– tak posłyszałam razu pewnego w tybetańskiej dzielnicy Majnu-ka-Tilla w Delhi.

Kaza, urokliwe miasteczko oraz węzeł komunikacyjny do wielu ważnych klasztorów himalajskich, do których można stąd dojechać zarówno transportem publicznym, jak i jeepami-taksówkami (śmietnik ustawiony w niezwykle niefortunnym miejscu):

20170826_161819

Także i Kaza posiada swój piękny, nowy, klasztor szkoły Śakja (Sakya Monastery), w którym codziennie odbywa się pudża. Do środka może wejść każdy (po uprzednim zdjęciu obuwia – to właściwie tyle z nakazów) i na przykład usiąść z boku, na rozłożonych na całej długości sali medytacyjno-rytualnej, zamknąć oczy i medytować. Nie bardzo ktoś zwróci na nas uwagę nawet, jeśli spędzimy w tym miejscu wiele minut czy nawet godzin. Bo czy jest tak naprawdę jakiś powód, by przyglądać się turyście?

Samo miasteczko może wydawać się nudne, ospałe, bez atrakcji turystycznych, ale to chyba nie jest prawda. Kaza posiada swój urok i znaczy coś więcej niż węzeł komunikacji i biuro, które wydaje pozwolenia dla turystów, by jechać do rejonu Kinnaur (północno-indyjski stan Himachal Pradesh podzielony jest na 12 dystryktów, nie do każdego można wjechać bez uprzedniej rejestracji i pozwolenia). Nocleg można wynająć od ręki, bez uprzedniej rezerwacji. Do wyboru mamy różnej ceny hostele, o dość dobrej jakości, kilka dedykowanych backpackersom, a także bardzo dobrą i czystą noclegownię (Lhasa Guesthouse). Generalnie Kaza dzieli się na dwie części: pierwszy przy stacji autobusowej oraz drugą, w której znajduje się Klasztor, biuro i inne hostele. Wystarczy jedynie przejść przez most, obecnie został postawiony jeszcze drugi most. W jednej i drugiej Kazie możemy próbować lokalnej kuchni zarówno w mieszczuchowym, jak i turystycznym wydaniu. Obie dobre, choć oczywiście ta pierwsza jest znacznie tańsza i mniej sterylna, ale nadal pozostaje czysta.

20170826_122333

20170826_145716

Okolice Klasztoru wyglądają znakomicie. Nad nim znajdują się: czorten (świątynka tybetańska) oraz świątynia hinduistyczna (dla Hanumana, a także Śiwy). Warto wspiąć się po krętej, piaszczystej ścieżce, by spojrzeć na świat z góry i… nabrać trochę dystansu.

20170826_110204

20170826_110845

20170826_111125

20170826_111020

20170826_111642

Tutaj człowiek nagle zaczyna delektować się pięknem Himalajów. A skoro owo piękno skąpane jest w spokoju i swoistym medytacyjnym skupieniu, to zachwyt staje się jeszcze potężniejszy. Kaza to jakby brama, miejsce inicjacji, w te wszystkie monastery i miejsca wyciszenia, które buddyzm tybetański wybudował w tym himalajskim rejonie. W Kazie człowiek pozostawia za sobą zgiełk miast indyjskich, z których tutaj dojechał, i przygotowuje się na Ciszę – na wejście w samo serce buddyzmu tybetańskiego i himalajskiej tradycji medytacyjnej. I na tantrę, ów trzeci pojazd nauk Buddy, który w Tybecie od VI w. zaczął się rozwijać i przybrał miano Diamentowego Pojazdu, Wadżrajany…

20170826_114251-1

*Piotr Augustyniak, Fedon i “inna nowoczesność”. Pomiędzy filozofią a lękiem przed śmiercią (Kronos, 4/2011).

Góra Kailash i chillout w Himalajach

20170902_180913-1

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu (opublikowałam go mniej więcej tydzień po napisaniu, bo dopiero po tygodniu dostaliśmy internet). Ogromne tereny Himalajów w Himachal Pradesh poza lokalną siecią wyzbyte są zasięgu komórkowego, co z jednej strony jest denerwujące, ale z drugiej – człowiek odcina się od pewnej części siebie, która potrzebuje odpoczynku, a zarazem umysł/serce poznaje nowe rzeczywistości wewnątrz siebie, o których nie do końca wiedział, że istnieją. Naprawdę cudowne uczucie.

20170903_102938

W dużej grupie poznanych po drodze – w guest house’ach, na szlakach i restauracjach – Izraelczykach, parze z Kerali (przepięknie zielony stan na południu Indii), Chińczyku, parze z Turcji, kilku Amerykanach i Polce, zwiedziliśmy kilka unikatowych, mniejszych i większych wiosek przepięknych dolin Spiti i Kinnaur: Leh, Manali, Kaza, Ki, Dhankar, Tabo, Kalpa (szczegółowiej o każdym z nich później).

20170902_134144-1-1-1

A teraz siedzimy w lesie, na przeciw dzikiej rzeki (Baspa), łowiąc ryby, przygotowując tybetańską herbatę na krystalicznie czystej wodzie ze strumienia:

20170903_133542

Z tyłu za nami malutka buddyjska gompa patrzy razem z nami na majestatyczny, czasem schowany w białych obłokach Kailash, świętą górę każdego jogina, wypełnioną mocą Pierwszego Jogina i jego Energii (Śiwy i jego małżonki Parwati)…

20170903_124255

20170903_133604

Wiele wieków temu jogini spędzali na tych świętych terenach wiele długich lat medytując w ascezie… Wczorajszej nocy z włoskimi Hindusami i Amerykaninem (właśnie otworzył backpackerski hostel, w którym teraz śpimy) rozmawialiśmy o tym, kim jest jogin. Bardzo trudne jest życie jogina – oddane jedynie ascezie i duchowości… A najwspanialsze jest to, że ta duchowa tradycja nadal jest w Indiach żywa, ukryta w Himalajach.

20170903_091527-1

Gdzieś w pobliżu tej mądrości, która skrywa siebie w kamieniach, potokach, skałach, pustynnym widoku, mantrach pisanych na kamieniach przy buddyjskich gompach, w medytacji pojawiającej się, gdy uwaga zostaje skoncentrowana na szczycie Góry…

Nocleg prawie w jaskini i trasy na krawędzi przepaści w sercu Himalajów

20170824_133614

Przejazdy na krawędzi drogi, kończącej się w przepaści kamieni, głazów, resztek kamieni z zabudowy, która nie wytrzymała obsuwy terenu i ulewy, trzęsący się autobus i taxi jeep skaczące niczym delikatne samochody osobowe, ubijając pasażerów jak śmietanę na masło, i te widoki…! Te zapierające dech w piersiach, niesamowite przestrzenie górskich zieleni, skalnych zboczy, niekiedy złoto połyskujących, z bijącymi z ośnieżonych szczytów potokami, płynącymi wodospadami przez zielone, porośnięte drzewami, dżunglami lub obłożone skałami zbocza, wodospadami zamieniającymi się w krystalicznie czyste, idealnie przejrzyste rzeki.

20170828_114400

A z drugiej strony nieustający ludzki wysiłek, by budować, poprawiać, dowodzić towar i turystów, mieszkańców dalej, w Nieznane, w Nowe lub po prostu do Domu, jakkolwiek ten dom wygląda: mała himalajska wioska, obowiska namiotów pasterzy kóz, krów, owiec, kóz, czasem bawołów, koni (tych udomowionych spośród wielu stad dzikich himalajskich koni (piękne są!), a czasem miasteczko po części należące do autochtonów, a pozostałe dzielnice oddając przestrzeni turystycznej, gdzie panuje inna kultura, inny rytm życia, a mieszkańcy zdają się dla nieobeznanego turysty tylko egzystować, by handlować i prowadzić swoje małe biznesy (hotele, guest house’y, restauracje, sklepy, kramy, biura podróży), gdzie powstają jak grzyby po monsunie szkoły jogi przeróżnej (absolutnym fenomenem jest według mnie freestyle yoga w Manali), kursy reiki, leczenia misami, ajurwedy, otwierania czakr, tu i tam mniejsze i większe świątynie wszelkiego wyznania (hinduistyczne, buddyjskie, sikhijskie, muzułmańskie, dżinijskie, a zdarzają się i chrześcijańskie).

Wszystko wije się i zakręca niczym himalajskie drogi oplatające górskie szczyty jak potężne węże z indyjskiej mitologii, ci dobrzy nagowie, chroniący świat i dostarczający wiedzy tajemnej, wiedzy wydobywającej ze świata cierpienia i śmierci. Niczym sama kobra na szyi patrona Himalajów, boga bogów, patrona jogi, najwyższego guru, mistrza, którego główną siedzibą jest serce każdej czującej istoty – Śiwy, ta objęta jogiczną kontrolą i siłą samoopanowania i perfekcyjnie etycznego zachowania, moc mentalna i cielesne, ta boska śakti, energia stworcza i niszcząca, energia wyzwolenia i uwięzienia… Śakti, wąż, kręte szlaki Himalajów, prowadzące do centrum kręte puste przestrzenie mandali, tego boskiego pałacu, tworzonego wskutek medytacyjnej wizji przez jogina, buddystę…

Nie są to łatwe trasy, nie odbywają się bez poświęcenia nerwów, zmęczenia, ale dają o wiele więcej niż zabierają, czasem nawet można coś wyhandlować (to Indie przecież!). Wkuwają w człowieka siłę woli, samozaparcie, otwartość na cokolwiek, co się wydarzy (planowanie nie jest dobrą postawą, po drodze może przecież wydarzyć się wszystko: landslide, rockslide, popsute auto, choroba, przemarsz stada krów czy kóz i owiec).

20170824_140218

Himalaje przede wszystkim dają s/Siebie – ogromną ufność do Natury, moc jej majestatu i piękna, które tylko z mocą miłości może być porównane. Himalajska miłość jest szczególna – to potęga jogicznej ascezy, tapasu, Córki Himalajów, Parwati, która w jogicznym wchłonięciu, samadhi, dotarła do serca samadhi Śiwy, zresztą od zawsze była jego śakti, energią, życiem, spełnieniem, racją jego istnienia…

20170824_160923
Po tybetańskiej stronie jest trochę inaczej. Tam pojawia się namiętna miłości Olbrzymki i kierowanej współczuciem wielkiej Małpy, która rodzi lud Tybetańczyków. Tam matrycą wszechświata jest tajemne tantryczne Samantabhadry i Samantabhadri, tj. nieustającej manifestacji zdarzeń i pustki, leżącej u podłoża ich aktywności. Trudne? Nad tym właśnie buddysta, jogin, turystyka odwiedzający świetnie i przyglądający się ich malunkom medytuje…

20170831_132314

Majestatycznie piękna przestrzeń Himalajów, wydająca się dobywać z pustki o niewyczerpanym potencjale energii, zamieniająca się stopniowo w tereny zamieszkałe przez żywe istoty. Energia w czującej istocie zwana praną, nad którą zdobywa się kontrolę mocą jogicznych oddechów (prana-ajama) oraz etycznym zachowaniem, które hartuje umysł, serce, ducha. A mózg to trasą, często przebiegającą przez wodospady i błota, jest przykładnie „trzepany” w górę i dół, i na boki, mózg i muladhara czakra, czyli czakra podstawy, „siedzenia”, czakra związku z Naturą.

20170824_122433

Ledwo zdążyłam napisać (tydzień temu) te słowa, gdy autobus jadący z Manali do Kazy, w samym środku himalajskiej drogi, zatrzymał się. Okazało się, że… dalszej jazdy nie ma.  Wodospad przed nami płynie i ciężarówka, która niedawno go przekraczała, uszkodziuszkodziła bardzo poważnie koło. Nie wiadomo, co się stało, bo kierowcy nie ma w środku. Wyszedł czas jakiś temu po pomoc. Nie mógł zadzwonić, bo tu brak zasięgu, a do najbliższej wioski jakieś 8 kilometrów. Minęło kilka godzin, w końcu okazało się, że w piątkę (!) śpimy w czymś jakby jaskini… Ale o tym wkrótce.

Kawa, herbata i ciasto karmelowe w DHARAMSALI

20170815_142053

Dharamsala to nie tylko wątpliwej czystości malutkie knajpki z widocznym u wejścia kucharzem, nie tylko stragany z buddyjskimi dewocjonaliami czy ubraniami, książkami. To duch otwartości i życzliwości, spokoju, rodzaju spowolnionych myśli i oddechu, który wywołany jest Himalajami, błogosławieństwem obecności Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy, mentalności Tybetańczyków, który wydają się być bardziej serdeczni niż Hindusi, szczerzy. To nie to, że krytykuję Hindusów, po prostu – to inny sposób bycia i zachowania, inny powód do życia. Zupełnie inna duchowość i postrzeganie świata.

20170815_134241

Chociaż buddyzm wyrósł na ziemi indyjskiej w VI w. p.n.e. i tym samym przejął wiele z indyjskiej etyki samodyscypliny, kultywowania jogi i medytacji, zasady niekrzywdzenia nikogo (nawet w myśli, nie mówiąc już o słowie czy czynie), tolerancji, to większą odpowiedzialność położył na indywidualną odpowiedzialność za Drugą czującą istotę – to słynne buddyjskie współczucie (tylko czasem pojawiające się w pismach hinduizmu), stało się żyzną glebą, jedyną glebą, na której inne jakości etyczne mogą wzrosnąć: cierpliwość, hojność, spokój, otwartość, szacunek dla drugiej osoby…

2017-08-15 15.06.13.jpg

Dharamsala to centrum różnych, lepszej i gorzej, jakości kursów jogi, ajurwedy, masażu, leczenia czakr… Oraz miejsce wielu chillout-owych knajpek, w stylu zupełnie zachodnim, choć prowadzonych przez Tybetańczyków i Hindusów. Najlepsze momosy na świecie: smażone, z ziemniakami, warzywami ze smacznym sosem na ostro:

20170815_154904

Znajdą się tu także KFC czy sklepy z markową odzieżą sportową po tańszej niż zachodnia cenie (nie lubię, mimo wszystko, takiego podziału na zachodni – wschodni…).

20170815_153643

Jest np. Shambhala Coffee tuż naprzeciw Chortenu (zdjęcie u góry) w centrum:

20170815_142031

20170815_134252

Kawa jest tu pyszna, ciasta też, atmosfera i muzyka cudownie spokojne, widok… Ten widok z tarasu na Himalaje!

Jest Crêpes-Pancakes zaraz przy centrum kulturalnym Tibet World:

20170815_173724.jpg

Tu można wypić słynne herbaty tybetańskie: z masłem i solą oraz domowej roboty (fermentacji) kambuczę na zimno o smaku trudnym do opisania, ale bardzo orzeźwiającym, kuchnia też jest bardzo dobra…

20170814_124519

Kombucha podana w butelce, rogal z sera jaka i ciastko tybetańskie:

20170815_173523

Jest także Tibetan Tea House, o którym pisałam trochę w poprzednim poście, z przekochaną właścicielką, pochodzącą z Tybetu. Całkiem niedawno otworzyła swoją herbaciarnię – spełniła swoje marzenie.

20170810_144051

Herbaciarnia jest malutka – jeden pokój i kuchnia, w której właścicielka własnoręcznie przygotowuje posiłki i herbaty. Choć nie ma nic przeciwko, to nie bardzo wyznaje potrzebę nowoczesnych technologii. Ma Facebook, używa maili, ale woli rozmowy oko w oko. Ja też.

FB_IMG_1502724769804-1

20170815_153735

Dharamsala… raj dla miłośników jogi, kuchni tybetańskiej, buddyzmu i Himalajów

20170814_091236

Trudno mi napisać cokolwiek o Dharamsali. Czuję w sobie ogromny opór… absolutną przeciwność niechęci czy zmęczenia hałasem i bombardowaniem pięciu zmysłów synchroniczną wszystkościa w Indiach. To moje ulubione miasto, miejsce… przestrzeń Indii, które uwielbiam za niemal wszystko. Oczywiście mówię o Upper Dharamsali, zwanej McLeod Ganj, siedzibie Rządu tybetańskiego na uchodźstwie, czyli miejscu stałego zamieszkania Jego Świątobliści XIV Dalajlamy, który z uwagi na to, że często podróżuje, nie zawsze jest obecny w swoim domu. Gdy przybywa w Dharamsali, turyści i mieszkańcy mogą starać się oficjalną drogą o audiencję z duchowym przywódcą Tybetu.

20170814_155319-1

Dharamsala urzekła mnie swoją atmosferą i pięknem od pierwszego spojrzenia na jej jeszcze śpiące, ciche, wolne od tłumów ulice – przyjechałyśmy 6:00 rano do McLeod Ganj, pod samo wejście stojącego przy głównej ulicy Chortenu (święta budowla buddyzmu ze stupą wewnątrz).

20170812_144205

Za dnia i wieczorem Dharamsala tętni życiem, samochody wciskają się w wąskie uliczki… chodników tutaj nie ma, więc samochód, motor, człowiek czy pies i krowa wspólnie muszą przebijać się przez tłum, który sami tworzą. Ścisk prowadzi we wszystkie możliwe strony: do Chortenu, do głównej świątyni Tsuglagkhang (na zdjęciach powyżej), czy nawet do świątyni Bhagsu Nag w oddalonej od 2 km od świątyni malutkiej mieścinie o nazwie właśnie Bhagsu, zamieszkałej przez plemię. Uliczki są raczej wąskie, pełne kramów z mniej lub bardziej autentyczną biżuterią, jedzeniem, ubraniami rodem z Nepalu i Tybetu.

Dharamsala otoczona jest cudownym widokiem gór, czasem ukazujących swoje szczyty, jeśli chmury nie ukrywają Himalajów w sobie – chmury potrafią być bardzo nisko, tak nisko, że wpływają na balkon, na którym człowiek właśnie pije herbatę, kawę czy po prostu czyta lub pogrążony w kontemplacji patrzy na góry. To jest dopiero wrażenie!

Dharamsala jest miejscem, które na pewno warto, a nawet trzeba, zobaczyć, bo choć króluje tutaj tłum i niemiłosierny ścisk, to jest to inne doświadczenie tłumu. Inne, bo gro ludności stanowią Tybetańczycy i kultura buddyjska, a nawet bardziej – obecność duchowego przywódcy Tybetu Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy. Tybetańczycy są bardziej życzliwi, mniej napastliwi w handlu, a jeśli człowiek choć trochę wychodzi ze swojej skorupy turysty, uśmiechnie się, rozmawia, spróbuje momosów (pierożki gotowane na parze lub smażone w głębokim oleju) czy pyta o te i inne sprawy, wchodzi w malutkie przyuliczne wnęki z jedzeniem, by spróbować kuchni spod ręki domorosłego kucharza, gotującego na naszych oczach, to doświadcza bardzo przyjemnej sfery serdeczności i otwartości Tybetańczyków.

20170812_164502

Dziś kupiłam malę (różaniec modlitewny używany w hinduizmu i buddyzmie) z drzewa sandałowego i nie wiedziałam, jak doczepić do niej specyficzny „brelok” złożony z wadżry (symbol mądrości) oraz dzwonka, ma to z jednej strony służyć lepszemu wyliczaniu omówionych mantr, a z drugiej odpędzić złe moce… Podeszłam więc do pewniej pani z prośbą o właściwie doczepienie  „breloka”, a przy tej okazji dostałam do poczytania książkę o różnych symbolach buddyzmu tybetańskiego, ale to już na innym stoisku.

20170813_121045

W Dharamsali na pewno warto spróbować kuchni tybetańskiej, jest wersja wege i mięsna, na przykład zup thugpa lub thenthuk, różnych herbat: słynną tybetańską herbatę z masłem i mlekiem kocham, ale należę do nielicznych ;), czy khendra (rodzaj herbaty w smaku przypominającej assam z delikatną nutą ziołową), różnych wypieków z sera jaka, momosów…

20170814_164733

Do Tibetan Tea House, znajdującego się delikatnie poniżej głównej ulicy, koniecznie trzeba zajść: przytulne wnętrze, właścicielka jest cudownie serdeczna, opowiada o swoim śnie odwiedzenia za kilka lat Grecji, a herbata, wypieki i lekki posiłki są wyśmienite.

FB_IMG_1502724769804-1

Dla miłośników jogi, medytacji czy różnych kursów ajurwedy czy leczenia czakr itp. Dharamsala oferuje bardzo duży pakiet propozycji w różnych tradycjach.

20170814_094910-1

Shimla – górska stolica indyjskich Himalajów (w stanie Himachal Pradesh)

20170809_161058-1

Shimla to już inne Indie. Dość daleko od Delhi (10 godzin pociągiem lub autobusem), czyste (plastikowe siatki są zakazane, częste są napisy na murach, by dbać o wodę i nie śmiecić), nie tak nachalne w spojrzeniach, nie tak upalne – wilgotność powietrza jest tu bardzo wysoka. Shimla położona na wysokości prawie 3000 m n.p.m. w zachodniej części Himalajów – nie jest to jednak wysokość, która jest odczuwalna dla organizmu.

20170808_154309

Na zdjęciu sadhu ucina sobie popołudniową drzemkę na środku ruchliwej ulicy, przy okazji zbierając trochę rupii do menażki.

20170809_151752.jpg

Chociaż Shimla jest relatywnie małym miastem, to na tutejszym bazarze, rozciągającym się i wijącym między tysiącem uliczek i zaułków, znajduje się wszystko, czego dusza turysty i mieszkańca może zapragnąć. Ceny za pokój nie są jednak tak małe, w końcu Shimla to stolica północnoindyjskiego stanu Himachal Pradesh.

20170808_163441

Jest to niezwykle urokliwe miejsce, posiadające swój niepowtarzalny urok, doskonale połączone z Delhi, z Chandigarh (stolicą północno-wschodnich stanów Punjab i Haryana) i z Dharamsalą (siedzibą rządu tybetańskiego na uchodźstwie, istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że wizyta u Dalajlamy zostanie zwieńczona sukcesem – to jest dopiero Coś!).

20170809_143302

Poza możliwością obkupienia się we wszelkiej maści indyjskie specyfiki oraz firmowe ubrania (w centrum miasta znajduje się mnóstwo sklepów z firmową sportową odzieżą), Shimla jest doskonałym punktem startu do górskiego trekkingu. Znajdujące się w centrum miasta biuro informacji turystycznej proponuje kilkugodzinne wycieczki objazdowe wkoło Shimli (350 rupii / 20 zł). Zresztą nie tylko biuro to proponuje, dużo hoteli czy guesthousów ma swoje oferty turystyczne. Ogólnie… ludzie są tu mniej natrętni w propozycji swoich usług niż w Delhi czy niżej położonych miastach Indii, nie znaczy to jednak, że nie są uparci w zachwalaniu swej oferty. Wystarczy jednak uprzejma indyjska odmowa w postaci: tak, tak, jutro zobaczymy (yes, yes, we’ll see tomorrow), i można iść dalej.

20170810_150322

Rejon Himachal Pradesh tak bardzo różni się od stereotypowych Indii, po części dlatego, że w X w. znajdował się pod tybetańską kontrolą – nadal ludność tybetańska zamieszkuje te tereny, a kultura buddyzmu tybetańskiego jest tutaj żywa. W 1864 roku Shimla stała się letnią stolicą British Raj, przed przybyciem Brytyjczyków raczej nic szczególnego tutaj nie istniało, górska wioska i las znamy jako Shyamala, lokalna nazwa bogini Kali, czarnej, groźnej dla zła, okrutnie wyglądającej, ale dla swoich wyznawców łaskawej i przychylną). Simla to zanglicyzowany sposób wymowy cofający się do kolonialnych czarów… czasów).

20170808_193817

Centrum miasta stanowi Mall, wolna od ruchu samochodów, riksz i skuterów, sfera pełna sklepów, restauracji, hoteli, ludzi, turystów, Hindusów, Tybetańczyków, psów (którym bardziej zależy na spaniu niż jedzeniu <3), małp (wczoraj walkoverem oddałam małpie walkę o kręconego loda z automatu, i tak bym przegrała!). Centrum spotkań znane jest Scandal Point: tutaj stoi pomnik Ojca indyjskiego narodu Mahatmy Gandhiego oraz Żelaznej Damy Indii Indiry Gandhi, kościół, ogromna flaga Indii i zejścia do bazarów…

20170808_142741

20170808_142701-1

Miasto może nie jest duże, budynki często są niedokończone w budowie, żeby nie powiedzieć – znajdują się w stanie rustykalnym i pogrążonym w ruinie, wiele mieszkańców żyje w skrajnej biedzie, a miasto, choć czyste, to strona budowlana nie jest nic a nic urokliwa, to przepiękne góry, lasy, niepowtarzalna atmosfera miejsca, przyjazne nastawienie mieszkańców (ile przypadkowych rozmów odbyłyśmy w małych knajpach, nie grzeszących czystością, ale o przepysznej kuchni). Shimla jest zdecydowanie miastem, które trzeba zobaczyć, jeśli dusza pragnie posmakować spokojnych, nie tak upalnych i gapiących Indii. Warto być otwartym na rozmowy, warto wchodzić do miejsc autochtonów, warto nie izolować się od Indii.

20170808_163639

Specyfika Shimli polega na kilku rzeczach: krów tu raczej nie ma, święte są psy, które śpią, gdzie tylko je sen złapie, oraz Hinduski, które idą, jak chcą, i przepychają się, jak chcą (my więc też!), jest tu czysto, budynki są wbudowane w skały górskie, upchane do granic przestrzeni…

20170810_144051

Jak dojechać? Autobusy stają w New Bus Station, zwanej Tutikandi, stamtąd trzeba wziąć lokalny bus do Old Bus Station (7 rupii) lub taxi (300 rupii), jazda trwa ok. 20-30 minut.

20170809_141216

Gdzie nocować? Albo szukamy hotelu, idąc po mieście, albo negocjujemy cenę z kimś, kto na pewno nas zaczepi (do ceny pokoju doliczany tu jest podatek).

Nowe wyzwanie Indii – do 2022 roku Indie są czyste, natomiast bezustannie i bez przerwy trwa walka o prawa i godność kobiet:

Korytarz od naszego pokoju i kilka słów o misji społecznej, jaką indyjscy projektanci mody czują w sobie (więcej w książce):

20170809_152008